Teraz to ja jestem w złym humorze. W obronie Małgorzaty Musierowicz

Małgorzata Musierowicz pewnie nie potrzebuje tak bardzo mojej obrony, ale chciałabym żeby jednak pewne kwestie zostały wypowiedziane głośno i wyraźnie. Po lekturze tekstu Elizy Szybowicz "Musierowicz jest w złym humorze" poczułam, że muszę zaprotestować przeciwko odczytywaniu sympatycznych, mądrych, krzepiących książek jako ideologicznych manifestów.

Zacznę może wprost, bo dobrze by było, gdyby ten fragment jednak rzucał się w oczy. Jestem kobietą, mam prawa wyborcze, lewicowe (choć to nieprecyzyjne określenie) poglądy, jestem fanką antykoncepcji, nie dbam o przyrost naturalny, nie jestem wierząca. Ochoczo wspieram związki partnerskie i równość płac, zgadzam się ze zwolennikami najbardziej liberalnego projektu dotyczącego dopuszczalności aborcji. Jestem doskonałym produktem mojego liberalnego (?) pokolenia. I co z tego?

To z tego, że pod artykułem, który będzie tu obficie cytowany, teoretycznie powinnam podpisać się za pomocą obu rąk. Tylko że niestety nie mogę. Bo ciężko mi patrzeć, jak ktoś wytacza ciężkie feministyczne (ok, nie tylko) działa, aby ostrzelać z nich niewinną literaturę dla dziewcząt. Tekst Elizy Szybowicz "Musierowicz jest w złym humorze" irytuje mnie bardzo, choć poglądowo bliżej mi przecież do Szybowicz niż do Musierowicz.

Autorka zarzuca Małgorzacie Musierowicz szereg śmiertelnych grzechów - przemycanie szkodliwej (bo konserwatywnej) ideologii, unikanie ważnych społecznie tematów, niechęć do współczesnego świata, wzgardę dla tych, którzy, w przeciwieństwie do Borejków i ich znajomych, dali się ponieść zgubnej fali nowoczesności i konsumpcjonizmu. A nawet zakładając, że jest tak, jak twierdzi Szybowicz, to Musierowicz ma prawo do prezentowania swoich poglądów w swoich powieściach. Nie wiem dlaczego mamy odmawiać jej prawa do prezentowania własnej wizji świata. Percepcję literatury przez pryzmat JEDYNIE SŁUSZNYCH poglądów, uważam za tak szkodliwą, jak szkodliwe zdają się być w artykule Elizy Szybowicz powieści Musierowicz.

JeżycjadaJeżycjada

W tym miejscu czas na szybkie wyjaśnienie - książki Musierowicz towarzyszyły mi przez wiele lat i z niejakim smutkiem przyjęłam fakt, że ostatnie powieści autorki nie cieszą już, jak dawniej. Nie obwiniam jednak autorki, a fakt, że to ja zmieniłam się przez lata. Z przyjemnością wracam raczej do starych powieści, bo to dobrzy przyjaciele, nowe czytam z sentymentu. Nigdy jednak nie przyszłoby mi do głowy rozliczanie autorki z jej ideologii - przeciwnie, kompletnie się tej ideologii nie doszukuję. Cieszę się światem przedstawionym. Bo krzepi, pociesza i choć przerysowany - pokazuje jednak choć częściowo i owszem - nieco karykaturalnie - rzeczywistość. Ale sednem sprawy jest to, że ta ciemna strona codzienności ma być tłem dla pewnych wzorców, które winny być przyjęte niezależnie od poglądów i ideologii. Bo powieści Musierowicz pokazują to, czego dziś tak nam brakuje - dobro, altruizm, optymizm, rodzinne ciepło i wsparcie.

Ale skoro trzeba odpowiadać konkretami na konkrety, to proszę uprzejmie. Wybrałam sobie z tekstu Elizy Szybowicz garść cytatów.

Jeżycki klan jest żarliwie religijny, gromadnie ciągnie na msze do dominikanów, przyjaźni się z księżmi, wielbi Jana Pawła II, przy każdej okazji dziękuje Bogu za jego łaski. Tradycyjnie celebruje święta, zwłaszcza Boże Narodzenie, które Musierowicz regularnie eksploatuje jako źródło "magicznej" atmosfery.

To zaiste zbrodnia, że Musierowicz taką wagę przywiązuje do pielęgnowania pewnych tradycji, a swoich bohaterów wysyła do kościoła. Wyjątkowo niestosowny to przykład dla dorastających panien, które zapewne zamiast z palemką do dominikanów winny udać się na Marsz Szmat. Z punktu widzenia naszych czasów i szanownych pań aktywistek - jest to zachowanie o wiele bardziej wartościowe. No i ta wyeksploatowana do bólu magiczna atmosfera... O ileż przyjemniej byłoby iść na Paradę Równości, niż siadać w święta do stołu z rodziną. To przecież takie staromodne.

Ostentacyjnie nienowoczesna jest też wiedza Borejków, zdobywana w ramach edukacji domowej, bo szkoła może tylko zaszkodzić. Jej rdzeniem jest wykształcenie klasyczne - łacina i kultura antyczna oraz kanon literatury europejskiej. Niepraktyczna i anachroniczna, ma stanowić cel sam w sobie. To zamknięty zbiór arcydzieł czytanych w kółko i maksym powtarzanych bez końca. Nigdy się ich nie kwestionuje, a tylko automatycznie stosuje do wszystkich nowych sytuacji, które stają się przez to przykładami odwiecznych prawidłowości.

Nie wierzę, że to komentuję, naprawdę. Wierzę za to, że świat był lepszym miejscem, kiedy do sentencji łacińskich, obficie występujących w powieściach MM, nie trzeba było robić przypisów (tak, mam jeszcze te wydania). I nie trzeba było googlać, kim była Aspazja z Miletu. Wystarczy?

Stanowiącą centrum "Jeżycjady" wyspę rodziny Borejków, epigonów formacji inteligenckiej, otacza ocean przemocy, kłamstwa i głupoty. Społeczeństwo degeneruje się pod wpływem pogoni za forsą i kultury masowej. Zapomina o prawdziwych wartościach. Nie-Borejków łatwo rozpoznać - cuchną i mają rzadkie włosy, oglądają telewizję i nie znają na pamięć "Pana Tadeusza". Często bywają agresywni. Taki obraz świadczy o wyniosłości autorki i utożsamiających się z Borejkami czytelników.

Tu zwrócę się jednak osobiście do autorki artykułu. Pani Elizo, jeżeli uważa pani, że jest inaczej, niż opisuje to Musierowicz, to podejrzewam, że Pani także (jak Borejkowie) wyrzuciła telewizor, nie czyta Pani prasy, a na dodatek w ogóle nie wychodzi pani z domu.

Nie dziwię się Laurze, która porzuciła Wolfiego - skądinąd, całkiem sympatycznego młodzieńca - gdyż uważała, że nie dorównuje jej wiedzą i inteligencją. Oczywiście polityczna poprawność sugerowałaby, aby oczytane i inteligentne bohaterki powieści MM masowo wychodziły za mężczyzn z gminu, życie jednak podobno śmie twierdzić, że nie jest to najlepsza droga do małżeńskiego szczęścia.

Jak świat światem ludzie skupiali się w różnego rodzaju enklawach. Jest to naturalna potrzeba społeczna - przebywać z ludźmi o podobnych poglądach, podobnym etosie. Ognisko domowe od zawsze dawało jednostce poczucie bezpieczeństwa. Chwała Borejkom za to, że jednak mają ochotę i siłę pielęgnować wiedzę a zwłaszcza wymagać jej od młodszego pokolenia - w dzisiejszych czasach, gdy niewiedza stała się powodem do dumy a nie wstydu.

Do legendy przeszła już niespodziewana ciąża będącej na studiach Róży, z którą nikt ze światłej rodziny nie porozmawiał o antykoncepcji ani aborcji. Poniekąd słusznie, bo inne Borejkówny najwyraźniej nie uprawiają seksu przedmałżeńskiego, a po ślubie mogą się rozmnażać bez ograniczeń, co też z ochotą czynią.

Rozumiem oczywiście, że wyzwolona kobieta XXI wieku powinna ochoczo i radośnie parzyć się z każdym napotkanym osobnikiem i poczytywać to sobie za powód do dumy. Rozumiem też, że Musierowicz unikając tematu randkowej aktywności młodych Borejkówien, wychodzi na pruderyjną. Ja najmocniej przepraszam, ale mimo swoich liberalnych poglądów, nie uważam seksu przedmałżeńskiego, antykoncepcji i aborcji, za tematy właściwe dla książek, które czytają naprawdę młode panienki. Proszę, nie zapominajmy o tym, że Musierowicz nie pisze wyłącznie dla swoich fanek, urodzonych w okolicach wydań jej pierwszych książek. Jej powieści przekazywane są kolejnym pokoleniom, które tymi tematami bombardowane są z każdej możliwej strony. Nie dziwi mnie zatem, że tych spraw autorka unika. Chwała jej za to! Pominę już fakt, że takie czytelniczki jak ja, mają wyżej uszu tego typu tematów i książki Musierowicz czytają dla relaksu, nie jako ideologiczne manifesty.

Co do rozmnażania bez ograniczeń - przepraszam najmocniej, ale zdanie to brzmi tak, jakby każda z Borejkówien wydała na świat co najmniej piątkę dzieci, podczas gdy Gaba ze swoją trójką potomstwa jest tu chyba najhojniej obdarzona przez los. Ale zapomniałam, że żyjemy w czasach wyzwolonych egoistek, dla których urodzenie jednego dziecka jest ciężkim poświęceniem. Tak - dokładnie tak to odczytuję.

No i tu gładko przejść możemy do kolejnego frapującego fragmentu:

Nic dziwnego, że kobieta bezdzietna w "Jeżycjadzie" jest zawsze groteskowo pokręcona. Matki wyznaczające wyraźne granice swojej autonomii, jak Ewa Jedwabińska czy Józefina Bitner, robią dzieciom krzywdę.

Przyznam, że nieco się zadumałam. Mam wrażenie, że troszeczkę pomylono tu pojęcia. Ani Józefina Bitner, ani Ewa Jedwabińska nie "zaznaczały wyraźnie granic swojej autonomii", a jeżeli upieramy się przy tym wyrażeniu - możemy spokojnie stwierdzić, że były to granice karykaturalnie rozdęte. Te kobiety nie wyznaczały żadnej swojej autonomii, tym kobietom dzieci przeszkadzały w samorealizacji.Rozsądne "granice autonomii"nie byłby aż tak rażące. Tu mamy do czynienia matką, która zupełnie dosłownie porzuciła swoje dzieci (Józefina) i z matką, która poza (ach, użyję tego sformułowania raz jeszcze!) granicami swojej autonomii poświęcała swojemu dziecku 30 minut dziennie - każąc mu się umyć i położyć spać. Groteskowo pokręcone? Owszem, trudno mi się z tym nie zgodzić. Ich życie rodzinne było prawdziwą groteską.

I skoro o karierze mowa, to pomówmy nieelegancko o pieniądzach. Nie będę może już cytować, bo ten fragment aż roi się od smaczków, powiem jedynie, że krzywienie się na krytykę konsumpcjonizmu uważam za niesmaczne.

I wielki finisz.

Istnieje obawa, że Borejkowie w każdym kolejnym tomie będą wyrzucać telewizor, czcić zygoty i na większą skalę stosować zainicjowane przez Józinka rękoczyny wobec wyemancypowanych kobiet.

Bardzo cieszy mnie, że ten fragment zamyka cały tekst, inaczej nie byłabym w stanie zakończyć czytania artykułu. Ale owszem, rozważam tę opcję z rękoczynami wobec wyemancypowanych kobiet. Zwłaszcza kiedy używają sformułowania "czcić zygoty".

Skoro to na tym wszystkim polega feminizm i nowoczesność, to idę wbić się w gorset i skoczę w nim zrzec się praw wyborczych. To będzie taki mój manifest.

Chciałam tak naprawdę być łagodniejsza i uznać ten artykuł za pewien wypadek przy pracy. Niestety okazuje się, że to była tylko kropla w morzu. Postanowiłam bowiem poczytać także inne teksty pani Elizy Szybowicz. I tak oto, zamiast porannej kawy, polecam lekturę jej bloga NieTylkoMusierowicz.wordpress.com - a zwłaszcza wpisy dotyczące Tereski i Okrętki, bohaterek powieści Joanny Chmielewskiej. Ja mam wylew.

Więcej o: