Stanowcza Maria Kang: weź się za siebie i przestań wymyślać kolejne wymówki

Dziewczyny mi podesłały taką panią. Bo, wiecie, wszystko co związane z fitnessem mnie kręci. Nazywa się Maria Kang, ma troje dzieci i twierdzi, że nie jest zawodową "panią od fitnessu?. Moim zdaniem to widać, ale umówmy się - wygląda spoko. A nawet super bardzo dobrze, jeżeli weźmie się pod uwagę fakt, że w ciągu kilku ostatnich lat urodziła trzech synów. Rok po roku. Jeden ma 3, drugi dwa, a trzeci niecały rok. I co, można? Jak widać można.

Wiem, co powiecie. Że na pewno jest bardzo bogata, ma cztery nianie, dzięki czemu całe dnie może spędzać na bieganiu albo na siłowni. A potem na pewno leży i masuje ją czterech przystojnych murzynów na raz. Albo że się odessała (bo ma kupę kasy). Albo nie-wiem-co, żre jakieś tabletki. W każdym razie gdybyście wy (my) tak miały, to też byście (byśmy) wyglądały bosko. Ale przyjmijmy, że to co pisze i mówi na swój temat Maria jest prawdą. Albo w większości prawdą (wiem, to niezgodne z doktryną dr House'a, ale załóżmy). Maria Kang ma swoją stronę. Prowadzi tam bloga, zamieszcza swoje zdjęcia (również przemiany), złote myśli, diety, przepisy, ćwiczenia. A przede wszystkim - motywuje do pracy. Nad sobą, swoim życiem. I chociaż ja za taką motywacją średnio przepadam (te złote myśli kojarzą mi się zawsze z Coelho i od razu chce mi się śmiać), to muszę przyznać, że matka trójki dzieci w dobrej formie bardziej do mnie przemawia niż skupiona wyłącznie na sobie Chodakowska.

Okładka książki Marii KangOkładka książki Marii Kang

Łatwo ją zdissować. Wyśmiać. Powiedzieć, że to niemożliwe, bo praca, bo dzieci, bo zmęczenie. W ten właśnie sposób zdissowały ją tysiące osób, kiedy zamieściła na FB okładkę swojej książki ("What's your excuse?"). Spoko, dissowanie jest łatwe. Na pewno dużo łatwiejsze niż próba wdrożenia w życie zasad, które pomogłyby nam wyglądać tak, tak Maria (albo przynajmniej spróbować). A te zasady w sumie są proste i prawie zawsze takie same:

1. Wyrzucamy z diety śmieciowe żarcie. ZERO śmieciowego żarcia.

2. Alkohol - twój wróg (bo ma dużo kalorii i bardzo psuje metabolizm). Ten punkt zawsze wydaje mi się (i nie tylko mi, pozostałym redaktorkom FOCHA również) najtrudniejszy. Ale muszę przyznać, że odkąd przestałam co wieczór łoić browary, brzuch jakby się wciągnął.

3. Wyrzucamy cukier

4. Na pewno za chwilę okaże się, że dobrze by było wyrzucić gluten (bardzo dużo ludzi ma po nim rozmaite wzdęcia, opuchnięcia i niestrawności) i nabiał (bo zagluca organizm). Kiedy odstawią gluten i nabiał, wszystko znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (o jezu, jezu, co wtedy jeść? poszukajcie sobie bezglutenowych blogów, bez przesady, wszystko jest w internecie).

5. Nie łączymy mięska z ziemniaczkami i zasmażaną kapustką. Generalnie - nie zasmażamy. Mięsko jemy z warzywami, a ziemniaczki? Raczej nie jemy (tak mi przykro, Zielińska)

6. Nie przechodzimy na dietę 1000 kalorii (chyba, że ktoś ma naprawdę chorobliwą nadwagę i nie ma innego wyjścia), bo ta zawsze kończy się źle (jo-jo). Maria pisze, że stopniowo obniża wartość kaloryczną swojego jedzenia - średnio o 200 kalorii co kilka miesięcy.

7. Ćwiczymy. Codziennie. Nie ma bata. Pół godziny, godzinę. Nie lubimy siłowni - idziemy na rower albo basen. Nie lubimy z ludźmi - robimy to sami w domu / w parku / gdziekolwiek. Śledzimy nowe zasady ćwiczeń - dzisiaj już wiadomo, że same brzuszki na brzuch nie pomogą. Albo nie tak, jak byśmy się tego spodziewały, nawet jeśli zrobimy ich co wieczór 300. Że najlepszy jest trening interwałowy (poszukajcie w necie, albo napiszę następnym razem), że squady, brzuszki i wszelkie machania nóżką trzeba łączyć z ćwiczeniami cardio, bo wtedy organizm najszybciej spala i traci.

8. Nie odkładamy do jutra, nie mówimy, jakie jesteśmy zmęczone i że dziś nie damy rady. Nie mamy czasu w ciągu dnia - wstajemy o 5 rano (jak Ania Oka, która postanowiła przez miesiąc robić Chodakowską), albo wychodzimy biegać o 22. Oczywiście jeśli naprawdę jesteśmy sfokusowane na to, żeby osiągnąć swój cel.

Żeby nie było - to nie są moje złote rady. To sedno tego, co znalazłam na stronie Marii. Zróbcie sobie z tym, co chcecie. Zawsze przecież można powiedzieć, że człowiek lubi siebie, lubi swoje wałeczki i za dużo tu i ówdzie. Ja mam z tym luz. Ale jak zaczynacie marudzić i się skarżyć, że wam źle, może warto zrobić coś ze sobą? Może warto zrobić to z głową? Może warto nastawić się na to, że raczej będzie ciężej niż łatwiej? Jak mówi Chodakowska: "Nic samo się nie zrobi”, he he he.

Więcej o: