Nie pomagaj mi! O przekleństwie bycia rodzicem nadmiernie samodzielnej trzylatki

Najpierw zgrzytałam zębami przy pierwszym dziecku, któremu trzeba było pomagać we wszystkim. Teraz gotuje się we mnie woda, w takim małym świszczącym czajniczku, wiecie: takim, co to zaraz eksploduje, bo dla odmiany drugie dziecko WSZYSTKO ZROBI SAMO, więc nie pomagaj mi mamo, no!

Początki mojej, że tak powiem, ambiwalencji uczuć, sięgają czasów przedwiecznych, kiedy okazało się, że dziecko starsze ma kłopoty z napięciem mięśniowym. Żaden dramat, rzecz w pełni rehabilitowana - a jednak. Trzymanie widelca boli, zakładanie buta boli, chodzenie na dystansie dłuższym niż 300 metrów boli, a w ogóle to głowa też boli - od dźwięków. Pomóż mi tato w tym, pomóż mi mamo w tamtym. Sięgałam więc do źródeł swej cierpliwości, czerpiąc obficie z przerwami na wybuchy gejzerów. Jakżesz mogę się przecież niecierpliwić na dziecko, które trzeba szczotkować, uciskać i trenować, jakżesz mogę go strofować nieustannie. No, no, no!

I mam wreszcie dziecko na bardzo przyzwoitym poziomie ogarnięcia i samodzielności, ale ileż to godzin zostało zmitrężonych na syczeniu pod nosem i wymianie porozumiewawczych spojrzeń między mną a Panem Mężem. Wiele, wiele. Przez te wszystkie lata ze źródła mej cierpliwości zdążył wypłynąć rwący potok. Po drodze zaś wiele było wodospadów emocji. O dziwo większość z nich uformowała się nie za sprawą dziecka pierwszego, a tego drugiego, tak diametralnie innego, że aż sami byliśmy z Panem Mężem w szoku. Dostaliśmy bowiem w bonusie od życia małego, żwawego człowieczka o nadmiernych potrzebach emancypacyjno-separatystycznych. Słyszycie jak ta woda w dole tego wodospadu, tej Niagary cierpliwości, jak ona tam buzuje, jaki to huk? Och jest to huk potężny, ciarki wywołujący na plecach, słychać go bardzo wyraźnie zwłaszcza kiedy pada sakramentalne „JA! JA SAMA! NIE POMAGAJ  MI!”. Co w tym złego? - spytacie retorycznie moje kochane Internety. Ano nic, nic złego. Zupełnie. Do czasu.

panna samodzielna Panna samodzielna

No właśnie. Samodzielność była super, kiedy dziecko samo dosyć szybko zaczęło jeść. Żadne buteleczki, tylko brokuł, makaron, wielka taca i ręce. NIE KARM MNIE! czyli podręcznikowy przykład wymuszonego wręcz na rodzicach BLW (Bobas Lubi Wybór - taka tam, modna metoda karmienia, podobno rozwija samodzielność). Potem aż kwiczałam z radości  podskakując i klaszcząc niczym nastoletnia bohaterka japońskiej anime, kiedy taki niespełna dwuletni ładunek energii oświadczał, że sam się ubierze, NIE POMAGAJ! Wzruszeniu i oklaskom nie było końca. I nagle okazało się, że to są ledwie miłe złego początki.

Wkrótce mieliśmy już niezależne samorządne dwuletnie potworzyszcze, które przy całej swej rodzicielskiej miłości zwyczajnie mieliśmy ochotę niekiedy usidlić. Ono samo wejdzie do tramwaju, po schodach dwa razy większych niż ono - nie dotykaj, nie podawaj nawet ręki, nie myśl nawet o pomaganiu. Bo co? Wrzask, nerwy, płacz, rwanie złotych włosów z główki anielskiej. Nie pomagaj mi przy wchodzeniu do autobusu, nie pomagaj jak idę tym murkiem, nie pomagaj mi w naciąganiu rajstopek. DOTKNĘŁAŚ?! AAAAAAA! To ja muszę teraz te rajstopki zdjąć zupełnie, skażone rajstopki, teraz muszę wziąć SAMA inne rajstopki i zacząć je naciągać. 40 minut później myślę pozytywnie, co by się nie działo, a ta noga skacze mi wyłącznie z muzycznych względów - do rytmu. Spóźnienie? Jakie spóźnienie, mamy jeszcze pół godziny zapasu. A nie, nie mamy, wybrała sobie sama sweter z guzikami, których nie umie zapinać. I buty! Buty w zasadzie są na tyle łatwe do ubrania, że zwyczajnie po prostu trzeba samemu wybrać sobie z szafki inne.

Talerze w restauracji? No sama, sama odniesie. A spróbuj tylko kelnerzyco podejść i zabrać. Trzeba anulować wszystko, posiłek raz jeszcze najlepiej zamówić i zjeść, bo sama chciałam AAAAAAAAAAA! Co za rozpuszczony bach... Wierzcie mi, że nie. Trudno jednak przekonać postronne osoby, że spokojnie, to tylko samodzielność. Równie trudno nauczyć się być cholernym rozlewiskiem spokoju, morzem wyciszenia, oceanem zenu, wreszcie pokazać temu super-niepomagajmi-niezależnemu dziecku, że czasem warto zrobić coś razem, przerzucić część zadania na drugą osobę. Kilkanaście miesięcy później nie tylko my bogatsi jesteśmy o wiedzę, ale i ona nauczyła się czegoś nowego. Potrafi poprosić o wsparcie. Uff, to dobrze, bo niepomaganie jest takie trudne.

[Od Redakcji: Przypominamy, że tematem października jest POMAGAM INNYM - taka redakcyjna innowacja na Fochu. Nie pomaganie, bo pomagamy od zawsze - temat miesiąca jest innowacją. A zainspirowała nas do niego bardzo szlachetna akcja, której celem jest zebranie miliona (duża bańka!) na leczenie dzieci z poważnymi wadami serca. Z serca prosimy: weźcie w niej udział!]

Więcej o: