O Kobietach (i nie tylko) - rozmowa z Grzegorzem Nawrockim

Wiem, że Wy, kochane Czytelniczki i przemili Czytelnicy, nie jesteście obojętni na muzykę, pomyślałam więc, że to niegłupie, żeby złapać Grzegorza, lidera zespołu Kobiety, podczas jego wizyty w mojej okolicy i przepytać o sprawy różne - te artystyczne i jak najbardziej życiowe. W gratisie dostajecie nie tylko kilka ciekawych historii, ale też piosenki, które być może spodobają się Wam na tyle, że sięgniecie po debiutancki solowy krążek ?Nawrocki Folk Computer Band?.

Zaczniemy od Kobiet - miałeś ich już dość i dlatego zdecydowałeś się na nagranie solowego albumu, czy po prostu nowy materiał nie przystawał do repertuaru tego zespołu?

Grzegorz Nawrocki: Wydaje mi się, że chodzi o nieprzystawanie. Na nowej płycie chciałem zrobić coś, co brzmi minimalistycznie, surowo. Chciałem zagrać tak, żebym nie musiał już myśleć, czy kogoś krzywdzę swoim zapachem, tekstem. Chciałem być niepoprawny i swobodny, bez tej delikatności typowej dla Kobiet.

Płyta jest powiedziałabym jesienno-zimowa. Szaro-bura aura listopadowo-lutowa miała na to wpływ?

Chlapa, plucha, samotność i bytowanie. Ale to nie jest zła samotność, po prostu taka egzystencja. Kiedy pisałem piosenki patrzył na mnie z półki Johnny Cash i jeden taki  biegacz, który zginął w zeszłym roku, także otaczałem się duchami.

Grzegorz Nawrocki, fot. Dar Giers, mat. promocyjne Thin Man RecordsGrzegorz Nawrocki, fot. Dar Giers, mat. promocyjne Thin Man Records

Właśnie, biegacz! Biegnąc na wywiad z Tobą, biegłam też z "Caballo Blanco", piosenką, którą zadedykowałeś pewnemu wyjątkowemu sportowcowi. Zastanawiam się jak ważna jest dla Ciebie tytułowa postać?

To mój bohater. Amerykański biegacz, który zaczynał jako kickbokser z sukcesami. Zdecydował się jednak, że nie zamierza się dłużej bić, wyjechał do Meksyku, poznał tam ludzi z jednego z indiańskich plemion (Tarahumara, czyli plemię, dla którego bieganie jest elementem kulturalnego dziedzictwa - przyp.red.) i zaczął razem z nimi biegać, wręcz obsesyjnie. Jeździł tam, nawet sobie wzniósł lepiankę w górach. Biegał tak wytrwale, że zwrócił na siebie uwagę innych, wykreował modę na ultramaratony. Zorganizował nawet jeden ze słynniejszych biegów długodystansowych, w którym absolutnie nie chodziło o kasę, tylko o ideę. Totalny freak, wspaniały człowiek i przystojny mężczyzna. Jego hasłem było „sharing without caring”, czyli dzielenie się bez myślenia o tym, co dostanie się w zamian. Taka postawa w dzisiejszych czasach jest wręcz niewiarygodna. Niestety tuż przed jednym z ultramaratonów ruszył pobiegać w górach i zaginął. Jego ciało znaleziono kilka dni później. Najprawdopodobniej zasłabł podczas biegania. Działo się to w czasie, kiedy pracowałem nad płytą, napisałem więc piosenkę.

Muzycy kojarzeni są z raczej niezdrowym trybem życia. Sam też biegasz?

Tak, jak najbardziej. Biegam po lasach i górach morenowych w Gdańsku, stąd ten temat był mi tak bliski. W ogóle cenię sobie kontakt z naturą, możliwość mierzenia swoich sił. Sama historia Caballo Blanco też mnie poruszyła, stał się moim bohaterem.

Na albumie też nie tkwisz w jednym punkcie, są nawet wycieczki w stronę Afryki. Czy za utworem o sandałach też stoi jakaś konkretna historia?

Jak najbardziej. Piosenka powstała właśnie w Afryce, a konkretnie w Cape Town. Byliśmy tam przez miesiąc z moją narzeczoną, było gorąco jak cholera... Znalazłem takie małe pianinko i wymyśliłem tę melodię. Chodził mi po głowie Komeda, miałem w głowie jakieś akordy. Całość napisałem z myślą o gitarze, ale zagrałem na fisharmonii. Pierwszy raz w życiu to zrobiłem, musiałem pedałować na tej fisharmonii...! Było to dosyć nieudolne, ale zabawne.

To były Twoje wakacje?

W zasadzie tak. Byłem u rodziców mojej narzeczonej, którzy mieszkają właśnie w RPA.

Co to za wakacje, skoro zamiast leniuchować, siedzisz i piszesz piosenki?

Ja w ogóle nie potrafię być na wakacjach nic nie robiąc. Mam organiczną potrzebę obecności instrumentu przy sobie. To bardzo fizyczne. Muszę czuć, że jest coś, na czym będę mógł grać. Jak znalazłem pianinko, to od razu musiałem coś skomponować.

Ta twoja solowa płyta jest też bardzo bluesowa. Trójmiasto od kolebki rdzennego bluesa leży dość daleko.

Dlatego ja ten blues sobie sam tutaj sprowadziłem, country zresztą też. Wiele lat temu zacząłem słuchać Johnny'ego Casha. To było jeszcze w czasach, gdy nie wypadało lubić country. Nikt nawet wtedy nie pomyślał o tym, aby na głos powiedzieć, że Cash robi dobre country. A my z Tymonem Tymańskim założyliśmy zespół Dyliżans, przez jakiś czas grał z nami Robert Brylewski, a potem się pokłóciliśmy i już. Przestaliśmy grać ze sobą. We mnie zaś narastała potrzeba nagrania takiej właśnie płyty: folkowo-countrowo-punkowej. Bo chodzi też o to, by dać wyraz beznadziei. Nie gram bluesa, bo lubię te akordy. Robię blues, który jest lamentem.

Jest na Twoim albumie kawałek mocniejszy niż lament. Utwór, który wyróżnia się na tle pozostałych - to ten utwór listopadowy.

A, ten! „Twoi rodzice”!

Dokładnie. Wiesz, że rozmawiamy dla Focha. Dla mnie to bardzo mocna i fochowa piosenka.

To jest mocna piosenka. Napisałem ją nie kryjąc się za tekstem, nie stosowałem żadnych sztuczek. Mocno przeżyłem ten utwór, bo to suma doświadczeń różnych osób. Tekst nie jest wzięty z powietrza. To opowieści z życia dzieciaków, które spotykałem na swojej drodze. Dla mnie to jest żywa piosenka. Chciałem użyć jak najprostszych środków wyrazu. To jest społeczny utwór. Chciałbym, by był używany za darmochę, oddaję go organizacjom - śmiało, bierzcie! Jak dla mnie to jeden z najbardziej szczerych utworów, jakie zrobiłem w swoim życiu.

Znów wracasz do dzielenia się. Czyli jest tak, jak zaśpiewałeś: nie chcesz być jak Urząd Skarbowy i cały jesteś darmowy?

Po latach grania muzyki wiem, że chcę czuć to, co na początku - samą radość z grania i dzielenia się swoja muzyką, bez względu na to, ile ci chcą za to zapłacić.

Rozumiem, że nie żyjesz z muzyki?

Nie, przez kilka lat zarabiałem na siebie samego - grając. Ale teraz już tak się nie da. Być może pojadę do roboty na budowie. Gdybym mógł zapłacić rachunki, kredyt, wysłać pieniądze córce, zapewnić wyjazd narzeczonej - byłbym skłonny jeździć z gitarą przez jakiś rok. Ale potem musiałbym już poszukać czegoś lepiej płatnego. To jest może dziwne, ale kręci mnie granie. Wydaje mi się to podejrzane, ale dobrze się z tym czuję.

Robota na budowie to nie żarty?

Nie. Miałem konkretny plan wyjazdu do Marburga na budowę. Mam tam przyjaciół, którzy rozumieją i lubią moją muzykę. Oczywiście ja mógłbym być tam najniższym w hierarchii pomagierem, bo jestem kiepskim budowlańcem, ale jestem chętny do pracy. Ja zawsze pracowałem u kolegów, powiedziałem, że mogę pracować mniej, za pół stawki, mogę malować, gruz nosić. Różne rzeczy już w życiu robiłem. Poza pracą na budowie i śpiewaniem byłem też didżejem klubowym. Duże pieniądze z tego były, ale od tego wszystkiego straciłem słuch w lewym uchu, nienawidzę kultury klubowej, mam głęboką niechęć do bezmyślnego hedonizmu. Wszystko przez kilka lat pracy z pijakami i ćpunami. Poczułem się na to za stary. W moim wieku lepiej już być piosenkopisarzem. Pracowałem w radio, resocjalizowałem ludzi. Wracając zaś do kwestii prac budowlanych i prac fizycznych: kariera muzyczna to często też jest ciężka fizyczna praca. Występ na scenie to jest nic, to jest przerwa, to relaks. Wszystko to, co przed i po - noszenie, dźwiganie, wożenie, trwanie w podróży, niewysypianie się, aklimatyzacja...

Czy będąc takim właśnie koncertującym muzykiem można być jednocześnie kimś, kto ma poukładane życie? Można mieć porządek w domu i w relacjach z bliskimi?

Da się. Ja jestem w szczęśliwym związku już od ośmiu lat. Jesteśmy ze sobą związani, tak na maksa, nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. To jest podpora wszystkiego. Tylko wtedy można funkcjonować, tylko jeśli się jest z kimś. Dopiero można spokojnie jechać w trasę i koncertować.

No dobrze, a co z domem, kredytem, rachunkami?

Ja to mam, wszystko. Mam dom, kredyt, rachunki. Sprzątam, piorę, rozwieszam pranie, dziesiątki skarpet, gaci. Segreguje i wynoszę śmieci. Moja narzeczona gotuje więcej niż ja, natomiast robię wszystkie te domowe czynności. Nie jestem jakimś oderwanym od rzeczywistości bytem, jeżdżę autobusami, rowerem, autostopem. Żyję normalnie.

Uwadze tych z Was, którzy lubią polskie piosenki polecam cały katalog wydawcy, czyli Thin Man Records (nie, nie dostałam przelewu, po prostu lubię wspierać małe, często jednoosobowe inicjatywy), bo znaleźć tam można genialne albumy UL/KR, świetne Drekoty, czy nowe Komety.

Więcej o: