Ratujmy gimnazjalistów! Przed czym? Przed nimi samymi

Ratujmy gimbazę! Kogo? No, gimnazjalistów. Przed czym? Przed nimi samymi. Przed nagromadzeniem ich w jednym miejscu, w dużych ilościach, naraz. Dlaczego? No i tu właśnie jest pies pogrzebany.

Pies? Piesek? Jaka rasa? Nordycka, psia krew. Przysięgam, jako dziecko starego systemu, czyli absolwentka ledwie tylko podstawówki, liceum i pięcioletnich studiów magisterskich, na pomysł dzielenia tego wszystkiego na kolejne odcinki patrzyłam nieufnie. Bo czy edukacja jest dżdżownicą? Czy jej te bebechy aby na pewno się skleją i powstanie nowa, lepsza jakość? Czy wszystko tam będzie funkcjonować jak należy? Od początku wiedzieliśmy, że nie.

Najpierw, jako dopiero co wyrośnięci z wieku nastoletniego czuliśmy, że to jest najgłupszy z możliwych okresów życia człowieka. Czas niepohamowanej ciekawości, wspomagany przez dopalacze braku wyobraźni. Czas wielkich eksperymentów na sobie, okres burzy i naporu, wiatrów słonecznych i wybuchów w elektrowni atomowej. Czy to mądre zbierać wyłącznie okazy doświadczające tego wszystkiego w jednym miejscu? Dla nas logiczne było, że nie, że to głupota. Teraz, z perspektywy nie tylko absolwenta jakże zdziadziałego prasystemu szkolnego, ale i rodzica przyszłego gimnazjalisty boję się, a wierzcie mi, że strach rodzicielski ma wielkie oczy. Nie po to dbasz, pielęgnujesz i formujesz moralnie nowego człowieka, żeby ci go potem coś zepsuło.

Jak pokazała lektura tekstu z "Polityki” nie jestem w tym lęku osamotniona. W dodatku autor, Bogusław Śliwerski, nie złagodził strachu, wręcz przeciwnie. Pozwolę sobie tutaj przywalić i wam całkiem obszernym cytatem, by pokazać ową grozę: "Wydłużenie edukacji ogólnokształcącej o jeden rok (6+3 zamiast ówczesnego cyklu 8 lat szkoły podstawowej) oraz podzielenie budowanych przez sześć lat społeczności uczniowskich na nowe, często lokowane w obcej przestrzeni grupy, zburzyło ich spójność. Pominęło też istniejące różnice w rozwoju dzieci i młodzieży, odmienności rodzinnych środowisk oraz ich aspiracji edukacyjnych. Wprowadzając reformę w 1999 r., zlekceważono wyniki kilkudziesięcioletnich badań psychologów środowiskowych, dydaktyków i pedagogów szkolnych. Decyzja reformatorów zawierała ukryte przeświadczenie, jakoby wszyscy mogli, potrafili i chcieli się dalej uczyć ogólnie oraz mieli takie samo wsparcie w swoich rodzinach. Musiało to skutkować przewagą strat nad zyskami”.

Dalej było o braku elastyczności nowego systemu, krzywdzeniu najzdolniejszych, o problemach kadrowych i wszelkich innych niedoskonałościach. Justyna Suchecka z Gazety Wyborczej swoim artykułem pięknie uzupełniła mi tutaj tę Panoramę Racławicką. Po lekturze poczułam się tak przytłoczona, że natychmiast pobiegłam na poszukiwania znajomych, którzy wyszli na ludzi, mimo że skończyli gimnazjum. Przecież nie mogło być tak źle. Z rozmów jednak wynikło, że faktycznie - przeżyli i wyszli na ludzi, mimo że skończyli gimnazjum. Okazuje się, że gorsze od pójścia do gimnazjum mogło być tylko zostanie zakonnicą przypadkowo zamkniętą w więziennej celi pełnej zwyrodnialców. Tak, przerysowuję, ale nasłuchałam się o specyficznym podejściu nauczycieli, którzy sami nie mogli się zdecydować, czy mają do czynienia z "prawie już dorosłymi ludźmi”, czy z ”cholernymi szczeniakami”.

Ocalałe z gimnazjumOcalałe z gimnazjum

Za młodzi na przywileje dorosłości, wystarczająco dorośli, by mieć sporo obowiązków. Do tego program, który podobno nijak nie przystaje do zmieniającej się rzeczywistości, zwłaszcza rynkowej (argument o tym, że gimnazja zwiększają czyjąś szansę na to, by lepiej odnalazł się na rynku pracy był zbywany śmiechem). O patologiach się nasłuchałam, mimo że rozmawiałam z gronem ludzi z miast najróżniejszych - od Lublina, przez Ostrów Mazowiecką, Łódź, Bytom po Wrocław. O piramidalnych głupotach, jakie wyczynia się będąc w gimnazjum, o tym, że gimnazjum to wielki katalizator wszystkiego, co w dorastającym człowieku jest nierozsądne, włącznie z wymrażaniem puszek z bitą śmietaną w celu pozyskania z nich tego śmiesznego podtlenku azotu, którym podobno można się fantastycznie naćpać.
Z tego miejsca pragnę podziękować autorom tekstu z "Przeglądu", którzy tak bardzo pojechali po bandzie, że przekroczyli magiczną granicę dzielącą śmiertelną powagę czy strach z krainą wiecznego sarkazmu i słodkiej ironii.

"Agresja, seks, używki, wkuwanie do testów zamiast rzetelnego zdobywania wiedzy - to codzienność 1 mln 217 tys. gimnazjalistów”. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że mniej więcej to samo, ale bez używania argumentu "wina gimnazjum”, mówiono o najróżniejszych pokoleniach nastolatków. Była to wina jazzu (tak, tak), bitników, rewolucji seksualnej, punka, metalu, hip-hopu, emo, internetu, smartfonów i aparatów w nich zawartych. Odkąd istnieje pojęcie nastolatka, a wiemy już, że w kontekście kilku tysięcy lat ewolucji gatunku ludzkiego, nastolatek to stosunkowo nowa odmiana człowieka, istnieje też strach przed tym, jak bardzo jest on zepsuty przez używki cielesne i duchowe oraz jak doskonałe były wcześniejsze pokolenia. Przykład znajomych, którzy wyszli na ludzi "pomimo gimnazjum w życiorysie” może być niewystarczający. Wreszcie na każdej wojnie jest tak, że nawet wśród dziesiątek tysięcy trupów znajdzie się jakiś ostaniec, kombatant, a może nawet moralny zwycięzca schodzący triumfalnie ze spływającego krwią niewiniątek i winiątek pola bitwy. Że nawet najwięksi młodociani alkoholicy ocalą kilka szarych komórek, które doprowadzą ich do stanu społecznej używalności, największe ćpuny zostaną spokojnymi lemingami, a najbardziej rozpustne lolitki pójdą w stabilny świat księgowości i finansów.

Podzieliłam się więc swymi absurdalnymi strachami z naszymi redakcyjnymi matkami dzieciom gimnazjalnym. Jedna - ta bardziej strachliwa, która trzy lata temu utwierdziła mnie nieco w słuszności obaw o przyszłość mego chmurnie niespokojnego syna, dziś uspokaja - nie jest źle. Druga, która ma syna w typie wyciszonego intelektualisty, uspokoiła mnie jeszcze bardziej. Niepotrzebnie więc może demonizujemy to wszystko, czyż nie, kochane czytelniczki i najdrożsi czytelnicy? Im dalej w ten gimnazjalny las Szwarcwaldzki, tym bardziej czuję, że ktoś tu bije nie w ten bęben, w który powinien. No ale ja to ja,  jestem jeszcze młodą gąską ufną w zbawienną moc wychowywania dzieci na ludzi rozsądnych. Jestem więc z tego miejsca niezmiernie ciekawa waszych doświadczeń.

Więcej o: