Lekturą po głowie, czyli o tym, jak się zdziwiłam

- Po co ty tam wchodzisz? - zapytano mnie, kiedy po raz kolejny, z właściwym sobie brakiem opanowania puszczałam parę uszami, przy lekturze notki.
Jak to - po co? Po inspirację!

Jasna sprawa. Dzielimy się na tych, którzy w dniu klasówki z "Chłopów" zapadali na dyplomatyczną grypę, oraz tych, którzy przeczytali każdy opis przyrody w "Nad Niemnem". Ani jednej, ani drugiej frakcji nie należy się z tego tytułu order, czy piętno, umówmy się.

Na pewno istnieją ludzie, którzy uważają, że kanon lektur szkolnych, taki, jaki jest w tej chwili - jest doskonały i nie wymaga żadnych zmian. Będąc pewna, że istnieją - nie znam takich ludzi i oczywiście sama do nich nie należę.

Na pewno są i tacy, którzy stoją na stanowisku, że wszystkie aktualne lektury należy w trybie natychmiastowym przekierować na drzewo, jeżeli nie wręcz na stos. Nie ostanie się ani jedna miła, bezpieczna staroć. Wszystko won i od nowa, wedle całkiem innego klucza. Takich ludzi również nie znam i nie jestem pewna, czy chciałabym poznać. Lękam się bowiem wszelkiej maści fanatyków.

Może dlatego, a może z całkiem innego powodu zawiesiłam się na długo nad dyskusjami o lekturach szkolnych, toczonymi na blogu Zimno z pasją, ogniem i zaangażowaniem. I już nawet nie chodzi o to, kto jaką lekturę uznaje za wartościową. Rozumiem, że komuś mogą się nie podobać "Dzieci z Bullerbyn", naprawdę to przyjmuję. I nie ma znaczenia, że zdziczałam, przeczytawszy o pomyśle uładniania książki w trakcie głośnego czytania.  No wiecie, zamiast kolejny raz: "Britta powiedziała" można przeczytać: "Britta rzekła". Żeby słuchający szczeniak wzbogacał słownictwo. Ok, idea mi obca, ale co kto lubi. Trochę dłużej pozgrzytałam zębami na wieść, że "Dzieci" są niezręcznie napisane i pełno tam wpadeczek typu: "podskoczył do góry". Dobrze, trudno, ja co prawda całe życie rozumiałam tę akurat książkę jako opowieść ośmioletniej dziewczynki, która nie mówi, jak profesor Miodek, tylko jak ośmioletnia dziewczynka. Ba, w tym był dla mnie cały urok. Dobrze, trudno, po raz drugi, może ktoś ma wolę chronić potomstwo przed każdą krzywizną językową, ja to rozumiem, choć nie widzę realnych możliwości - bo od żula pod osiedlowym sklepem, do starej Jagustynki w "Chłopach" - każdy leci swoimi naleciałościami, nieprawdaż. Ale chrońmy, podawajmy strawę intelektualną kontrolowanie, w końcu sama jestem cała za pilnowaniem progenitury.

Jedyne słuszne wydanie. Jedyne słuszne wydanie.

Panna Mary kapryśnica we mnie zniosła jakoś (choć z zagniewanym licem) opinię, że "Tajemniczy ogród",  jedna z najpiękniejszych książek mojego dzieciństwa to: "potężny gniot, i to zarówno pod względem języka (sękate, nieociosane drewno), jak i meritum." Ała, no może, może ja się nie znam, może urok, tajemnica i ładnie przedstawione dorastanie to tylko moje wrażenie, a wrażenia - jak pewną część ciała - każdy ma swoje.

Ale przy zarzucie (przy czym autorka tylko cytuje swojego syna, podkreślając, że ma dziecko świadomość polityczną, nie to, co my kiedyś, reszta dyskursu natomiast dzieje się w komciach), że książka promuje rasizm - wywróciłam się na grzbiecik i tak mi już zostało.

Marta Sowerby - szesnastoletnia służąca - rasistka.Marta Sowerby - szesnastoletnia służąca - rasistka.

A "Plastusiowy pamiętnik" ssie, bo co da współczesnemu dziecku informacja, że Tosia używała stalówki, kałamarza, a ołówek ostrzyła scyzorykiem? (oczywiście poza wiedza, że kiedyś nie klepało się w klawiaturę, tylko skrobało stalówką i że te stalówki bywały różne bardzo, ja osobiście tę wiedzę uznaję za wartość samą w sobie, ale to ja, nie każdy musi)

I teraz tak - jakoś rozumiem argument, że pewne lektury się zdezaktualizowały. Że przez te parędziesiąt lat naprawdę napisano nieco rzeczy mądrych, świeżych i sensownych, więc może by tak usunąć parę ramot wierszem i prozą i na ich miejsce wstawić coś nie obrośniętego pajęczyną? (Ja bym osobiście na przykład "Dziady" i - wiadomo - Żeromskiego -  posłała hen, daleko i  zastąpiła panną Żeromską). Że o miłości, odwadze, pracowitości, nauce i innych nośnych hasłach można mówić nie tylko przez Orzeszkową, Konopnicką i Słowackiego.

Potężny gniot

Ale argument, że dzieci nie wiedzą, co to był kolonializm - kłuje mnie w samo serce. A to niech się dowiedzą, nieuki. Że nie zrozumieją, dlaczego ich rówieśnicy pomykali boso? To się im wytłumaczy, czy to naprawdę taki wielki problem? Że będą zadawać niewygodne pytania, na przykład - dlaczego szesnastoletnia służąca nie wiedziała nic o sytuacji politycznej ówczesnych Indii? A, bo widzisz, kochanie, nie poszła do podstawówki w wieku sześciu lat i tak nieciekawie wylądowała, mwahahaha. Ale nie martw się, dzieciątko, rodzice wyłożą ci, co to był system feudalny i co to jest trolling. Opowiedzą o bostońskiej herbatce i ustawie o dopalaczach. Tak, ty masz rysik do tabletu, a twoja rówieśnica miała obsadkę i chlapała atramentem po paluszkach. Ty masz posprzątać pokój, a Janko Muzykant pasał krowy. Ty dostałeś antybiotyk, a Rozalka trzy zdrowaśki w piecu, no niestety, takie były czasy. A że Marta Sowerby poszła tyrać u bogatych państwa jako nastolatka? Też pójdziesz do roboty, jak nie wydolimy finansowo. To się nazywa kapitalizm. Aaa, kotki dwa.

Więcej o: