Niekomedie romantyczne - filmy o miłości, które nie mieszczą się w szufladce

Produkcje kinematografii światowej (zacznę górnolotnie i sieriożnie) można podzielić na filmy ze strzelaniem i wybuchami oraz filmy nudne dla bab - zetknęłam się z taką typologią. Można też wrzucić wszystkie filmy o miłości, które nie są dramatem z biciem i maltretowaniem, do worka z napisem komedie romantyczne. Ale to mylące. A "dramat romantyczny" głupio brzmi...

Komedia romantyczna to w moim odczuciu film, w którym fabuła jest jasno zarysowana. Konieczne jest wystąpienie następujących elementów:

A. bohaterowie poznają się, spotykają po latach niewidzenia się lub odkrywają się na nowo;

B. dzieje się szereg dziwnych rzeczy, które mają na celu nie doprowadzić ich do punktu D;

C. dzieje się coś przełomowego, co prowadzi ich prosto (nieraz w 5 sekund) do punktu D;

D. bohaterowie łączą się w namiętnym pocałunku na tle zachodzącego słońca (lub inny kicz).

Oczywiście uproszczenie może się Wam wydać rażące, ale jak dodamy jeszcze do tego salwy śmiechu audytorium - co i rusz - to mamy kwintesencję komedioromantyczności.

"Amelia", "Francuski pocałunek", "Cztery wesela i pogrzeb", "Notting Hill", "Bezsenność w Seatle", "Masz wiadomość", "Kiedy Harry poznał Sally" (trzy ostatnie z nieśmiertelną, a przynajmniej wyraźnie niepogodzoną ze swoją śmiertelnością, wciąż piękną, eghh..., Meg Ryan), potyczki Bridget Jones czy zapominany, a naprawdę fajny film "Zupełnie jak miłość" - to potężne przykłady wzorowego wypełnienia konwencji tak, jak ja ją rozumiem. Dopuszczam skomplikowanie akcji ("To właśnie miłość" ze swoją wielowątkowością jest na to najpiękniejszym, najlepszym, najcudowniejszym, naj... - stop! - przykładem), ale nie dopuszczam wyjęcia któregokolwiek z elementów A-D i nazywanie filmu komedią romantyczną.

A nagminnie robią to dystrybutorzy wierząc (skądinąd zapewne słusznie), że wrzucenie każdego filmu o relacjach międzyludzkich, na którym jest szansa, że choć raz sala wybuchnie śmiechem - do szuflady "komedia romantyczna" zapewni im zapełnienie tych sal na wiele tygodni.

Komedie romantyczne są często, nie bójmy się tego słowa - infantylne. I tak ma być. Oglądamy te filmy nie po to, by na końcu z wielkim zadziwieniem odkryć kto zabił, ale by przeżyć swoiste katharsis: kibicować, śmiać się, wzruszyć na chwilę i odetchnąć z ulgą, że się wszystko pięknie udało. Dlatego "Pretty woman" możemy oglądać siedemnasty raz i przeżywać te same wzniosłe emocje. Do filmów akcji (dobrych) też chętnie wrócimy, ale myślę, że gdyby pokusić się o badania rynku, okazałoby się, że może i oglądamy kilka razy, ale nigdy TYLE razy, co komedie romantyczne.

Ale nie o nich ma być przecież, a o filmach o miłości, opowiedzianych z ciepłem i humorem (większym lub mniejszym), ale nie realizujących schematu, a często kończących się, hmm, że tak to ujmę: mocno refleksyjnie. Nie będę kopać w czeluściach kinematografii - przywołuję filmy, które raczej łatwo można znaleźć (chociażby na Kinoplex.pl) i obejrzeć. Zacznijmy od propozycji lajtowej.

500 dni miłości

Najlepszy lekki i przyjemny, a zarazem mądry i dający do myślenia film o miłości. Reżyser wcześniej (i zdaje się, że i później) trudnił się kręceniem świetnych teledysków i bardzo mu się to przydaje. Nie ma w tym filmie ani jednej niepotrzebnej sceny, jest za to Zooey Deschanel. Ale to jeszcze nic. Jest też Joseph Gordon-Levitt, znany dziś jako Don Jon. No i dwutorowa optyka w części filmu, która niby zabawna, a jakoś tak gorzko...

Zakochany bez pamięci

Film o tym, że pobożne życzenie, by po zawodzie miłosnym usunąć z pamięci dotychczasowy obiekt uczuć jest nie tylko głupie, ale i średnio możliwe. I wcale nie dlatego, że nie wymyślono jeszcze maszyny do podróży w czasie czy innej, która pozwoliłaby nam wkraść się do mózgu i zrobić porządki. Boska Kate Winslet. I przebrzydły Jim Carrey, którego w tym filmie wyjątkowo toleruję. Kolory, nastrój, napięcie. Powiedzieć, że to komedia romantyczna to jak nazwać motyla robalem.

Take This Waltz

Kiedyś ludzie się poznawali w wieku 20 lat, brali ślub i byli ze sobą do końca życia. Dziś poznają się i są ze sobą dopóty, dopóki jest fajnie. Kryzysów się nie lubi, więc jeśli da się łatwo i szybko wypleść ze znajomości, która nie przynosi już takich fajerwerków, jak w początkowej fazie - to cyk! i następny. Taka monogamia seryjna, ponoć choroba naszych czasów (kiedyś o tym napiszę, coś czuję). A tymczasem film, który dotyka problemu. Docenienie tego, co się ma vs. motyle i fajerwerki. No i uwielbiam scenę w basenie (TĘ scenę). I Sarę Silverman.

Jeden dzień

Pan i pani się mijają jak tylko mogą, a chemia jest i buzuje między nimi i blisko jest do zachodzącego słońca, oj blisko... Mój faworyt w zestawieniu jeśli chodzi o zakończenie i nie mam na myśli tego, co jest bezpośrednio przed napisami.

Bliżej

Ten film sprawił, że na widok Clive Owena mam dreszcze. I uświadomił mi, czego szuka dziewczyna, gdy dorastać kończy. Bo jak zaczyna, to może i ją kręci pipka Jude, ale potem to już tylko samca samczego chce. Clive... No i scena w hotelu przy lotnisku, która 9 lat temu jak oglądałam ten film po raz pierwszy wydała mi się z kosmosu wzięta, bo przecież tak to nie działa, a po kilku(dziesięciu już chyba...) projekcjach ZROZUMIAŁAM.

Siostra twojej siostry

Tyle wdzięku, ile ma w sobie Emily Blunt, mogłoby starczyć na całą sagę. A tu mamy niszowy film, niby dramat, a jednak nie do końca, bo w sumie bywa zabawnie. Ten film to majstersztyk, bo niby ślizgamy się po powierzchni problemu, ale powiedzieć o nim, że jest płytki - nie wypada. Ciepełko od niego bije, jak się skończy, chce się obejrzeć jeszcze raz. Czyli czary.

Blue Valentine

Ten film to w zasadzie podręcznikowy przykład "niekomedii romantycznej", bo wszystko dąży tu do rozpadu, mimo iż zapowiadało się najromantyczniej i najpiękniej. No i poza tym, jak nie kochać Ryana G.? (Tak, przyznaję się, jestem z tych, co ślepo go wielbią. Mogłabym oglądać jak obiera ziemniaki, godzinami...). Ckliwie i rzewnie. Chlip.

W kręgu miłości

To jest bardzo piękny i mądry film zrobiony specjalnie, z morderczą premedytacją tak, by się mocno zryczeć. Gra w nim przepiękna pani - Veerle Baetens, od której oczu nie można oderwać. I ponieważ gapimy się na nią z zachwytem non-stop, zadziwia nas na koniec przemiana, która się dokonała, bo przecież ani na moment nie przestaliśmy patrzeć, a ona jest taka inna... Więcej nie powiem, trzeba obejrzeć. Paczka chusteczek pod ręką koniecznie!

"Miłość"

Na sam koniec to już taki poziom ponad poziomy - Michael Haneke łatwym twórcą nie jest, ani przez chwilę nie udaje. UWAGA! Na tym filmie ryczą (no, ronią łzę-wstydzioszkę) nawet twardzi faceci. Mój akurat nie ronił, bo zasnął, ale uważam to za równie znamienne: taka reakcja obronna. Tu się paczka chusteczek nie nada, cały karton trzeba mieć. To już jest po prostu dramat i tyle, ale zastanówcie się, czy widzieliście kiedyś piękniejszy ujęcie tematu?

PS. Musiałam się bić po łapkach, żeby nie wstawić tu jeszcze co najmniej dziesięciu kolejnych filmów. Tyle dobrych niekomedii romantycznych i nie doczekały się spójnej nazwy! Jakieś propozycje?

LTN

Więcej o: