Nie chce mieć dzieci? Nie potępiaj. Nie zazdrość. Szanuj

Podkreślę zaraz na wstępie, bo już czuję, że może się z tego zrobić siwy dym - to tekst WYŁĄCZNIE o kobietach, które podjęły świadomą i dobrowolną decyzję, że dzieci nie będą miały.

Nie o tych, które potomstwa nie mają, choć bardzo chcą. To zupełnie inny temat i uważam, że  nikt, kto nie był w tych butach - nie ma prawa oceniać. Ja się nie czuję na siłach. Natomiast szczerze i nieustająco zastanawiają mnie dwa rodzaje reakcji, które wywołuje kobieta, bez zahamowań i otwarcie deklarująca, że dziecka mieć nie będzie, bo nie chce.

Potępienie? Serio? Oskarżenia o egoizm i wygodnictwo? Nieśmiertelne: a kto się tobą zajmie na starość, ewentualnie: to moje dzieci będą pracować na twoją emeryturę?

Pobłażliwe: Zmieni ci się, zobaczysz. Fałszywie współczujące: No, to nie zazdroszczę ci, kochana, dzidziulinki są takie słodkie i tak im pachną łapecki, biedna jesteś, że tego nie poczujesz. Agresywne: Myślisz tylko o sobie.

Naprawdę? Ale poważnie? Gdybym słyszała o jednym, dwóch, pięciu takich przypadkach - pomyślałabym, że żarty, urojenia, nadwrażliwość, wyjątkowe okazy chamstwa i głupoty. Ale nie. Sądząc po tym, co czytam i słyszę - jest to reakcja notoryczna i powszechna. Reakcja na przemyślaną i szczerze wyartykułowana niechęć do prokreacji.

.

Na litość boską - DLACZEGO?

Dlaczego nazywa się egoistką kobietę, która podejmuje świadomą decyzję, która uznaje, że z jakichś powodów nie nadaje się na matkę, nie ma do wychowywania potomstwa warunków, siły, zdrowia, predyspozycji? Albo zwyczajnie się jej nie chce? Która nie waży się sprowadzać na świat dziecka, mówiąc sobie, że ojtam, jakoś to będzie, tyle urodziło i wychowało, ja też dam radę, bozia da dziecko i na dziecko, gorsi ode mnie są niezłymi rodzicami, a w ogóle to się zastanowię, jak już będę w ciąży?

>>POLECAM TEN TEKST. WRAZ Z ILUSTRACJAMI. SERDECZNIE.

Dlaczego nazywa się egoistką kobietę, dla której żeby mieć opiekę, kogoś do kochania, nie być samą nie jest żadnym argumentem, ba - jest argumentem na nie? Czy urodzenie dziecka dla siebie nie jest przypadkiem postawą bliższą egoizmowi, skoro już w tych kategoriach rozpatrujemy? Czy nie jest wręcz altruizmem rezygnacja z rozmnażania się, skoro może by i było fajnie, lecz trzeźwo rozumiemy, że nie podołamy? Bo zdrowie, wiek, charakter, osobowość, sytuacja życiowa, finansowa?

Argument, że ktoś inny będzie musiał pracować na emeryturę bezdzietnej egoistki - podcina mi po prostu kolana. Nie wiem, z której strony zacząć dyskusję, może udam się pod gmach ZUS-u, popatrzę na złocenia i marmury, może tam spłynie na mnie świadomość i zrozumienie. I kwestia emerytury państwowej przestanie być w mojej głowie kwestią równie realną, jak mgły Avalonu. Na pewno.

.

Zmieni się jej? Zobaczy? A właściwie - dlaczego? Przecież decyzję „nie chcę mieć dzieci” podjęła chyba po namyśle? Z konkretnych powodów? Jest dorosła i świadoma? Zakładam, że nie mówimy o nastolatce? A skoro nie jest dorosła i świadoma wagi własnych wyborów - to czy na pewno powinna mieć dzieci? Czy na pewno powinno „się jej zmienić”?

Biedna jesteś, nie zobaczysz, nie zrozumiesz, jakim cudem jest posiadanie dziecka? Znów nie rozumiem. Przecież większość kobiet nie wielbi większości dzieci, kieruje miłość i starania w stronę własnych? Tak, owszem, wraz z decyzją o nieposiadaniu potomstwa - przychodzi rezygnacja z pewnych doznań, o których wiemy, choć jeszcze ich nie znamy. No i? Dlaczego kobieta jest „biedna”? Czy nie ma dla niej innej drogi, innego życia, niż dziecko? Czy rezygnacja z jednego aspektu życia - oznacza rezygnację ze wszystkich? I te, które tak twierdzą - są pewne, ponieważ one MAJĄ dzieci? Są jakieś granice zarozumialstwa, czy jednak nie ma?

Finalne myślisz tylko o sobie wieńczy dzieło. Nie, myśli o wszystkich innych. O hipotetycznym dziecku, oczywiście, ale również o wszystkich ludziach z tą sytuacja związanych. Choćby ojcu dziecka. Przekombinowane? Naprawdę? Więc trzeba ślepo iść za impulsem, kiedy tylko zegar biologiczny nam każe i nie myśleć o konsekwencjach? Bo jakoś to będzie? Bo fasolka, dzidziulinek, owocek miłości i ZUS?

Dlaczego te same matki, które nie-matkom czynią zarzut z braku potomstwa - potrafią powiedzieć „zazdroszczę ci? Czego zazdrościsz? Podjętej decyzji? Wolności? Braku odpowiedzialności i zobowiązań? Więc na jakiej podstawie podjęłaś swoje decyzje? I dlaczego jednym tchem zazdrościsz i potępiasz?

Na dziecko zdecydowałam się świadomie i po przemyśleniu. Wydawało mi się, że wiem dużo. Nie wiedziałam nic. Chociażby tego, że będzie ich dwójka. Nie wyobrażam sobie życia bez swoich dzieci. Nie wyobrażam sobie, jak by wyglądało moje życie, gdybym zdecydowała się, że dzieci mieć nie będę. Nie chcę sobie tego wyobrażać. To była jedna z lepszych, mądrzejszych, wspanialszych decyzji w moim życiu. Widzę wyłącznie jej dobre strony, pozytywy, szczęście. Nawet, kiedy czuję, że jestem kiepską matką, za dużo krzyczę, za dużo pracuję, za mało im czytam, a od zapachu ciastoliny mdli mnie, że hej. Nawet, kiedy jestem nieprzytomnie zmęczona i kiedy kompletnie tracę siły i chcę tylko, żeby wszyscy, włącznie z moimi dziećmi zwyczajnie się ode mnie odwalili. Zawsze.

Żywię głęboki szacunek dla kobiet, które mimo rozczulania się nad obcymi dziećmi, tykającego zegara, presji społecznej i obyczajowej, świadomości, że coś stracą  - zdecydowały się na bezdzietność. Jestem pewna, że za każdą taką decyzją stoi powód, który ją usprawiedliwia. Nawet, jeżeli mnie i całemu światu wydaje się, że ooo, tak, ona byłaby doskonałą matką. I tak, argumentem PRZECIW jest dla mnie również nie jestem pewna, czy chcę, nie wiem, przeraża mnie to. Łatwo powiedzieć ja chcę i nie myśleć o innych, nie myśleć o konsekwencjach. O tym, że sprowadzamy na świat kogoś całkowicie od nas zależnego. Naprawdę - łatwiej.

Więcej o: