Prawie cała prawda o urzędnikach

Koń jaki jest każdy widzi. A urzędnik? Jaki jest? Czytelnicy FOCHA! i nie tylko, zdanie mają wyrobione (tendencyjny wniosek wyciągnięty na podstawie komentarzy o różnych tekstach dotyczących tematyki urzędowej). Urzędas (celowo użyłam słowa o lekkim zabarwieniu negatywnym) jest z natury zły i leniwy. No, może nie osiąga jeszcze tego poziomu piekła i niekompetencji co słynne "panie z dziekanatów" - ale jest bardzo blisko. Dziś postanowiłam rozprawić się z urzędniczymi mitami (które, nie ukrywam, bawią mnie wielce) krążącymi wśród znajomych, w sieci i w ogóle krążącymi złowrogo jak muchy nad krowim plackiem. Zacznijmy od początku.

Nepotyzm i kumoterstwo. Jak POWSZECHNIE wiadomo, pracę w urzędzie można dostać TYLKO po znajomościach. Inaczej nie da rady, nie ma opcji i już. Walka z tym greckim mitem jest moim zdaniem bez sensu, bo ogół wie lepiej. To tak jak z tą brzozą, która była podstępnym drzewem zamachowcem, które wyrosło w jednym tylko celu (choć wedle najnowszych badań naukowych złamało się 5 dni wcześniej - zapewne za sprawą meteorytu lub innych sił pozaziemskich). Część osób faktycznie jest zatrudniana z klucza partyjnego lub rodzinnego, ale nie jest to tak powszechne jak mogłoby się to wydawać. Niestety nie mogę się podeprzeć w tej materii żadną wiarygodną statystyką, bo żaden urząd, a w szczególności GUS, takiej nie prowadzi. Swoją drogą czy w firmach prywatnych nie zatrudnia się po znajomościach? Do przemyślenia pozostawiam też taką kwestię: jak to możliwe, żeby wszyscy pracownicy sektora publicznego zostali zatrudnieni po znajomościach? Nie wiem, chyba na zasadzie jakiejś piramidy znajomości.

Prawie cała prawda o urzędnikach

Nietykalność, co w praktyce oznacza, że jak ktoś już się dochrapał ciepłej posadki w urzędzie to tak dożywotnio. Nie ma zwolnień, nie ma redukcji tylko kawowanie i gazetowanie do emerytury a właściwą robotę wykonują stażyści i krasnoludki. Odpowiedzialność też jest terminem abstrakcyjnym, żeby nie powiedzieć fikcyjnym. Cóż, nic bardziej mylnego. Zwolnienia i restrukturyzacje funkcjonują jak w każdej prywatnej firmie.

Lenistwo. Czym zajmuje się urzędnik? Prawda objawiona masom jest taka: zawodowym piciem kawy i kompulsywnym pierdzeniem w stołek. Generalnie snuje się po korytarzach i tylko myśli jak tu spławić natrętnych petentów. Nie ufa Excelowi, więc oblicza dane w słupkach lub na kalkulatorze, dzięki czemu sprytnie zagospodarowuje sobie ośmiogodzinny czas pracy. Oczywiście na pewno zdarzają się jednostki leniwe i asertywne w takim stopniu, że odpychają od siebie pracę jak magnesy o tych samym biegunach, jednak większość pracowników szeroko pojętej budżetówki tyra podobnie jak korpoludki, tylko, że za mniejszą kasę.

Niekompetencja. Tak, to na pewno wada wszystkich urzędników, ponieważ są niewykształceni i merytorycznie na poziomie tępej dzidy. Paradoksalnie, aby pracować w urzędzie trzeba mieć skończone studia (no może z wyjątkiem posady referendarza lub podreferendarza). Problem niekompetencji wiąże się często z niewłaściwym stanowiskiem (takim na wyrost) i brakiem decyzyjności, który z kolei wynika z lęku przed utratą stołka. Drugą przyczyną tego zjawiska jest zawiłość przepisów i możliwość ich interpretacji na wiele sposobów. Widać to na przykładzie działania organów podatkowych. Od 2007 roku Izby skarbowe wydają interpretacje podatkowe. Nie ma jednej spójnej ścieżki. Każda Dyrektor izby może wydać własną interpretację. Ministerstwo Finansów umyło ręce od odpowiedzialności za przepisy, które samo tworzy. Dlatego powstają lokalne raje podatkowe w obrębach działania izb o korzystnej ścieżce interpretacyjnej.

Prawie cała prawda o urzędnikach

Niemiły i nieżyczliwy. Oto epitety, które wielu z Was pewnie nierozerwalnie połączyłoby z rzeczownikiem urzędnik. Nie wiem skąd się bierze ten pogański przesąd. Załatwiam różna sprawy w urzędach i współpracuję z wieloma instytucjami państwowymi i nie spotkałam się z niemiłym traktowaniem. Za to wielokrotnie obserwowałam prostackie zachowania petentów, przykładowo w urzędzie dzielnicy Warszawa Wola. Obowiązuje system numerków, ale niektórzy nie chcą się z tym pogodzić i wszczynają awantury, ponieważ w ich mniemaniu wszystko tak długo trwa, że oni nie będą tyle czekać, że to skandal, że pół godziny przed zamknięciem urzędu nie można już pobrać numerka. I tu zwykle pada moje ulubione zdanie: „zwolnić tych nierobów”. No jak by ich wszystkich zwolnić, to dopiero był by czad, po prostu anarchia totalna.

Na tym kończę i rzucam się w świat segregatorów.

Wasza (nieobiektywna) Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Więcej o: