W czym mogę nie pomóc? Żale źle obsłużonego konsumenta

Lekarz, ekspedientka, urzędnik - w reklamach wiedzą jak się zachować: uśmiech od ucha do ucha i radość, że mogą pomóc. W realu niechęć do bliźnich najczęściej zalewa im oczy. Zachowują się tak, jakby zapominali, że ich praca polega w dużej mierze na tym, by pomagać innym. Za to im płacą, między innymi. Pewnie za mało... Ale skoro płace się pewnie raczej nie zmienią, może warto zmienić coś w podejściu?

Do napisania tego tekstu zainspirowali mnie panowie, którzy wczoraj przyszli wymienić liczniki wodomierzy. Przyszli zrobić dobrze, wiem. Wiem, że ich zadaniem było WYMIENIĆ WODOMIERZE i wszystko inne ich guzik obchodzi. Ale w tym celu trwale zdemontowali prysznic (wstawiony na wymiar przez magika od remontu niespełna rok temu) i zostawili po sobie krajobraz po bitwie. Oczywiście od czego ma się faceta i Castoramę. Ale mimo wszystko - jak to jest, że ludzie wykonują swoją pracę, która w założeniu ma nam ułatwić życie, a przysparzają tylko zmartwień i zgrzytania zębami?

Tu byłem. Prysznic. (Ale wodomierze prezentują się pysznie!)Tu byłem. Prysznic. (Ale wodomierze prezentują się pysznie!)

W czym mogę pomóc? [czytaj: czegóż mi psia mać przeszkadzasz?!]

Moje ulubione panie w sklepach z odzieżą, które śledzą każdy mój ruch, bo przecież jak nic im wyniosę połowę ciuchów w kieszeni. Czemu służą te klipsy, które notorycznie dziurawią ubrania, jeśli nie temu właśnie, bym nic nie wyniosła i bym nie czuła się jak złodziej na wejściu do sklepu? Tylko dziurom chyba.

Albo obsiadają i nie odpuszczają: "Ślicznie pani w tym kolorku; zupełnie nie wygląda pani grubo; też mam takie spodnie/buty/cokolwiek - świetnie się nosi". Czasem to może być miła rozmowa, nie przeczę. Ale czasem jest tak okrutnie sztuczna i męcząca, że nie umiem sobie z tym poradzić. Bo odwrócić się plecami do pani i olać jej pitolenie - niegrzecznie. A słuchać go, pod ostrzałem spojrzeń innych pań z przymierzalni, które też czasem wpadły nie po spodnie, a na ploty - ciężko.

A kiedy naprawdę potrzebuję pomocy, bo nie mogę odnaleźć rozmiaru lub chcę dopytać o inne opcje kolorystycznie - pustynia... Nie ma żadnej z pań, wszystkie patrzą w jarzeniowy sufit lub zajęte są odwieszaniem rzeczy pozostawionych gdzie bądź. Zawsze ilekroć zadaje pytanie takiej zajętej pani, czuję się jakbym jej przeszkadzała...

Podobnie czasem w knajpach. Mam przykre wrażenie, że jeśli nie jestem na wejściu zdecydowana, co chcę zamówić i pozwalam sobie zadać kilka pytań o skład jakiegoś dania - niechybnie mi w to żarcie naplują.

Idzie baba do lekarza

Jako dziecko lekarskie i do tego raczej z natury zdrowe, nigdy nie miałam jakichś hardkorowych przeżyć związanych ze służbą zdrowia. Pobieranie krwi czy zszywanie rozbitej brody, wszelkie drobne zabiegi - dzięki temu, że znałam koleżanki i kolegów taty z pracy, to były w zasadzie spotkania towarzyskie z ciociami i wujkami. Bolące gardło czy gorączkę tata ogarniał w domu (to ponoć doświadczenie wszystkich lekarskich dzieci - ogarniał czyli zbywał machnięciem ręki, bo przecież nic mi nie jest), nie doświadczyłam więc przez długie lata uciążliwego oczekiwania na wizytę u specjalisty.

W sumie - wciąż nie doświadczam jakoś mocno, ale to czego doświadczyłam trochę sprawia, że ogarnia mnie koszmarny, lodowaty strach na myśl, że kiedyś potrzebowałabym na szybko pomocy w nieprywatnej klinice. Jako konkubina - phi! jak to brzmi, czuję się jak przestępca - mam ubezpieczenie w przytulnej klinice z wygodnymi kanapami i lekarzami uśmiechniętymi jak po kwasie.

Ale był moment, że go nie miałam i obudziłam się któregoś dnia nie czując zupełnie lewej nogi. Wstaję z łóżka i bum! Leżę. Przerażona dzwonię do taty, ale ma wyłączony telefon, pewnie operuje. Dzwonię więc do przyjaciela, który właśnie się stażuje po studiach medycznych, licząc, że coś mi poradzi. Szczęśliwie ma wolne, więc przyjeżdża, niesie mnie do taksówki i jedziemy do jego ZNAJOMEGO szpitala, gdzie tylko dzięki temu, że był tam ze mną i wiedział co i jak - zostajemy przyjęci w ciągu trzech godzin, nie trzech dób. Zresztą nodze wraca witalność chwilę przed tym, jak zostaję zbadana. Ot, taki dziwny skurcz. Nic mi nie jest. Głupia sytuacja, a ile nerwów. I wszyscy oschli. Bo po co się uśmiechać.

Jedzie pociąg z daleka i autobus z bliska

Autobusy w naszym kraju jeżdżą, żeby jeździć, absolutnie nie po to przecież, by wozić ludzi. Ileż to razy zdarzyło mi się biec do tramwaju, który wydawał się czekać na mnie - wszak biegłam od czoła, motorniczy mnie doskonale widział. I gdy już byłam dosłownie o włos od wskoczenia na schodek, rozlegał się wściekły dzwonek, drzwi się zamykały i tramwaj powoli ruszał - na ogół po to, by po dwóch metrach zatrzymać się przed sygnalizatorem i czekać minutę na zmianę światła. Czy motorniczemu kaktus by wyrósł na łokciu, gdyby poczekał kilka sekund i pozwolił mi wsiąść? "Pani, ja mam rozkład" - usłyszałam od pana, któremu kiedyś zwróciłam uwagę. HAHAHAHAAAHA - to tyle w temacie jeżdżenia zgodnie z rozkładem jazdy.

Ktoś widział ten tramwaj, co miał być kwadrans temu?Ktoś widział ten tramwaj, co miał być kwadrans temu?

Dla porównania za nie tak wielką wodą - w Sztokholmie, kierowcy wszelkich pojazdów odznaczają się wysoką kulturą osobistą, do tego stopnia wysoką, że bałam się, że jestem w ukrytej kamerze. Taka sytuacja: podchodzę do przejścia dla pieszych, jedzie autobus. Czekam grzecznie, aż przejedzie, bo za nim już pusto, więc sobie przejdę. A on się ZATRZYMUJE. I pan za kierownicą się uśmiecha i gestem mi pokazuje, bym sobie bezpiecznie przeszła. Byłam nieźle spękana, bałam się, że da po gazie, jak tylko stanę na zebrze i mnie rozjedzie na miazgę. Po doświadczeniach ze stołecznych naszych słodkich ulic wydawało mi się strasznie podejrzane takie przepuszczanie pieszego...

Korci mnie, żeby przytoczyć kilka opowieści z PKP, ale myślę, że każdy ma w tym temacie swój wybór pocztówek z podróży. Chętnie się zapoznam z nimi!

Poczta i inne urzędy

Czy ktoś zna taką oto historię: listonosz zostawia awizo w skrzynce, mimo że cały dzień człowiek siedzi na tyłku w domu w oczekiwaniu na polecony? Listonosz nie zadzwoni do drzwi, wsadzi awizo do skrzynki i potem człowiek się zastanawia, czy mu się film urwał akurat o podanej na kwitku porze?

Albo zgodnie z instrukcją idę po 18 po odbiór przesyłki, bo na papierku ze skrzynki jak wół stoi, że po 18 już można odebrać, a pani w okienku patrzy na mnie jak na upośledzoną: każde dziecko wie, że to bujda i że najwcześniej następnego dnia można odebrać i też nie wygłupiajmy się, że rano.

Potrzebuję odpis aktu urodzenia. Oczywiście urząd pracuje w godzinach mojej pracy, więc albo wezmę urlop, albo może się jakoś dogadam. Dogadałam się. Wychodzę z pracy trochę wcześniej i z wywieszonym jęzorem biegnę do urzędu (na szczęście dwie przecznice dalej, dam radę!). Wpadam 8 minut przed zamknięciem, przy okienku nikogo nie ma - cudownie! Uda się! „Proszpani, ja o 16 kończę pracę, ja już komputer wyłączyłam, bo on się chwilę, pszepani, wyłancza, więc jutro kochaniutka przyjdź”. A mój akt urodzenia leży obok pani prawicy, ale bez kompa się nie da, bo przecież musi odhaczyć. No i klops.

Czas się zbadać!Czas się zbadać!

Ja wiem - zmęczenie, rutyna, zły nastrój danego dnia - to wszystko da się jakoś usprawiedliwić. Noooo, ale proszę! Da się, naprawdę da się trochę bardziej wyjść do człowieka jak do człowieka, a nie tylko trzaskać wyuczone kwestie i w ogóle nie słuchać drugiej strony. Marzy mi się taki piękny świat, w którym autobusy jeżdżą po to, by ludziom wygodnie było się przemieszczać z miejsca w miejsce, panie na poczcie nie są przedłużeniem stempla, ale potrafią się uśmiechnąć.

Wzorowe zachowanie

Ogromne wrażenie zrobiły na mnie dziewczyny z Risk Made in Warsaw i sobie je tu bezczelnie zarekomenduję, bo takie działanie powinno być wzorem i zawstydzać wszystkich, którzy mają niższy poziom. Mój chłopak zamówił u nich spodnie. Jako że jest bardzo wysoki i z reguły ma problem z długością nogawki, starannie wymierzył co i jak, wedle numeracji na stronie internetowej. Spodnie przyszły, w pięknym pudełku. No i problem, bo krótsze o kilka centymetrów niż w rozmiarówce podano. Po wymianie kilku maili wraz z przeprosinami przychodzą spodnie w prezencie, uszyte specjalnie na wymiar, nawet dłuższe niż w ofercie.

I dziewczyny mają najwierniejszych klientów w nas, a ilu osobom opowiadam tę historię i polecam te mięciutkie ciuszki - nie zliczę. Dlaczego mnie to tak urzekło? Bo zdarza się, kurczę, raz na milion, a powinno być w standardzie.

Oczywiście - na ogół chodzi o proste rozróżnienie: czy ktoś pracuje na własny rachunek (albo napiwek), prowadzi własny biznes i mu zależy, czy odbębnia od-do i ma gdzieś.

Jak to zmienić? Nie wiem. Może jakieś pomysły?

Więcej o: