Mama w pracy - cyborg czy półmózg?

Ostatnio kolega (mizogin) z sąsiedniego pokoju (pozdrawiam Cię Robercie) rzucił taki radykalny tekst, że kobieta jak urodzi dziecko, to ma już tylko pół mózgu. Że po porodzie to zachodzą u niej takie zmiany, że jej się kora prostuje. W związku z tym, po dziecku to się taka do pracy nie nadaje, bo jej procesy myślowe ukierunkowane są jedynie na zajmowanie się potomstwem. Tak jakby nadal była złączona z maleństwem pępowiną tylko taką niewidzialną i rozciągliwą. Kolega został obśmiany i towarzysko zbanowany, ale może w tym całym paszkwilu jest jakieś ziarno prawdy?

Z jednej strony kobiety, które zostały matkami są lepiej zorganizowane niż w czasach, gdy obce było im zmienianie pieluch i nocne maratony żywieniowe. No są, bo jak się nie zorganizują to świat domowy się zawali. Bo jak nie naszykują na rano ubranek, śniadanek, zabawek i alternatywnych zestawów na ewentualność dziecięcego focha, to na sto procent możemy się spodziewać tragedii greckiej, lub przynajmniej emocjonalnego tsunami. I to wieczne organizowanie z rodzaju: ty zaprowadzasz, ja odbieram, planowanie każdej wolnej chwili tak, aby wykorzystać ją do końca, żeby w magiczny sposób rozmnożyć sekundy w minucie - przekłada się na styl pracy.

Jestem teraz lepszym pracownikiem. Pomijając kwestie organizacji, to dzięki dzieciom doskonale ustawiłam sobie współrzędne systemu wartości.

Matki nie lubią zostawać po godzinach, bo muszą odebrać dzieci o takiej porze by przygotować im coś pysznego i jeszcze zdążyć na dodatkowe zajęcia z kreatywnego darcia papieru, gry na akordeonie czy czegoś innego na co aktualnie zaprowadzacie swoje fasolinki. Dlatego, starają się wykonać swoją pracę jak najszybciej i jak najlepiej, żeby nie musiały robić setnej korekty i żeby o 16 stanąć w bramkach i pogalopować jak koń wyścigowy po małe jęczące pociechy. W zamierzchłych czasach przed dziećmi też nie byłam w klubie fanów nadgodzin, lecz nie robiło mi to jakoś specjalnie dużej różnicy, czy wyszłam o 16 czy zostałam pół godziny dłużej, nie zerkałam nerwowo na zegarek podczas spotkania myśląc o tym czy zdążę zawieźć młodego na karate.

Biorąc pod lupę siebie, bo ten egzemplarz znam najlepiej, mogę powiedzieć, że jestem teraz lepszym pracownikiem. Pomijając kwestie organizacji, to dzięki dzieciom doskonale ustawiłam sobie współrzędne systemu wartości, skalibrowałam poziom dystansu i odporność na rzeczy, na które nie mam wpływu.

Macierzyństwo wzmacnia podzielność uwagi i przewidywanie konsekwencji wszelkich alternatywnych rozwiązań.

Niedawno syn zadał mi pytanie: „Mamusiu, co robiłaś gdy nie byłaś mamusią?” i musiałam się chwilę zastanowić nad tym jak to było i co robiłam. A było tak fajnie, że niezależność i swoboda przepływały mi niezauważone przez palce.

Macierzyństwo wzmacnia podzielność uwagi i przewidywanie konsekwencji wszelkich alternatywnych rozwiązań. I podobnie jak dobra organizacja przenosi się na ogólne funkcjonowanie, w tym pracę. Zdolności negocjacyjne i kreatywność wypracowane podczas rozdzielania skłębionych dzieci zapamiętałych w bójce o tę jedyną zabawkę, całkiem nieźle sprawdzają się podczas rozwiązywania nietypowych problemów w firmie.

foch.pl

Ale jest też ciemna strona. A te ciemne strony są jak wiadomo bardziej interesujące, tak jak Alexsis była ciekawszą postacią niż do porzygania miła Krystle. Oprócz ambitnych i odpowiedzialnych wśród aktywnych zawodowo matek są i takie, które nie potrafią odciąć pępowiny i zachowują się po prostu nieprofesjonalnie.

Dowiedziałam się, że chyba najlepszą matką to ja nie jestem, ponieważ oddałam swoje potomstwo do żłobka.

Przyznaję, że miałam inne wyobrażenia o tym idealistycznym świecie perfekcyjnych mróweczek, w moim urzędzie większość dziewczyn pracowała do średnio do ósmego miesiąca ciąży i wszystkie wróciły do biura. W departamencie są dwie kwoki i stanowią raczej ciekawostkę przyrodniczą na tle ogółu. Znacie ten typ? Po powrocie z macierzyńskiego co godzinę dzwonią do domu, żeby dowiedzieć się czy dziecko zostawione na pastwę opiekunki/teściowej/mamy nie tęskni, w co jest ubrane, czy nie za grubo, czy nie za cienko, czy zrobiło kupkę, a jeśli tak to chcą znać jej kolor i konsystencję (zastanawiam się czasem, czy aby nie robią ukradkiem wykresów z krzywą wypróżnień) i tak przez cały dzień. Żeby się zdrowo załatwiło, to musiało zjeść. I to jest temat głęboki jak Rów Mariański.

Te rozważania o dietach dobrych dla rozwoju mózgu, alergiach i wszelkich nowinach ze sfery żywieniowej niemowlaków. Od rana byłam atakowana nową porcją zdjęć i problemów ukierunkowanych na potrzebę porównania faz wzrostu i rozwoju naszych dzieci. I w końcu dowiedziałam się, że chyba najlepszą matką to ja nie jestem, ponieważ oddałam swoje potomstwo do żłobka (państwowego, sic!) czytaj wsadziłam bezbronne niewiniątka w paszczę lwa lub przynajmniej na trzy zdrowaśki do pieca. Niby nie przejęłam się tą opinią, lecz w moim mózgu zakiełkowały jak chwasty niepokojące myśli.

foch.pl

Czy ze mną jest coś nie tak, ponieważ cieszę się z powrotu do pracy, ponieważ chcę się realizować zawodowo i rozwiązywać problemy ciekawsze inne niż te polegające na odpowiedziach w nieskończoność na pytania z serii dlaczego? lub układaniem po raz fefnasty puzzli z pociągiem Tomkiem?

Czy jestem nienormalna, bo w pracy zajmuję się pracą a nie tworzeniem albumów zdjęć dla rodziny i znajomych w internetowych galeriach lub drukowaniem przepisów na zupki?

W końcu czy to, że nie myślę co godzinę o dzieciach i nie tęsknię za nimi podczas ośmiogodzinnego dnia pracy świadczy o tym, że jestem wyrodną matką i powinnam się wstydzić?

Wasza (cała w dzieciach) Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Więcej o: