Być jak "Wenus w futrze" - zacznij rewolucję w swojej głowie

Obejrzałam filmowy hołd Polańskiego dla żony - "Wenus w futrze" i zalała mnie zazdrość. Jak ona może tak świetnie wyglądać, tak pięknie wylewać się biustem z gorsetu, kiedy ja taka szara, okutana w szalik... Może powinnam się wbić w takie cudo i sobie przyjrzeć? Nie... Przecież wyglądałabym groteskowo. Na wszelki wypadek nie spróbuję. Więc nigdy nie dowiem się, że się da.

Siedzi przede mną zajebista, atrakcyjna dziewczyna i zupełnie szczerze, wcale fałszywie nie kokietując, mówi o tym, jaka czuje się nędzna i żadna. I bezbarwna. I nic jej nie wychodzi, a jej życie to dno kałuży. A ma w tym życiu mnóstwo wspaniałości, że nie wspomnę o tyłku i nogach, których jej zazdroszczą zastępy koleżanek. Albo w drugą stronę - dziewczę o ćwierci intelektu, za którym tęsknota odbija się w jej oczach szeroko otwartych, peroruje jaka to jest świetna i wspaniała, jaki wielki sukces osiągnęła kończąc roczny kurs nawlekania nitki na igłę.

Znacie to? Czasem słyszymy piękne komplementy i słowa uznania, jak przez ścianę dociera do nas, że jesteśmy obiektem tych miłych słów, ale w ogóle się nie poczuwamy do przyjęcia ich z wdziękiem i uśmiechem. To ponoć takie polskie, że umniejszamy zawsze swoją wartość w sytuacjach, gdy ktoś nas chwali. Jaką masz świetną sukienkę! A, z wyprzedaży. Gratuluję świetnej prezentacji. Ech, nie przesadzajmy, wcale nie była taka świetna.

A może właśnie przesadzajmy? Wyolbrzymiajmy i chwalmy się tym, co mamy? Nauczmy się eksponować nasze atuty, a wadami nazwijmy, jeśli już naprawdę musimy, te cechy, które istotnie mogą za takie uchodzić. O, talię to mam niezłą - mówi koleżanka, która na co dzień przywdziewa wdzięczne suknie-worki, których główną rolą jest totalne zatuszowanie wcięcia w pasie... I jak tu przemówić do rozumu?

Emmanuelle wieEmmanuelle wie

Co zrobić - atrakcyjną trzeba się czuć. Jak się jest nawet nędzną w powierzchownym, powiedzmy obiektywnym (co to takiego, wrr?) odbiorze ogólnym, ale się emanuje seksapilem i pewnością siebie, to świat zaczyna w to wierzyć. Truizm, wiadomo. Każde babskie czasopismo krzyczy o tym z okładki. A dlaczego tak ciężko wdrożyć to w życie? I jak to zrobić? Ha! Jeśli myślicie, że teraz padnie prosta odpowiedź, to przepraszam, nie. Są takie dni, kiedy daję sobie 100 punktów na 100, są takie, gdy pytam, czy można podać liczbę ujemną...

Co sprawia ze czujemy się piękne? Bo przecież są takie chwile, problem w tym, że nie potrafimy tego stanu utrzymać jako normy. Są przecież takie momenty, gdy czujemy, że możemy podbić świat (muszę to odnotować: słownik poprawił mi podbić na podpić - to w sumie ciekawa sugestia), jesteśmy najpiękniejsze i najwspanialsze. Ale siedzi w głowie jakiś kornik i wyżera to poczucie, szkodnik jeden.

Dove od lat stara się wybić kobietom z głów dążenie do nierealnego wzorca sfotoszopowanych osiemnastek reklamujących kremy przeciwzmarszczkowe. Podobają nam się te kampanie, bo takie ładne i miękkie w dotyku wydają się te pulchne kobiety, które wcierają w siebie balsamy i nieśmiało patrzą w kamerę. Ale w przestrzeni własnej łazienki wiemy lepiej...

Stare to, pewnie już znane, ale to akurat coś, co warto obejrzeć raz na parę tygodni i powziąć kolejne postanowienie o zmianie sposobu myślenia - może za setnym razem wreszcie wejdziemy w etap realizacji? Jakoś za każdym razem porusza mnie ten filmik, a jednocześnie daje mi pewną nadzieję: ja też zapewne widzę się często w wydaniu znacznie bardziej kiepskim. I po co mi to?

Dove (które nie sponsoruje tego artykułu, po prostu trafia do mnie ze swą kampanią) patronuje także książce Lindy Papadopoulos „Lustereczko, powiedz przecie... Rewolucja w myśleniu o własnym wyglądzie”. Pogardzam trochę takimi poradnikami, ale warto potraktować tę książkę jako przyczynek do przekierowania myślenia o sobie na nowe, zdrowsze tory. Wydanie sprzed kilku lat, ale można zdobyć, chociażby w internecie. Brytyjska psychoterapeutka bada jak wygląd, czy raczej przekonanie o własnym wyglądzie, wpływa na nasze zachowanie i, ogólnie, życie. Zaintrygowała ją obserwacja zmiany w podejściu do życia, jakie odnotowała u swojej kuzynki: wesoła, żywiołowa dziewczyna zachorowała na bielactwo i z dnia na dzień zatraciła radość i przebojowość. Mimo iż zmiany skórne wcale nie rzucały się w oczy, zdefiniowały na nowo młodą kobietę, wpędzając ją w kompleksy, których cień położył się także na innych polach jej życiowych działań.

Prawdę ci powie...Prawdę ci powie...

Jesień przyszła, opalenizna zeszła. Można oczywiście kiepską samoocenę zrzucić na jesienną deprechę, ale wówczas trzeba przypomnieć o tej zimowej (w co ja się ubiorę na sylwestra, wyglądam gruuubo...) i o tej wiosenno-letniej (trzeba się rozebrać z tych wszystkich płaszczy, pokazać na plaży w kostiumie - a mam takie grube/blade/obwisłe/brzydkie z powodu, który zawsze znajdę COŚ - to coś też sobie wynajdę, a jak!).

Polecam udać się przez jesienną pluchę prosto do kina i obejrzeć sobie „Wenus w futrze”. Nie będę streszczać filmu i zachwycać się rozpisaniem akcji na dwoje aktorów, świetnym ich poprowadzeniem, czy wyważeniem humoru i powagi. Potraktuję ten film jako instruktaż: jak uwieść mężczyznę. I to tak na amen, żeby się czołgał i kwiczał u naszych stóp. „Wenus w futrze” to rysunek pokazowy, jak kobieta przez pewność siebie i umiejętne, stopniowe odsłanianie (niepełnej, a jakże) tajemnicy o sobie robi sobie z faceta niewolnika swoich wdzięków, charakteru - największego fana i męczennika.

Nigdy nie byłam fanką Emmanuelle Seigner, po tym filmie chyba powieszę sobie jej zdjęcie na lodówce, na lustrze, na drzwiach, na ścianie. I jeszcze wrzucę na tapetę telefonu. Żeby mi przypominała, że chodzi po prostu o świadomość swojej kobiecości, nieistotne, czy w pasie lub biodrze ma się wymaganą przez zestandaryzowane wzorce liczbę centymetrów. Choć trzeba oddać Emmanuelle, że ma wszędzie tyle ile trzeba i niejedna dwudziestka może jej pozazdrościć kształtów. A może wcale nie ma? Tylko, ja czuję, że ona czuje, że ma?

Jest tak świadoma swojej kobiecości i wrażenia jakie wywołuje, że nawet nie poddajemy tego w wątpliwość. I nie sądzę, by była to tylko zasługa świetnej gry aktorskiej. Myślę, że ona naprawdę wie, że jest świetna i facecie padają na jej widok jak muchy.

Rewolucję trzeba zacząć w swojej głowie, małymi kroczkami, ale co ważne - nie odpuszczać. Bo same stajemy się często swoim wrogiem i kreujemy własny odbiór.

prawda boli

Na koniec cytat z „Lustereczka...”

Oceń się dobrze, a co!Oceń się dobrze, a co!

I odezwa do narodu: skoro od siebie nawet zacząć nie umiesz, może zacznij od koleżanek? Pomyśl o tym, jak tobie poprawia się nastrój, gdy ktoś cię za coś pochwali, a już chyba najbardziej, gdy inna kobieta pochwali twój wygląd. Więc zrób innym dobrze, a pewnie szybko wróci to do ciebie.

Taka jesienna motywacyjka. Może dzięki temu przetrwamy deprechę deszczową, a na wiosnę obudzimy się piękniejsze (nawet mimo warstewki zimowego tłuszczyku, który niewątpliwie się odłoży, ale przecież jest piękny, bo jest nasz. PRAWDA?)

[Od Redakcji: tematem listopada jest MOTYWACJA, bo to miesiąc, w którym wielu z nas zwyczajnie przestaje się chcieć. Jak zrobić, żeby się chciało? Jak nastroić się pozytywnie i wziąć do galopu? Jak nie odpuszczać? Jeśli znacie odpowiedzi piszcie do nas na foch@agora.pl]

Więcej o: