Szczęśliwe majtki, czyli o ciuchach szczególnej wartości

Sukienki po babci, szczęśliwe majtki w których zda się każdy egzamin, buty kupione za pierwsze zarobione pieniądze, czy koszulka z którą wiąże się jakieś osobiste wspomnienie. Choć to głupie, przywiązywać się do przedmiotów, z pewnymi rzeczami po prostu nie sposób się rozstać...

O tym, jak wielką wagę mogą mieć części garderoby, wie każdy, kto czytał "Historię żółtej ciżemki". Każdy też pewnie przerabiał maturalny zabobon, mówiący, że brak czerwonych majtek na studniówce równa się oblanej maturze. Do tego mamy zestawy swoich ukochanych ciuchów, których nie sposób wyrzucić, bo przecież wiąże się z nimi jakaś bardzo ważna historia. Albo są idealnie dopasowane do naszej osobowości, sprawiają, że czujemy się swobodnie, szczęśliwie, sexy. Rączka już pisała o swojej słabości do dresów, red. Zielińska o gorsetach, Red.Nacz. - o butach.

Ty razem nie mówimy jednak o upodobaniach ogólnych, ale konkretnych, szczególnych, wyjątkowych rzeczach.

DOMINIKA

Jestem z tych, co nie dość, że przywiązują się do ubrań, to jak już trafią coś "wyjściowego" bardziej, to noszą aż do śmierci.

foch.plBiust i biodra - posiadam

Kultowa marynarka pamiętająca jeszcze czasy podstawówki (egzaminów do liceum, matury, studiów, obrony magisterki... wiecie, rozumiecie, gdybym była facetem pewnie brałabym w niej ślub) wciąż wisi w mojej szafie i raz na jakiś czas jest wykorzystywana. Ale z sukienką, która widzicie na zdjęciu mam więcej wspomnień miłych. I nie tak stresujących jak sprawdziany, testy i odpytywania ze znajomości lektur. Kupiłam ją w jakimś second handzie, spadła mi z nieba - byłam w ósmym miesiącu ciąży i zostałam zaproszona na wesele. W szafie jak zwykle nic w temacie, w sklepach dla pań, ekhem, "błogosławionych fasolinką", ładnej odzieży brak, za to ceny głównie dla błogosławionych wysoką pensją.

Ta kiecka zaś wpadła mi w oko, urzekła wzorem i fasonem, okazała się też idealnie skrojona dla mnie, z materiału, który bardzo dobrze układał się na globusie pod klatką piersiową. Doskonale sprawdziła się też w roli sukienki maskującej wszelkie niedostatki niefitnessowej matki dwójki dzieci. Jednocześnie, zauważcie, podkreśla też pewne atuty bycia kobietą. Biust, biodra - w tej sukience nie muszę udawać, że ich nie mam! Towarzyszyła mi więc ta urocza szmatka w sytuacjach wymagających bycia bardziej elegancką, ale i pewną siebie kobietą, a nie tym wiecznym dzieckiem w kurtce i tiszercie. Na przykład na premierze mojego komiksu podczas Targów Książki na Stadionie Narodowym. Nie miałam też wątpliwości, co powinnam spakować do plecaka jadąc w delegację wymagającą głównie chodzenia po górach, pływania na żaglówkach i innych tego typu aktywnościach. Co prawda na moment zdrętwiałam czytając "formal dress", ale potem spuściłam nieco powietrza z tego nadętego terminu i... na uroczystym otwarciu pewnego bardzo interaktywnego muzeum we Włoszech, a potem na kolacji z dyrektorami, kierownikami i przedstawicielami siedziałam w tej swojej szmateksowej, pociążowej sukience. Nikt chyba nawet nie zwrócił uwagi na to, że zamiast butów bardziej takich glamour miałam na nogach sandały trekkingowe.

MISS OLGU

W modzie lubię eklektyzm, mieszanie stylów i zabawę. Dres do szpilek, trampki do sukienki "na Majkę Jeżowską", tandetne panterki i punkowe pin-up'y. Kocham bawić się modą.

 

 Panterka i ćwieki, czyli to, co Miss Olgu kocha najbardziej

Sukienka, którą widzicie była jedną z moich ulubionych kiecek w życiu. Miała wszystko: pin-up'owy styl, który jest bardzo kobiecy i zawsze się broni. Poza tym, sami rozumiecie, PANTERKA i pasek z małymi ćwiekami. Tyle szczęścia w jednym. Zawsze jak ją zakładałam, czułam się, jakbym żyła w amerykańskich latach pięćdziesiątych. A moda z tamtego okresu jest dla mnie czymś najbardziej doskonałym. Okulary koty, apaszki, kucyki, rozkloszowane spódnice i obciskające górę sweterki. Do tego skarpetki i tenisówki - mrau! A sukienka... dzielnie służyła mi przez ładnych kilka lat po czym została podarowana i służy mojej koleżance Izie, która też pokochała ją od pierwszego założenia.


RED.NACZ.

Nie jestem przesadnie sentymentalna (akurat), moje przywiązanie do ciuchów jest raczej praktyczne: jeśli coś jest klasyczne i dobrej jakości, to trwa w mojej szafie na przekór modom i zmiennym obwodom talii.

foch.plPełnoletnia i podwójnie pełnoletnia

Najpierw myślałam, że zaprezentuję moją ukochaną spódnicę marki MaxMara, którą dobrych kilka lat temu kupił mi w Palermo ukochany. Rozumiecie: idealne połączenie romantyzmu i glamouru. Potem pomyślałam o moich ukochanych koszulkach z Davidem Bowie - mam trzy i z każdą łączy się jakaś miła historia: jedną dostałam od przyjaciółki, drugą wygrzebałam w sklepiku przy Portobello Road, dzięki trzeciej weszłam na krzywy ryj na obleganą wystawę Bowie'go w Londynie. A potem zajrzałam do szafy i zastanowiłam się: która z tych rzeczy jest ze mną najdłużej? I stała się jasność: czarna marynarka Morgan, którą kupiłam na drugim roku studiów za pierwsze swoje stypendium naukowe. Stypendium wynosiło 400 złotych, marynarka kosztowała 390. Doskonale ulokowane pieniądze, zważywszy, że jest już niemal pełnoletnia. A wciąż jak nowa.

MONIKA

Lubię ubrania, które są dobrej jakości a jednocześnie pozostają tłem, a nie - podmiotem.

Zdjęcia niestety nie mam ale opiszę moją ukochaną kieckę, bo jest wyjątkowa. W stylu lat dwudziestych, szyta na miarę z doskonałej tkaniny wysokiej jakości, w przepięknym kolorze intensywnej fuksji. Pracowano nad nią z namaszczeniem i to widać w każdym detalu. Szykowna jest nawet podszewka. Dostałam ją w prezencie w bardzo romantycznych okolicznościach, co tylko dodaje jej blasku, uroku i tej szczególnej wartości. Miałam ją na sobie zaledwie kilka razy i za każdym razem, gdy na nią patrzę, powracają emocje... Przypominam sobie, jak czułam się w dniu, gdy przyszło do mnie wielkie pudło z niespodzianką. I mam nadzieję, że kiedyś to się jeszcze powtórzy.

NA KONIEC - JA

Długo się zastanawiałam, o czym napisać. Choć ciuchów mam (za) dużo i wiele z nich lubię bardzo, to nie mam chyba jednej szczęśliwej, ważnej rzeczy, od kiedy srebrny lis po babci całkiem wyliniał i trzeba go było wyrzucić. Mam natomiast niezwykłą słabość do kompletnie niepraktycznych rzeczy, których nigdy nie założę, bo są na co dzień zbyt ekstrawaganckie albo - niewygodne i niepraktyczne. Cóż z tego? Godzinami mogę oglądać delikatne szpileczki i eleganckie suknie wieczorowe. Niestety, a może na szczęście, zdarza mi się ulegać pokusie i kupuję. Takie cudowne rzeczy jak wielkie kapelusze (jestem szalonym kapelusznikiem, mam skromną kolekcję), różowe szpilki na metalowym słupku, o, te (w nich na spacer? BŁAGAM), albo absolutnie fantastyczną, długą do ziemi, balową suknię z jedwabiu. Idealną na czerwony dywan. Jak na razie - jedynie wirtualny. A jak wirtualny, to czemu nie od razu w kosmosie, co nie?

 Czerwona sukienka

Więcej o: