Uratuj malucha. Jak zbawić świat sześciolatkiem?

Dobra, siadam tutaj i wystawiam twarz na ciosy. Znaczy - przepraszam - chciałam powiedzieć, że zamieniam się w słuch. Jestem pełna uwagi i dobrej woli. Wyjaśnijcie mi, dlaczego właściwie posłanie do szkoły sześciolatka jest złe?

Potrzebuję, widzicie, pomocy. Będąc osobą żywo zainteresowaną tematem - słucham, czytam, obserwuję wymiany zdań i obelg. Przysięgam, że do problemu podeszłam bez wyrobionego zdania - hasło „sześciolatki do szkół” padło wtedy, kiedy doprawdy nie planowanie wyprawki dla pierwszoklasisty (albo dwóch) było mi w głowie. Zaczęłam więc przysłuchiwać się dyskusji najpierw obojętnie, potem z coraz większym zainteresowaniem, uzupełniając w miarę możliwości wiedzę. Zakładam jednakże, iż jestem ślepawa, omylna, przygłucha i nieuważna. Zakładam, że Wysokie Kłócące się Strony, a przynajmniej jedna z Nich podają jakiś argument, który mnie regularnie omija. I to właśnie sprawia, że nie rozumiem. Proszę, bądźcie mili, doinformujcie mnie. Muszę bowiem przyznać, że na razie wygląda to, jakby dyskusja toczyła się wokół:

- dywanów w klasach

- toalet dostosowanych do potrzeb sześciolatków

- bezprzykładnego okrucieństwa polegającego na organizowaniu MALUTKIEMU dziecku czasu w sposób uporządkowany i oznaczany np. dźwiękiem dzwonka

- faktu, że sześciolatek w szkole pełnej STARSZYCH dzieci nie jest bezpieczny

- sugestii, że nie poradzi sobie z przeładowanym - czy jakimkolwiek - programem szkolnym

Ratunku!Ratunku!

Mając pełną świadomość niskiej skuteczności własnych kontrargumentów, chcę jednakże powiedzieć, że:

- nie widzę powiązania między dywanem, a szczęściem dziecka (tak, nie chciało mi się nieustannie czyścić cholerstwa i po którymś makaronie z pomidorami zwyczajnie zwinęłam i wyniosłam, odtąd pokój dziecinny ma, jak pozostałe pomieszczenia w domu, goła podłogę)

- osłabia mnie wizja specjalnych toalet dla sześciolatków. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto ma takową w domu. Jak już rzuci - chcę zapytać, co zrobi, jak jego sześciolatek postarzeje się o rok? Wymieni sanitaria na takie odpowiednie dla siedmiolatka i wyłącznie dla  niego? Widzę tu niszę do zrobienia interesu.

- nie wątpię, że sześciolatek może mieć pewne problemy ze skupieniem się przez dłuższy czas, kłopotliwe może być też wdrożenie do pewnego drylu i porządku. Natomiast nie bardzo widzę dlaczego lepsze ma być skupianie się sześciolatka nad komputerem, czy tabletem. I dlaczego niby siedmiolatek łyknie spokojniej konieczność poddania się poleceniom nauczyciela? I czy naprawdę o tyle łatwiej słuchać pani w przedszkolu?

- zgadzam się, że na sześciolatka w szkole podstawowej czyhają różne zagrożenia. Chcę natomiast zapytać - czy są one radykalnie odmienne od niebezpieczeństw, które grożą siedmiolatkowi i ośmiolatkowi? I czy zamiast zastanawiać się, w jakim wieku bardziej boli skopanie po schodach przez starszego kolegę - nie można by zadbać, żeby nie skopywał? Wiem, utopia. Ale w takim razie - ta utopia nie ogranicza się do sześciolatka, prawda?

- rozumiem, że dziecko może nie poradzić sobie z programem szkolnym. To jest realny problem. Ale chyba nie sprowadza się do: „żaden sześciolatek nie powinien iść do szkoły, bo niektóre sobie nie radzą”, tylko do: „jak upewnić się, że te, które sobie nie radzą - nie trafią do szkoły i jak się nimi zająć”?

W całym tym kotle nie wypłynął argument, który wprawdzie brzmi źle i brzydko, egoistycznie i nienowocześnie ale który całkowicie bym zrozumiała. Otóż - wcale nie dziwi mnie, że rodzice wolą wsadzić dzieciaka do przedszkola jeszcze przed dziewiątą i odebrać go w okolicach siedemnastej. Niestety, ten myk w szkole nie przejdzie, dziecko skończy lekcje, powiedzmy - o dwunastej, a ty, rodzicu możesz albo rzucić pracę, albo skazać szczeniaka na świetlicę, co może być kiepskim rozwiązaniem dla wszystkich. Dodatkowo jeszcze pewnie będziesz musiał poświęcić czas na pomaganie mu w lekcjach (ta perspektywa napawa mnie grozą). Dlaczego nie mówimy o tym, co zrobić z dzieckiem po lekcjach, tylko gadamy o dywanach i umywalkach? Dlaczego taka moc energii kierowana jest w Kosmos? Dlaczego ?

Nie bardzo też rozumiem, jak - nawet trudna, nawet obca i z początku trochę przerażająca - szkoła może być dla sześciolatka gorsza niż brak jakiejkolwiek edukacji. Bo przecież nie wszystkie dzieci chodzą do przedszkola, prawda? Nie mylę się mówiąc, że są takie sześciolatki, które latają samopas, gdzie wola, bo rodzice zajęci gospodarstwem nie mają czasu, ani możliwości, żeby szczeniaka przypilnować? Naprawdę komuś wydaje się, że dla dzieciaka lepsze będzie ślęczenie przed telewizorem, niż nawet trudna, nawet żmudna nauka?

Wiem, nie wszystkie dzieci są ciekawe świata, chłonne, gotowe na życie w grupie rówieśników, gotowe na obowiązki, gotowe na naukę. Nie wiem, czy ten problem rozwiąże kolejny rok odwlekania.

I naprawdę nie chodzi o to, że mam uraz do pani Karoliny Elbanowskiej i kiedy jej słucham, to myślę sobie, że protestowałabym przeciwko wszystkiemu, co głosi. To nie ma znaczenia. Tak samo, jak nieistotne są dokonania i charakter dziennikarza, przeprowadzającego z nią wywiad. Kompletnie nie robi, czy facet prezentuje poziom żenujący, czy budzi szacunek. Jeżeli o to chodzi, to nie udało mi się stwierdzić, jaki poziom prezentował w tej rozmowie redaktor Kuźniar. Trudno oceniać bowiem wypowiedzi, które prawie w całości zostały zakrzyczane.

Istotne jest o co się w tej całej sprawie tak naprawdę walczy. I dlaczego. I z kim.

Więcej o: