Ważniejsze niż mąż czy kochanek - gadżety w sypialni

Myślimy, że wcale nie potrzebujemy ich do szczęścia, a kiedy już je mamy, nie potrafimy się bez nich obejść i za Chiny nie potrafimy sobie przypomnieć, jak wyglądało nasze życie sprzed ich wszechobecności. Chcemy mieć je zawsze przy sobie, stale pod ręką, a najlepiej w ręku.

Intrygujące w kształtach i kolorach urządzenia, których zastosowanie na pierwszy rzut oka jest nieraz zupełnie niejasne, a gdy już wiemy co i jak, odkrywamy nowy wymiar pożycia, mmmm... Myślicie, że o tym będzie przy niedzieli? Nic z tych rzeczy. Będzie o urządzeniach, które owszem wpływają na pożycie, ale bynajmniej nie pozytywnie - zakradają się cichaczem, moszczą wygodnie, stają się ważniejsze niż mąż czy kochanek. Są z nami cały dzień, kradną nam noce.

Gadżety w sypialni

Do niedawna nic chyba nie wkurzało mnie bardziej, niż wieczorny łóżkowy widok mojego mężczyzny pochłoniętego surfowaniem w sieci i po śniegu (tak, tak - znacie SkiSafari?). Taka sytuacja: wychodzisz pachnąca spod prysznica, masz w głowie pewien przyjemny scenariusz, zmierzasz kocim krokiem do sypialni, a tam... Zero jego uwagi, bo całą pochłania kawałek elektroniki. Znacie to? Facebook i nowe komentarze, artykuł o sytuacji ekonomicznej funta, gra strategiczna w budowanie imperium Majów na księżycu w XXXII wieku, link podesłany przez kumpla, porównywanie cen (niechby nawet prezentu dla ciebie, ale wciąż!), które nieuchronnie kieruje od jednej strony do kolejnej i następnej... I pozostaje ci foch i zgrzytanie zębami. I nawet jeśli odwrócisz się plecami do problemu, to jeszcze bardziej skacze ci ciśnienie, bo problem jest tylko zadowolony. Ostatnio chciałaś wyrzucić mu zabawkę przez okno. Jest progres w byciu miłą, zrozumiałaś swój błąd.

Wszystkie te wnerwy do czasu, aż sama dostałam iPada. Sprytne posunięcie swoją drogą z jego strony, wkładając w me ręce ów żarłoczny gadżet, wytrącił mi z nich tym samym wszystkie wcześniejsze argumenty. Leżę teraz co wieczór i nieraz przez kilka godzin nurzam w internecie w sposób, w jaki nigdy wcześniej tego nie robiłam. Czy muszę komukolwiek tłumaczyć na czym polega konstrukcja zdradzieckiej sieci, która nas odsyła z miejsca w miejsce? Nie sądzę. Myślę, że każdy choć raz kapnął się dwie godziny później, że kliknął sobie w ikonkę, by sprawdzić jedną konkretną rzecz, to zajmie góra trzy minuty. A tu nagle lata świetlne mijają, czas stanął w miejscu (żeby jeszcze!), obiad przypalony, a my czytamy jakiś artykuł totalnie od czapy, nie pamiętając zupełnie jak to się stało, że przez gąszcz treści trafiliśmy na tę właśnie polanę...

Dopóki komputery były wielkimi, nieruchomymi bryłami stojącymi gdzieś w kącie, do których siadało się na krótki czas, ograniczony kolejką innych domowników i ich przestępowaniem z nóżki na nóżkę - wszystko jakoś funkcjonowało i nic nie zwiastowało tragedii. Jacyś nudziarze wieszczyli wtedy problem w relacjach międzyludzkich, który nieuchronnie przyniesie technologia, ale zajawkowicze nowych trendów pukali się palcem w czoło. Gdy domyślnym telefonem był stacjonarny, w zamierzchłych czasach jeszcze taki na sznurku trzymający nas przy szafce obok gniazdka - nie było mowy o tym, by tak intymna przestrzeń jak sypialnia, dopuszczała intruzów - znajomych, prawie obcych, zupełnie odległych, jakichkolwiek.

Do łóżka się szło z książką, to ona ewentualnie była dystraktorem pożycia, ale niegroźnym - nie ponagla dźwiękiem, gdy się ją odłoży na chwilę.

Dziś niemal niemożliwe jest posiadanie komórki bez internetu. Wiem, kupowałam ostatnio dla Babci - mili sprzedawcy w salonie operatora nie kryli zadziwienia, że ktoś może nie chcieć pakietu z superbajtami za złotówkę. Różne przenośne komputerogadżety - coraz mniejsze i lżejsze laptopy, tablety, smartfony - wchodzą nam do łóżka, a wraz z nimi praca (pikawka zwiastująca Bardzo Ważnego Maila o 22.56 - znacie to?), dziesiątki znajomych, naglące sprawy i nieprzeczytane artykuły, które znikną następnego poranka zastąpione nowymi, których przecież nie zdążymy przeczytać, jeśli nie zaprosimy padzika do łóżka...

A jak to się przekłada na relacje z innymi? Mamy kontakt ze wszystkimi, wymieniamy dziennie dziesiątki uwag z ludźmi, których tak naprawdę nigdy nie widujemy. Czy zaniedbujemy przez to tych realnie najbliższych? Niekoniecznie, ale w najlepszym wypadku średnio dbamy o siebie. Nie ma nic złego w tweetowaniu z tramwaju, mając pod żebrem łokieć pani w berecie to może być jedyne, na co nas w tej sytuacji stać. Ale już poświęcanie dwóch godzin snu, przeciąganie wieczoru w nieskończoność, by gonić uciekający ogon potwora internetu - to już może mieć wpływ na nasze tu i teraz.

Brytyjscy naukowcy udowodnili, że osoby, których noce są w dużym stopniu bezsenne, są bardziej egoistyczne i mniej skłonne do uczucia wdzięczności, cztery razy częściej mają problemy w związkach. Co tu badać, to dość oczywiste - przekładając to na polski chłopski rozum: niewyspany znaczy, hmmm, niemiły.

Daniel Craig (ahrrr, miamm...) powiedział w niedawnym wywiadzie, że jego nowa żona wprowadziła w jego życie nowe porządki, dzięki którym czuje się wreszcie szczęśliwy. Jedną z zasad jest absolutny zakaz wnoszenia technologicznych rupieci do sypialni. Jedynym uzasadnieniem dla tableta w łóżku jest... oglądanie pornosów. Chwali się taka postawa. Zresztą, czy on wygląda na gościa, który się myli?

Daniel Craig

A tak przy okazji - nie zgadniecie, gdzie piszę ten tekst?

Więcej o: