Oto ja, głośny zabójca sprzętów. Ogniu krocz za mną!

Mój małżonek powiedział kilka lat temu z przekąsem i nutką pogardy: "Ty to w ogóle nie powinnaś pracować z elektroniką". To oczywiście było gorsze niż szpilka wbita pod paznokieć. Jak to, ja? Ja przecież kocham moje urządzonka, komputery, aparaty, telefony. Ja je głaszczę, czule do nich przemawiam, zrzucam, topię, spalam, tłukę i rozbijam.

Przecież każdy ma takie supermoce, na jakie sobie zasłużył. Miss Olgu pisała o swoich supermocach, wspominała też słówko o moich, ale epos o destrukcji zostawiłam dla siebie. Wiecie, pogłoski o tym, jakoby nie było takiego urządzenia, którego nie jestem w stanie uszkodzić, nie są przesadzone. Umiem dużo. Powiem nieskromnie - nie znam drugiej osoby, która z takimi sukcesami potrafiłaby równie wytrwale inwestować w sprzęt i niszczyć go.

Dziwne, że żadna z firm nie zatrudniła mnie jako bezlitosnego testera. Uszkodzenie dwóch samochodów na jednym parkingu w zaledwie 2 sekundy, to jest pikuś, to jest nic, to jak dla kogoś, kto miał 15 lat i został w aucie, żeby popilnować, no to banał jest proszę państwa. Ja jestem przypadkiem beznadziejnym, wiadomo, że gdyby rekrutowano nowych Jeźdźców Apokalipsy, byłabym Zniszczeniem. To taki postmodernistyczny brat Wojny i siostrzeniec Zarazy. Cóż, statystyki nie kłamią: wszystkie obiektywy do starego aparatu - szły na moje konto. Wszystkie przepalone żarówki, zepsuty toster, nieustannie przegrzewane suszarki - moje. Walkmany, radio, drzwi balkonowe. Tamta szyba i ta mikrofalówka. Raz nawet na gościnnych występach w Płocku udało mi się tak wybuchnąć taką małą dmuchaweczkę, że prądu nie było w całym pionie. A przecież, drogie Internety, nie robiłam nic szczególnego. Zwyczajnie suszyłam sobie ubranie. Dzień trzydziestych urodzin uczciłam totalną awarią komputera. Dla kogoś kto ma właśnie trzy dni na oddanie książki, to jedna z najwspanialszych sytuacji jakie można sobie wyobrazić. Dzięki takiemu zepsuciu się szerzącemu można leżeć i kwiczeć ze szczęścia.

halo? co to za szumHalo? co to za szum

Można też iść wszystko odreagować jeżdżąc na rowerze. Wiem, sama o tym pisałam, a ponieważ, jak mówi tatuaż na ręce jednego z moich kolegów, ważne jest „Życie wg zasad”, to poszłam. Pojechałam. A Śmierć mi towarzyszyła. Otchłań też. I tegoroczne Hessian w słuchawkach. Efekt? Zepsułam rower w środku lasu. Bardzo skutecznie. Przy okazji prawie zepsułam też klucze od domu, próbując zastąpić nimi klucze francuskie, szwedzkie i inne. I nic. Wróciłam do domu, przebrałam się, czmychnęłam do pożyczonego mieszkania usiąść przy pożyczonym laptopie. Wszystko szło przepięknie, bo nawet zepsuty humor zaczął się naprawiać, gdy wtem! No on spadł. Ten komputer. Na ziemię. Ekran został spektakularnie roztrzaskany. ZDJĘĆ NIE BĘDZIE.

Na wszelki wypadek ostatnią deskę ratunku, czyli telefon, pozostawiłam w kieszeni. Komputer zaniosłam do naprawy, siebie zaniosłam do salonu tatuażu. Tam zła passa została odczyniona. Siedząc spokojnie i kontemplując cały akt zdobienia kolejnego skrawka ciała dumałam nad tym, jak to cholera jest. Ja naprawdę lubię wszelkiego rodzaju sprzęty - te czysto mechaniczne i te elektroniczne. Lubię zaglądać im w bebeszki i patrzeć jak pracują, lubię ich małe niedoskonałości, te momenty, kiedy zaczynają nabierać wyraźnie zdziwaczałych cech. Lubię patrzeć, jak koledzy na przykład grają na tych swoich samodzielnie skonstruowanych syntezatorach modularnych i innych takich. A jednocześnie tak strasznie to wszystko się niszczy. Tak o. Samo.

No dobrze, trochę nie dbam, pozwalam na bliskie spotkania z żywiołami, czasem wszystkimi na raz. Pytacie: "Jak?! Jak może być jednocześnie w ogniu i w wodzie ten przedmiot?". Ach, to banalne- weźcie kuchenkę gazową i garnek z wodą. To zawsze działa. Producent telefonu potwierdza. Dzięki moim supermocom jestem znana i lubiana przez bliższych i dalszych serwisantów. Gruba Nuta opiekowała się czule moim gramofonem. Serwis komputerowy wymienił w dwie godziny rozpieprzony w pożyczonym komputerze ekran, a właściwie, trzymając się faktów - matrycę. Pan, który ma serwis za metrem pomagał dolutować druciki w przedwzmacniaczu i już pięć razy serwisował nam słuchawki - miły, cierpliwy człowiek, w dodatku lubi mój komunikat na poczcie głosowej (wiadomo, przecież dbając o reputację nie odbieram żadnych telefonów). Mam też niezmordowanego kolegę od wiecznych napraw telefonu - moją specjalnością od zawsze były rozbicia i utopienia.

I tak działamy wszyscy. Ja niszczę, oni naprawiają, produkują, sprzedają. Czasem nawet jakiś nieświadomy znajomy pożycza mi swój aparat fotograficzny albo coś w tym stylu. Zdarzyło się nawet, że oddałam w całości. Na szczęście są w naszym domu takie urządzenia, bardzo analogowe, które nawet po zrzuceniu, utopieniu i zmemłaniu przez Dziecko Młodsze, nadal świetnie działają - to te śmieszne portale do innych rzeczywistości, u nas nazywamy je książkami. Jak już przepalę ostatnią żarówkę, zawsze mogę siąść przy świeczce i odpalić takiego portala.

 

Przepraszam, poszłam szukać zbawieniaPrzepraszam, poszłam szukać zbawienia

A wy? Gracie ze mną w jednej drużynie? Czynicie wstrząsanie, pękanie, przypalanie, przeciążanie, zawirusowywanie i tak dalej?

Więcej o: