Czy place zabaw są dla dzieci? I kogo prosić o pomoc gdy policja "nie ma podstaw do interwencji"?

Pytanie postawione w tytule może brzmieć absurdalnie, ale zadaję je sobie od piątku, kiedy to przydarzyła mi się dość niemiła historia. Osoby dramatu: ja, dzieci, plac, dwaj panowie z frisbee oraz pani dyspozytorka z numeru alarmowego 112.

Był piątek, dzień Wszystkich Świętych (specjalnie odczekałam z pisaniem tego tekstu, żeby emocje mi opadły. Trochę). Jednak dzieci nie samym cmentarzem żyją, więc poszliśmy także na pobliski plac zabaw (żoliborski Park Żeromskiego) żeby się energiczne maleństwa trochę wybiegały. Dzieci wzięły sobie ten pomysł do serca i ruszyły z miejsca ostrym kłusem - każde w innym kierunku. Uganiając się po placu za jedną z córek w pewnym momencie poczułam mocne i bolesne uderzenie w ramię - trafił mnie ciśnięty z dużą siłą dysk frisbee, którym pomiędzy czeredą biegających dzieci przerzucali się dwaj rośli panowie.

Pomyślałam sobie, że nie chciałabym aby cokolwiek uderzyło z taką siłą któreś z moich (albo i nie moich) małych dzieci, biegających obok. Matczyna wyobraźnia podsunęła mi natychmiast złe obrazy frisbee uderzającego w tchawicę i ponurych konsekwencji tego zdarzenia. Zawróciłam więc na pięcie i uprzejmie zapytałam panów, czy mogliby się przenieść ze swoją rekreacją na pobliską polankę: pusta przestrzeń, żadnych dzieci, dogodne warunki do gry.

Panowie przeprosili mnie za uderzenie, ale nie ulegli sugestii zmiany scenerii. Na pytanie czemuż to, jeden z panów odparł rozbrajająco: "Wie pani, nie ta adrenalinka". Próby apelowania do rozsądku, uprzejmości i odpowiedzialności (dzieci, ryzyko, uszkodzenia ciała) spełzły na niczym, więc poinformowałam panów, że dzwonię na policję. Usłyszałam komentarz o mej roszczeniowej postawie i oddaliłam się. W krainę fantazji i pobożnych życzeń, jak się okazało.

Rozmowa z dyspozytorką z numeru alarmowego 112 szybko sprowadziła mnie na ziemię. Pani poinformowała mnie, że:

- nie ma podstaw do interwencji. (Rozumiem, że panowie nie łamią żadnego prawa, ale stwarzają realne zagrożenie: ja dostałam tym frisbee - zaraz może oberwać jakiś dzieciak i przy odrobinie pecha nie skończy się to tylko siniakiem. Chodzi o prewencję.)

- na placu zabaw mogą przebywać wszyscy, bo nie ma limitu wieku. (No świetnie, ale plac zabaw jest jednak - jak wskazywałby zdrowy rozsądek - przeznaczony dla dzieci, więc jeśli dwóch dorosłych, nieuprzejmych panów urządza sobie na nim ryzykowną zabawę, to jednak może ktoś powinien im w miarę oficjalnie zwrócić uwagę. Żeby przenieśli się 20 metrów dalej na wolną przestrzeń.)

- jeśli czuję się zagrożona to mogę przecież zabrać dzieci i pójść. (Ale jak to? To jest plac zabaw DLA DZIECI! Dlaczego to ja mam pójść, a nie ci dwaj bezczelni panowie?)

-jeśli dojdzie do wypadku, to wtedy można złożyć zawiadomienie. (Ale ja nie chcę żeby doszło do wypadku! Wolę zapobiegać!)

Odłożyłam słuchawkę, jak niepyszna. Zawołałam dzieci i poszłam do domu. Panowie beztrosko ciskali frisbee. Ramię bolało. Zderzenie z absurdem - jeszcze bardziej. Jakaś inna matka zapytała mnie konspiracyjnie: I co, przyjedzie ta policja? Na wieść, że nie również zarządziła odwrót.

Może ja jestem roszczeniową babą, może jestem histeryczną mamuśką, trzęsącą się nad bezpieczeństwem moich dzieci. Ale gdzie mam się z nimi czuć bezpiecznie, jeśli nie na placu zabaw? A jeśli czuję się zagrożona, to kogo mam prosić o pomoc jeśli nie policję? Rozumiem, że w tym akurat dniu wszyscy mundurowi obstawiali cmentarze i na place zabaw już nie starczyło sił.

P.S. Siniak ma wielkość pięciozłotówki. Cieszę się, że jest na moim ramieniu, a nie na czole dziecka.

P.S.2 Rozmowa była nagrywana, podałam swoje personalia - gdyby ktoś z przełożonych pani dyspozytorki chciał sprawdzić przebieg tej konwersacji.

Więcej o: