Rak piersi, czyli jak się pomaga chorującym w Ameryce

Za udział zapłaciłam 1800 dolarów. Jednego dnia przeszłam 42 kilometry. Zajęło mi to 9 godzin. W trakcie wiele razy miałam łzy w oczach, bo nie brakowało wzruszających momentów. Teraz czuję, że swoją energią, mogłabym obdzielić cały świat. Niech Was opis nie zmyli, to nie będzie relacja nastolatki z pielgrzymki w imię Justina Biebera. Moja znajoma, Anna Rekosz, wzięła udział w marszu w Nowym Jorku, aby pomóc chorującym. Zanim skrytykujecie, przeczytajcie.

Ania Rękosz - jestem dumna, że ją znamAnia Rekosz - jestem dumna, że ją znam

Pomaganie innym to wielka sztuka. Jedni robią to dyskretnie, ciesząc się swoim dobrym sercem i miłosierdziem w domowym zaciszu. Inni lubią, gdy towarzyszą temu wiwaty i podziękowania tłumów. Niezależnie od wybranej formy, zgodni prawdopodobniej będziemy w tym, że najwspanialsza pomoc to taka, która jest realna. Nie przybiera formy udostępniania mrożących krew w żyłach fotografii na fejsie czy dawania lajków, które magiczną mocą karmią głodnych. Nie kończy się na przybraniu smutnego wyrazu twarzy i stęknięciu: Ojej, no to prawdziwa tragedia, Nieba bym jej przychyliła ale akurat muszę iść.

Najlepiej jeśli efekt pomocy przybiera bardzo konkretne, namacalne formy. I są to na przykład urządzenia ratujące chorym życie, protezy po amputacjach czy drogie badania, na które nie stać osób bez ubezpieczenia.

Gdy dowiedziałam się, że moja koleżanka, opisywana już przez mnie fanka zdrowego stylu życia - Anna Rekosz bierze udział w marszu po ulicach Nowego Jorku, aby pomagać chorującym na raka piersi kobietom, moje nastawienie było dość sceptycznie.

Ania RękoszAnia Rekosz

"Marsze srarsze", myślałam w duchu, szykując odpowiedź, że znacznie lepiej byłoby zrobić coś konkretnego. Korciło mnie, aby sarkastycznie zaproponować jej nagranie piosenki czy napisanie wiersza dla potrzebujących. Ale wraz z poznawaniem kolejnych szczegółów moje serce miękło.

Idea marszu organizowanego przez Avon jest dość przejrzysta. Aby wziąć w nim udział trzeba zebrać 1800 dolarów. Nie była to łatwa rzecz, bo my Polacy nie umiemy prosić o pieniądze. Tutaj Amerykanie zaczynają od kołyski. Tak zwany fundraising rozpoczynają już w szkole, kiedy pieką babeczki i sprzedają je, żeby uzbierać na swój baseball team albo sprzedają lemoniadę na ulicy, żeby uzbierać na wakacje. Jest tu to powszechne - mówiła mi Ania. Takich osób jak ona było w Nowym Jorku ponad 3 tysiące. Zebrali 6,7 miliona dolarów, które zostaną przeznaczone na pomoc chorującym. Każdy z maszerujących miał na plecach kartkę informującą w czyjej intencji idzie. Ania szła dla przyjaciółki Agnieszki.

Szliśmy ulicami NYC, normalnie pomiędzy ludźmi. To nie był odgrodzony marsz. W pewnym momencie pojawiła się obok mnie kobieta i złapała mnie za rękę. Powiedziała: „Dziękuję że idziesz też dla mnie. Powiedziała, że ma na imię Star. Byłam tak poruszona, że jedyne co mogłam, to dotknąć serca i powiedzieć, że będę o niej myśleć. Spotkałam też mężczyznę, któremu towarzyszyli synowie. Na plecach niósł informację: To dla Ellen, mojej żony, miłości mojego życia, która od 4 lat jest wolna od raka.

Sentymentalne w amerykańskim stylu? To jeszcze nie koniec.

W marszu po raz 88 wziął udział też pewien starszy pan w różowym kasku. Na plecach niósł kartkę z informację, że stracił przez raka zbyt wielu bliskich, aby móc ich tutaj wszystkich wymienić. Dodawał otuchy tym, którzy po 20. kilometrze tracili siły.

Dziadzia. Ten pan wziął udział po raz 88 w marszu.Dziadzia. Ten pan wziął udział po raz 88 w marszu.

Kiedy przechodziliśmy obok ludzi słyszeliśmy podziękowania. Czasem także płacz. Nie zapomnę czarnoskórej kobiety siedzącej na wózku. Machała do nas i krzyczała, że dziękuje nam z całego serca, bo dzięki nam może mieć badania mammograficzne.

W pewnym momencie poczułam, że dwie różne osoby dotykają moich ramion. Zobaczyłam, że otrzymałam naklejki. Na jednej jest napisane „Dziękuję, że idziesz dla mojej siostry. Ewa" a na drugiej „Dziękuję w imieniu mojej przyjaciółki Mary, która niestety odeszła".

Maszerującym zapewniono wsparcie. Na trasie rozmieszczona była grupa młodych ludzi, którzy mieli maszerujących podnosić na duchu, kibicować. I nie były to przypadkowe osoby. Każdy z nich zetknął się z rakiem piersi (mama, babcia, ciocia). Żeby dostać się do grupy, musieli napisać esej i przejść rozmowę kwalifikacyjną. Było ich wszędzie pełno. Podchodzili, zagadywali, przytulali, rozśmieszali. Siedziałyśmy z koleżanką na ławce i wtedy podszedł do niej chłopiec i dał karteczkę, na której było napisane:„Wierzę w ciebie". W takich momentach serce topniało.

Wszędzie różowoWszędzie różowo

Opisując marsz, w którym szła moja koleżanka, jestem rozdarta między wzruszeniem a podziwem. Znam ją na tyle, by wiedzieć, że do niesienia pomocy innym zawsze była pierwsza. Zazdroszczę jej, że miała okazję wziąć udział w tak dobrze przygotowanym wydarzeniu. Wiem, wiem, zaraz posypią się rady, to jedź do NY i maszeruj z kartką na plecach. Obiecuję, że wezmę to pod uwagę, tymczasem zastanawiam się, czy w Polsce nie można by zorganizować podobnej akcji. Bo Orkiestra Świątecznej Pomocy, która aktywizuje ludzi do działania to chyba zbyt mało.

Nie myślcie jednak, że jestem wzniosłymi uczuciami zamroczona totalnie. W tym wspaniałym wydarzeniu także pojawiają się wątki mniej pozytywne. Organizacje pozarządowe zarzucają bowiem firmie Avon gigantyczną hipokryzję. Prowadzą badania, które mają zgromadzić dowody na to, że w kosmetykach marki Avon znajdują się składniki potencjalnie wywołujące raka. I wtedy zamiast opowieści jak z amerykańskiego kina familijnego, mielibyśmy scenariusz na pełnometrażową sensację.

Ania RękoszAnia Rekosz


[Od Redakcji: Przypominamy, że tematem października jest POMAGAM INNYM - taka redakcyjna innowacja na Fochu. Nie pomaganie, bo pomagamy od zawsze - temat miesiąca jest innowacją. A zainspirowała nas do niego bardzo szlachetna akcja, której celem jest zebranie miliona (duża bańka!) na leczenie dzieci z poważnymi wadami serca. Z serca prosimy: weźcie w niej udział!]

Więcej o: