Zombie wciąż żywe - wywiad z autorem "Apokalipsy Z"

Z Manelem Loureiro, pochodzącym z Hiszpanii autorem cyklu powieściowego "Apokalipsa Z", rozmawiam o tym, dlaczego zombie budzą w nas lęk, czy ludzkość jest w stanie przetrwać bez prądu i jak to jest być autorem bloga, którego czyta półtora miliona ludzi na świecie.

foch.plRednacz z Manelem Loureiro

W twojej książce ujęła mnie niezwykła jak na gatunek zombie apokalipsy europejska perspektywa. To świadome złamanie konwencji?

MANEL LOUREIRO: Oczywiście - niemal wszystkie nasze ulubione historie o zombie są amerykocentryczne. To nie jest zarzut, tyle tylko, że umiejscowienie akcji w Stanach niesie ze sobą szereg, nieuświadomionych od razu, implikacji: bohater niemal zawsze ma dostęp do rozmaitych rodzajów broni palnej i wie jak się nią posługiwać, umie prowadzić przynajmniej samochód, a jeśli jest bohaterem w typie Bruce'a Willisa to pewnie i helikopter. Dla mnie z tego choćby powodu wiele opowieści o zombie traci walor prawdopodobieństwa. Pisząc swoją książkę starałem się aby tylko jedna rzecz w niej była nieprawdopodobna: zombie. Reszta jest tak realistyczna, jak tylko się da. Bo im bardziej czytelnik odnajduje się w realiach, tym bardziej przerażająca staje się ta opowieść. Mój bohater jest przeciętniakiem, wiedzie nudną, poukładaną egzystencję typową dla przedstawiciela europejskiej klasy średniej. Nie ma żadnych specjalnych umiejętności, przydatnych w obliczu końca świata. A jednak musi się nauczyć, jak przetrwać.

No tak, twój bohater jest prawnikiem - średnio przydatne w walce z żywymi trupami...

Gdyby był żołnierzem, albo chociaż policjantem, lekarzem, chemikiem - miałby wiedzę albo umiejętności, które można wykorzystać. Ale prawnik? Jego jedyną bronią jest inteligencja - i uczy się jej używać tak, by zwiększyć swoje szanse w sytuacji ekstremalnego zagrożenia.

Czy w ogóle przeciętny człowiek, a przynajmniej przedstawiciel świata zachodniego, jest wyposażony w jakiekolwiek umiejętności, które pozwolą mu przetrwać w obliczu jakiegoś kataklizmu? Zombie są przecież tylko metaforą czegoś straszliwego, co może się przytrafić naszej cywilizacji? Obronimy się?

Wojskowi twierdzą, że zaplanować można tylko pierwszych pięć minut bitwy - potem wkrada się chaos i najlepsze plany ulegają zmianie. Więc nie wydaje mi się abyśmy mogli się w jakikolwiek sposób przygotować na nadejście apokalipsy. Kiedy zbierałem dokumentację do tej książki dokonałem ciekawego odkrycia, mianowicie nie istnieją europejskie plany/instrukcje na wypadek epidemii o charakterze globalnym. Po chorobie szalonych krów, czy epidemii SARS wydaje się to nieprawdopodobne i w jakiś sposób pokazuje jak bardzo kruche są te cywilizacyjne ramy bezpieczeństwa. Ale też można spojrzeć na to inaczej: ludzkość od zawsze żyje w obliczu jakiegoś zagrożenia i lęku. Teraz boimy się epidemii i ataków terrorystycznych, jeszcze 25 lat temu głównym straszakiem była wojna atomowa, a kilka wieków wcześniej - gniew boży. Nieźle sobie radzimy z tym strachem.

World War ZWorld War Z

W swojej książce dużo uwagi poświęcasz temu, jak z nadzwyczajną, kryzysową sytuacją radzą sobie państwa, rządy, organizacje. Nie jesteś chyba szczególnie optymistycznie nastawiony w tej kwestii?

Obawiam się, że po prostu tak to może wyglądać. Że na poziomie politycznych decyzji jest dużo miejsca na bardzo złe decyzje, które w niesprzyjających okolicznościach mogą nas drogo kosztować.

A czy na poziomie jednostki nie jesteśmy zbyt przywiązani do tych wszystkich nowoczesnych udogodnień, elektroniki, co sprawia, że jesteśmy dość bezradni gdy zabraknie chociażby prądu?

Polegamy na narzędziach i gadżetach, wydają nam się niezbędne, nie wyobrażamy sobie życia bez nich. Ale prawda jest tak, że spokojnie moglibyśmy się bez nich obyć. Wyobraźmy sobie, że wstajemy rano, chcemy włączyć światło w łazience - nie ma prądu, wejść pod prysznic - nie ma wody, chwytamy za telefon - jest martwy, nie można nigdzie zadzwonić, nie ma żadnej pomocy. Nagle cała nasza egzystencja zostaje sprowadzona do najprostszej kwestii: przetrwania. A przetrwanie często oznacza: albo ty, albo ja. To ja wybieram mnie. Bo pod tą cienką warstewką cywilizacji jesteśmy wciąż dzikusami, egoistami, walczącymi o swoje kosztem innych. Zagrożenie, śmiertelne zagrożenie, to sytuacja, która zmusza nas do odszukania w sobie tego instynktu.

Twój bohater zaczyna od prowadzenia bloga i pierwsze oznaki nadciągającej apokalipsy notuje właśnie za pośrednictwem tego narzędzia - potem z konieczności przechodzi na zapis "analogowy”. Uważasz, że nowoczesne media społecznościowe są lepiej przygotowane niż te tradycyjne by na bieżąco śledzić coś co wykracza poza rutynę?

W "Apokalipsie Z” pokazałem absolutny upadek tradycyjnych i w ogóle wszelkich mediów - i była to dla mnie osobiście najstraszniejsza część tej opowieści. Bo jestem uzależniony od newsów, nie wyobrażam sobie poranka bez telewizora, gazety, serwisów internetowych. Czułbym się jak ślepiec, nie wiedząc co się dzieje na świecie Wracając do pytania: tradycyjne media nie zawsze są niezależne - po prostu. Cenzura, rozmaite ograniczenia prawne, ale też etyka dziennikarska sprawia, że pewnych rzeczy nie przekazują, bo nie mogą, nie chcą, nie są pewni. Tysiące użytkowników sieci nie ma takich skrupułów, co bywa zbawienne w sytuacjach zamętu. To w końcu w dużej mierze dzięki mediom społecznościowym wiedzieliśmy co się dzieje na przykład w Syrii. Ale widzę też ciemną stronę tej demokratyzacji mediów: coraz trudniej odróżnić prawdę od fikcji.

No właśnie - sam nieźle wkręciłeś czytelników, bo swoją powieść zacząłeś publikować jako bloga w sieci - jakby opisane zdarzenia działy się naprawdę. Ktoś się nabrał?

Tak, blogowałem sobie - głównie dla siebie. To był taki projekt, rodzaj żartu w rodzaju "Wojny światów” Orsona Wellesa, ale nie przypuszczałem, że ktokolwiek będzie to czytał, naprawdę. Jednak wydarzył się jakiś cud. Po tygodniu miałem może z tuzin czytelników, potem stu, potem kilka tysięcy. Po miesiącu mojego bloga czytało pół miliona ludzi na całym świecie! Po trzech miesiącach było to już półtora miliona. I faktycznie część z ich była przekonana, że raportuję prawdziwe wydarzenia. Pewnego dnia zadzwonił do mnie ktoś z jakiejś gazety w Meksyku, potem z Chile z prośbą o wywiad. Nagle dotarło do mnie: o kurwa, co ja narobiłem? Zostałem gwiazdą...

Z tego co wiem byłeś gwiazdą już wcześniej - podobno pracowałeś też w telewizji?

Prowadziłem wieczorny program rozrywkowy...  Byłem wtedy młody i przystojny, wokół mnie tańczyły roznegliżowane dziewczęta, na włosach miałem tony żelu - wspaniałe czasy. Ale tak serio to rozrywka telewizyjna to brutalny świat, bardzo silna konkurencja. Więc gdy skończyłem studia prawnicze porzuciłem karierę w showbiznesie na rzecz czegoś mniej stresującego. Prawo też mnie w końcu znudziło, bo nie znajdowałem w nim żadnego ujścia dla swojej kreatywności. Stąd wzięła się potrzeba pisania, pomysł na bloga - i poszło.

Masz na koncie trzy książki o zombie, w planach jest ich ekranizacja - więc droga do światowej kariery otwarta.

Tylko pod warunkiem, że to będą dobre filmy. Bardzo się tego boję, dla pisarza proces filmowej adaptacji jest bardzo stresujący, bo ma się nikły wpływ na to co z twojego dzieła zostanie. Wolę o tym nie myśleć.

Rozumiem, kiedy pomyślę co zrobiono z bardzo dobrą książką "World War Z” Maxa Brooksa...

Wiesz, że tego nie czytałem? Filmu też nie widziałem - początkowo dlatego, że gdy pracowałem nad swoimi powieściami, to nie chciałem ich zanieczyszczać wpływem cudzych pomysłów. A teraz chyba mam dość zombie na razie.

Masz jednak jakieś swoje ulubione historie o zombie, jak sądzę?

Oczywiście! Jestem wielkim fanem klasyki - Romero jest moim bogiem. Dokonał rzeczy bardzo trudnej i zrobił to w pełni świadomie: stworzył nowoczesnego potwora. Przed zombiakami Romero w popkulturze rządziły monstra klasyczne: mumia, wampir, wilkołak. Teraz mamy jeszcze dwa: zombie i obcego. Niesamowite jest dla mnie to jak to, co wykombinował Romero przeniknęło do popkultury, jak to się świetnie przyjęło. On wziął przecież zombie z haitańskiej kultury voodoo, które różni się kompletnie od tego popowego zombie, i zmieszał to z rozmaitymi naszymi lękami. Genialny pomysł! I od lat 60. wciąż żywy.

Walking DeadWalking Dead

Lęk przed nieumarłym jest jednym ze starożytnych lęków ludzkości, jakby na to nie patrzeć.

Wiesz dlaczego boimy się zombie? Bo są tym, czym my się staniemy, a były tym, czym jesteśmy teraz. W historiach o zombie to zawsze my jesteśmy bohaterami - zupełnie inaczej niż w historiach o wampirach, czy wilkołakach, które są protagonistami w opowieści. Zombie - to tylko groza, z która się konfrontujemy. A przeraża nas tak bardzo, bo jest tak nieodległa od nas samych. Zombie to ludzie, którzy umarli ale wciąż żyją. Są odrażający, w stanie rozkładu, ohydni. I zabijają. Koszmar! A jednak czujemy z nimi tę dziwną, niepokojącą więź.

Komiks i serial "Walking Dead” jest super popularny, "World War Z” było kinowym hitem - skąd twoim zdaniem obecny renesans zombie?

A to bardzo ciekawe faktycznie i wiele mówi o naszych czasach. Wzrost popularności opowieści o zombie łączy się zwykle z czasami kryzysu. Jeśli prześledzić historię popkulturowej kariery zombie, to wszystkie szczyty popularności zbiegały się w czasie z jakimś rodzajem niepokoju, kryzysu. W latach 60. narodziny zombie - to kryzys kubański, w latach 70. zombie powróciły, gdy mieliśmy kryzys naftowy, potem znów w latach 80. wraz z lękiem przed wojną atomową. Potem zniknęły aż do początku XXI, by powrócić wraz z pandemiami - szalone krowy, ptasia grypa. Zombie!

Apokalipsa Z

Książki Manela Loureiro (dwie części trylogii, jak na razie) ukazały się nakładem wydawnictwa Muza. Jeśli wolicie formę e-booków - zapraszam do Publio.

Więcej o: