Dlaczego warto jeździć na festiwale filmowe?

W Bydgoszczy trwa właśnie Camerimage, a do nas napisała Paulina Gorzkowska, twierdząc, że dobry festiwal filmowy to świetna rozrywka nie tylko dla zdeklarowanych kinomanów. I będzie Was (i nas) zarażać miłością do takiej formy spędzania czasu.

foch.plWidok na październikowy Wrocław z Kina Nowe Horyzonty.

Czy warto specjalnie jechać na festiwal na drugi koniec Polski, nie będąc dyplomowanym filmoznawcą, studentem filmoznawstwa, krytykiem, aspirującym reżyserem lub aspirującą dziewczyną reżysera?

No więc owszem, warto. Nie jestem filmoznawcą. Nie mam tzw. "narzędzi", czyli wiedzy pozwalającej na profesjonalną krytykę filmu. Filmy dzielę na fajne i chujowe. Mylę Alison Brie z Brie Larson. A mimo to z American Film Festival we Wrocławiu połączyła mnie miłość już od pierwszej edycji. I teraz zamierzam Was tą miłością zarazić. Aha, żeby nie było - to nie jest mój jedyny filmowy festiwal wyjazdowy. Wiele z argumentów, które za chwilę przytoczę, można bez trudu przyporządkować do innych tego typu imprez, zwłaszcza tych odbywających się we Wrocławiu. Jednak jak dla mnie pompatyczne czterogodzinne traumy o gwałcie analnym zdecydowanie przegrywają z może mniej formalnie przełomowymi, za to bardziej wciągającymi niezależnymi produkcjami amerykańskimi, którym na Fochu wyznawała już kiedyś miłość szanowna Redaktor Naczelna.

Dlatego od czterech lat każdej jesieni pakuję za dużo ciuchów (i tak nie zdążę ich wszystkich założyć) i za dużo książek (i tak nie będę miała czasu przeczytać) i ruszam do Wrocławia na AFF. Zaraz wyjaśnię dlaczego, i dlaczego uważam, że wy też powinniście.

Po pierwsze, można tam obejrzeć filmy, które do dystrybucji w Polsce trafią dopiero za jakiś czas, i potem w dyskusji ze znajomymi rzucić nonszalancko „Och, widziałam to już na festiwalu”. Pal licho, że nie na festiwalu w Cannes. Nie jestem najlepszym przykładem takiej postawy, bo zamiast nowego filmu Jarmuscha obejrzałam dokument o trzech gejach po sześćdziesiątce („Before you know it” , reż. PJ Raval, polecam) a nad seans zamknięcia festiwalu, „Wielkiego Liberace”, przedłożyłam maraton z romantyczną trylogią Richarda Linklatera („Przed wschodem słońca”, „Przed zachodem słońca”, „Przed północą”), bo w młodości przydarzyła mi się podobna historia ze znajomością zawartą w pociągu, choć bez równie romantycznego finału. Nie widziałam też „All is lost” (aka „Stary człowiek i morze”) z Robertem Redfordem samotnie żeglującym przez wrogi ocean prosto po Oscara za najlepszą pierwszoplanową rolę męską za rok 2013. Co nie znaczy, że nie mogliśmy ze znajomymi zaplanować na podstawie tego filmu franczyzy o Robercie walczącym z pozostałymi żywiołami. W filmie o zmaganiach z ogniem Redford przez 100 minut będzie bezskutecznie próbował uruchomić zapalniczkę. Ojej, nie powinnam była ujawnić, że bezskutecznie. Przepraszam za spoiler.

Naprawdę zabawna, a jednocześnie wyciskająca łezki wzruszenia nawet z moich nieczułych oczu opowieść o podopiecznych i opiekunach zakładu wychowawczego dla nastolatków „Przechowalnia numer 12” („Short term 12”) ze wspomnianą wyżej Brie Larson (no dobra, zaczynam ją odróżniać od tej drugiej Brie) w roli głównej wygrała nagrodę publiczności, więc zakładam, że trafi do dystrybucji. Jeśli się mylę, zapraszam znajomych filmoznawców do publicznego linczu mojej osoby. Jeśli się nie mylę, zalecam wizytę w kinie, koniecznie zaopatrzywszy się uprzednio w zapas chusteczek. „Don Jon” z Josephem Gordonem-Levittem w poczwórnej roli scenarzysty, producenta, reżysera i głównego bohatera, uzależnionego od pornosów mięśniaka rodem z „Jersey Shore”, uświadamia, że rzeczywistość, pardon, „rzeczywistość” prezentowana w porno filmikach wypacza nasze oczekiwania wobec życia nie bardziej, niż ta z komedii romantycznych. Dodatkowy plus: JGL rapujący w samochodzie do „Good vibrations” Marky Marka. Pokazał już, że umie wczuć się w muzykę, tu potwierdza swoją klasę. Drugi dodatkowy plus: znów Brie Larson, tym razem w roli a la Felicjan Dulski. Nic więcej nie powiem, bo Naczelna mnie zabije za nadmiar spoilerów w jednym tekście. Polska premiera miała miejsce 15 listopada, można iść do kina i przekonać się na własne oczy (oraz przeczytać naszą recenzję - przyp. red).

Po drugie, na AFF masz szansę zobaczyć te amerykańskie filmy, które mimo swej niezaprzeczalnej zajebistości niekoniecznie pojawią się w polskich kinach. „Własnym głosem” („In a world...”) o okrutnym świecie lektorów filmowych w stylu nieodżałowanego Dona LaFontaine'a. W filmie można podziwiać też występującą w małej rólce gotową na wszystko Evę Longorię próbującą mówić cockneyem z pomocą korka od wina w ustach, a całość sprawia, że marzy się o tym, by zamieszkać na kanapie u głównej bohaterki i razem z nią jeść kanapki z masłem orzechowym i dżemem. Mój absolutny faworyt tegorocznego festiwalu. Polubiłam też „Kumpli od kufla” („Drinking buddies”), gdzie z każdą kolejną butelką piwa wypitego przez bohaterów, pracowników lokalnego browaru (moja wymarzona praca, oprócz recenzenta kulinarnego), człowiek zaczyna się zastanawiać, czy z punktu widzenia twojej drugiej połówki gorszy jest pocałunek z kimś innym, czy bliska, niby niewinna, ale jednak NAPRAWDĘ bliska codzienna zażyłość. Z kimś innym. Discuss.

Po trzecie, oglądając filmy, chodząc na oficjalne spotkania z twórcami i potem nieoficjalnie imprezując z nimi do rana w klubie festiwalowym możesz konkretnie wzbogacić kolekcję historyjek, którymi będziesz zabawiać znajomych jeszcze przez jakiś miesiąc po zamknięciu festiwalu, o ile nie sprzedasz ich wcześniej na Facebooku.

foch.plWyjątkowo barwny okaz krytyka filmowego, nasza przepustka do wielkiego świata: Kaja Klimek

Oto wybór tegorocznych łupów:

- Jak się okazuje, wyzywanie od pedałów w telewizyjnej debacie nie jest wymysłem IV Rzeczpospolitej, bo przydarzyło się jednemu z najdowcipniejszych amerykańskich pisarzy i publicystów, Gore'owi Vidalowi, autorowi słynnej maksymy „Nie odrzucam żadnej propozycji seksu i występu w telewizji”, już w 1968 roku.

- Dzięki dokumentowi „Nasz Nixon” („Our Nixon”) można się dowiedzieć, że prawa ręka prezydenta, grubawy okularnik Henry Kissinger, był tak notorycznym playboyem, że Nixon zalecił, by podczas oficjalnych kolacji sadzać delikwenta nie koło najładniejszych kobiet, tylko koło tych INTERESUJĄCYCH (czytaj: brzydkich). To nie moja seksistowska interpretacja, to cytat, naprawdę!

- Kolega Wojciech G. wygląda zupełnie jak osobisty asystent Bena Afflecka, według słów reżysera filmu „Blue highway”.

- Z tego samego źródła pochodzi kolejna ploteczka: poważny reżyser Terrence Malick (Złota Palma za „Drzewo życia”) totalnie wymiata w Wii.

- Wciąż dostarcza reżyser Kyle Smith: znany wszystkim wielbicielkom boskiego Ryana Goslinga reżyser Nicolas Winding Refn („Drive”, „Tylko Bóg wybacza”) podpisuje prywatne maile słowem „Bóg”. Skromniś.

Są też minusy. Znajomi od lat pracujący przy podstawianiu napisów zarówno do filmów na Nowych Horyzontach, jak na American Film Festival, mają teorię, że te festiwale zabijają celebrytów. (Najbardziej spektakularnym "sukcesem" jest na razie uśmiercenie Bergmana i Antonioniego, którzy zbiegiem okoliczności umarli ostatniego dnia trwania NH w 2007 roku. Na liście ofiar festiwalowych jest tez Amy Winehouse). Tym razem można było zobaczyć co najmniej dwa filmy, gdzie w mniej lub bardziej subtelny sposób nawiązano do twórczości Lou Reeda („Idol”, „Cal od szczęścia” ). Rezultat poznaliśmy w ostatni dzień festiwalu. Okazało się, że to nie koniec. Na czas festiwalu zamieszkałam u pisarza, wielbiciela krwistej wołowiny i konesera afrykańskiego futbolu Michała Z., i mimo wielu fotogenicznych elementów wystroju wnętrza (kostka Rubika, komiksy o Tytusie, Romku i Atomku, obrazek z Jezuskiem tuż obok plakatu Arobala) sfotografowałam i wrzuciłam w internety akurat naklejkę z kampanii wyborczej Tadeusza Mazowieckiego z 1990. Kilka dni później - wiadomo. Kurde. Czuję się winna.

foch.plFotografia zrobiona cztery dni PRZED śmiercią głównego bohatera. Naprawdę.

No cóż, co zrobić...

Dobra, tak naprawdę to wiem, co zrobić. Jechać na AFF w przyszłym roku i mieć nadzieję na co najmniej równie dobre filmy i cudowną pogodę, jak my mieliśmy w tym roku. Bilety są tanie, filmy świetne, Wrocław przepiękny, towarzystwo pierwszorzędne. Czego chcieć więcej? A jeśli znowu kogoś zabijemy - oby nie - to niech to będzie dla odmiany na przykład jakiś podły dyktator.

Więcej o: