Ewa Chodakowska - motywacyjny bełkot tnie jak skalpel

Ewa Chodakowska - sądząc po niej samej a także efektach jej ćwiczeń, które widzę u koleżanek - jest świetną trenerką. W ogóle nie zamierzam z tym dyskutować. Więcej: chętnie bym skorzystała z dobrodziejstw. Ale nie mogę, bo jak słyszę ten jej motywacyjny bełkot, to od razu mam ochotę zjeść ciasteczko i popić kolą (z wódką), a przynajmniej znaleźć się jak najdalej od tego sekciarskiego klimatu.

Zacznę (asekuracyjnie) od tego, że nie kwestionuję "metody" pani Ewy oraz serdecznie doceniam fakt, iż ruszyła ileś tam tysięcy dziewczyn z kanapy. Chwała jej za to i na zdrowie wszystkim. Natomiast mimo szczerego zainteresowania kwestią boskiego ciała (chciałabym być właścicielką takowego) nie jestem w stanie przemóc się i wziąć udziału w tym wielkim, ogólnonarodowym treningu. Ćwiczenia są spoko, ale odrzuca mnie warstwa werbalna i świętojebliwa otoczka. Działa na mój mózg jak kiler na tkankę tłuszczową - redukuje. A ja nie lubię uczucia, że traktuje się mnie jak idiotkę.

Jeszcze pół biedy, gdy wypowiadane beznamiętnym tonem i sztucznie modulowanym głosem zachęty, dotyczą ćwiczeń - choć to jedna z rzeczy, które zniechęciły mnie do sztandarowych zestawów Chodakowskiej: kilera i skalpela. Martwota przekazu nie korespondowała mi z wymagającym zestawem ćwiczeń, ani nie motywowała mnie do wysiłku. Niewzruszona jak cyborg trenerka nie trafia w moje czułe struny, nawet jeśli cała retoryka, konsekwentnie oparta na "ty", teoretycznie powinna angażować.

Ale nie tu bije źródło mojej awersji, do której się szczerze przyznaję. Tym, co mnie zniechęca naprawdę jest wylewający się z pani Ewy krzepiący bełkot, którym częstuje swoje fanki na Facebooku i YouTube'ie. Kiedy czytam na jej profilu takie rzeczy, to flaki się we mnie przewracają (ciekawe ile w ten sposób można spalić?):

Jestem tu i teraz... jestem o krok dalej niż byłam wczoraj... Wiem dokąd zmierzam... Wiem co chcę osiągnąć... Ja to osiągnę!!! Już to osiągnęłam wystarczy, że nie będę się poddawać. Nie tylko na drodze w walce o piękne zdrowe ciało, ale w każdej dziedzinie życia.

Na litość! Tu chodzi o ćwiczenia, rzeźbienie sylwetki i chudnięcie, a nie medytację w aśramie w Indiach. Nie szukam guru, który zaspokoi moją tęsknotę za duchową głębią i o ile powierzyłabym Chodakowskiej w opiekę moje ciało, to te inne dziedziny życia (pisanie tekstów? wychowywanie dzieci? gra na x-boksie? gotowanie pomidorówki?) brzmią niepokojąco. Jakoś nie dowierzam kwalifikacjom pani Ewy w tych obszarach i wolałabym by wraz ze swym hurra-optymizmem trzymała się od nich z dala. Przekonanie, że posiadła wiedzę tajemną na każdy temat i może mi doradzać działa na mnie wybitnie odstręczająco.

Ten filmik zaś podziałał na mnie jak płachta na byka (choć jestem baranem)! Mniejsza o utrwalanie mitu "od pucybuta do milionera", mniejsza o dziewiąte miejsce na liście wpływowych Polaków wg tygodnika "Wprost", ale kiedy specjalistka od profilowania pośladków zwraca się do mnie tonem papieżycy, to czuję się tyleż rozśmieszona i zniesmaczona, co zaniepokojona:

Życia nie można po prostu przeżyć, trzeba je zbudować. To ty tworzysz swoje życie - wyznacz cel (...) Nie mówię tylko o treningu, mówię o każdej płaszczyźnie twojego życia. I dąż wytrwale do poczucia spełnienia i szczęścia. Bo zasługujesz na to jak nikt inny i jak każdy.

Parareligijna nuta i dorabianie ideologii do machania nogą w moim przypadku nie sprawdza się jako motywacja. Niestety-stety.

"Piękne ciało to stan umysłu" - obwieszcza pani Ewa na swoim blogu. Hm, skoro tak to po cholerę ćwiczyć? Może wystarczy wyobrazić sobie, że te fałdki nie istnieją (Matrix trzyma się mocno!) i już, po kłopocie? Póki co więc pozostanę przy kulcie Davida Bowie i Oreo. A fitnessowy wycisk poproszę od kogoś z mniejszą chęcią zbawiania świata.

P.S. Moja motywacja by napisać ten tekst była dość cyniczna, przyznaję - Chodakowska świetnie wyszukuje się w Google'ach.

Więcej o: