Moja mama egoistka

Zainspirował mnie list od Ewy, która patrząc na swoją mamę zastanawia się dlaczego kobietom tak trudno zdobyć się na tzw. zdrowy egoizm? Zwłaszcza matki mają w swój system operacyjny wbudowany moduł, który każe im stawiać dzieci i rodzinę na pierwszym miejscu, a swoje potrzeby spychać na dalszy plan.

Obraz matki, która nie dosypia, nie dojada, wiecznie się krząta, wiecznie zajęta milionem obowiązków jako wielozadaniowy robot domowy - zawsze wydawał mi się, delikatnie mówiąc, dość niedzisiejszy. Nie dlatego, że nie znam takich matek, co to tu poda kanapkę, tam wyprasuje koszulę, uszyje pacynkę, zwęzi spódnicę, umyje okna, odśnieży podjazd, pomoże odrobić zadanie z matmy, usmaży powidła, cierpliwie wysłucha, poradzi jak się malować i ukradkiem wciśnie stówkę do ręki. Znam i podziwiam, ale nie zamierzam naśladować. W końcu jestem kobietą XXI wieku, nie da się mnie wtłoczyć w schemat sprzed feministycznej rewolucji. Zwłaszcza, że moja własna Mama nigdy się w ten model nie wpisywała i po powrocie z pracy wolała uciąć sobie drzemkę niż być matką poświęcającą się, zaś proste obowiązki domowe dzieliła równo między mnie i brata. Mam więc wzorce bycia domową królową, a nie pomiotłem. A jednak był taki moment w moim życiu, kiedy zredukowałam siebie prawie do zera. Kiedy? Po urodzeniu dziecka, rzecz jasna.

Panny muzykalne

To jest taka biologiczna pułapka: bo małe bobo strasznie nas potrzebuje, a my strasznie chcemy mu dać wszystko - kosztem całej reszty. Tak to działa i nie ma sensu z tym walczyć, przynajmniej nie od razu. Póki mały ssak tylko ssie, ryczy, śpi, brudzi pieluchy i znów ssie, a my jesteśmy całkowicie skupione na tym, żeby to jakoś ogarnąć i nie zwariować od nadmiaru wrażeń - nie ma siły: dziecko będzie na pierwszym miejscu. Ma to nawet swoje uroki, takie odcięcie się od świata i bujanie w bańce macierzyństwa, tam gdzie małe paluszki, stópki, oczka i cały ten lukrowany mikrokosmos rodem z reklamy płynu do płukania. Jest to miłe, słodkie, cudowne - choć oczywiście nie wyczerpuje całości doświadczenia, jakim jest macierzyństwo, bo ma ono także stronę mroczną i pełną horrorów. Nie wyczerpuje też naszych prawdziwych potrzeb - bez względu na to jak wielką czujemy miłość do naszego dziecka, dziecko nie zastąpi nam świata. I warto zadbać, by nie było przeszkodą w naszym wyjściu do świata.

Czasopisma i serwisy dla młodych matek pełne są dobrych porad: jak odciągnąć mleko i wręczyć butelkę szczęśliwemu tacie, samej zaś udać się w stronę słońca. Mnie jednak macierzyństwo sparaliżowało. Pierwsze dziecko było dla mnie jak walnięcie obuchem w łeb - kompletnie straciłam rozeznanie, kim jestem, czego chcę i jak mam to osiągnąć. Skoro więc moje potrzeby były delikatnie mówiąc mgliste, tym łatwiej było mi je zamiatać pod dywan w obliczu wyraźnych i głośno wyrażanych potrzeb mojej córeczki. To wchodzi w krew bardzo łatwo, a i dziecko nabiera przekonania, że mama to takie skrzyżowanie materaca z dystrybutorem jedzenia i karuzelą. Nie mówiąc o tym, jak naturalnie przyjmuje tę postawę otoczenie: no przecież nikt cię siłą za drzwi nie będzie wypychał skoro ty tak siedzisz z tym dzieckiem, lecisz do tego dziecka po pracy, bo ci cycki od mleka pękają, wszędzie chodzisz z dzieckiem, bo komu je zostawić? Zwłaszcza, że kochasz swoje dziecko, uwielbiasz patrzeć jak się zmienia, martwisz się, że przegapisz a to pierwsze słowo, a to pierwszy krok...

Po kilku miesiącach ocknęłam się z myślą, że właściwie nie mam pojęcia czego chcę - może oprócz tego, że kawy (której akurat pić nie mogłam - peszek). Poza tym mgła. Nie byłam w stanie określić, co sprawiłoby mi radość, czego bym chciała i dokąd zmierzam. Nie wiem dokąd zmierzam, ale za to znajduję się w nieustającym pędzie, pokonując kurcgalopkiem i z dzieckiem usadowianym na biodrze kolejne etapy codziennego wyścigu na trasie praca-dom. I że jestem w tym całkowicie, absolutnie sama. I że nikt nie pali się, by mnie wyręczyć. Czy się zbuntowałam? Czy się obraziłam na cały świat i jego niesprawiedliwość? Och, jak jeszcze. Choć tak naprawdę powinnam mieć pretensje do samej siebie - że nie umiałam być egoistką, kiedy sytuacja tego wymagała. Że straciłam samą siebie z pola widzenia i pozwoliłam, by moje potrzeby też przestały być zauważane.

Być może taka lekcja była mi potrzebna, a duch buntu znalazł później ujście w "Bachorze" i jego makabrycznych fantasmagoriach, co na dobre mi wyszło. Oprócz przyjaźni z Rączką i Dominiką, która nam się scementowała na fali tej macierzyńskiej rebelii, zyskałam cenną samoświadomość: kocham moje dzieci, fascynuje mnie jakimi zaskakującymi są istotami, ale nieszczególnie lubię być matką. Przynajmniej matką typu robot wielozadaniowy. Znam dziewczyny, które fantastyczie się w tym odnajdują, a macierzyństwo pobudza je dokreatywności. Mnie niestety to nudzi, złości, odmóżdża. Potrzebuję czegoś innego, by czuć się sobą.

Staram się wypełniać wszystkie moje rodzicielskie obowiązki, dawać moim dzieciom, ile im się należy, ale też uczyć je, że mama jako taka lubi też poleżeć na kanapie i poczytać książkę albo pójść ze znajomymi do kina. I że oprócz tego, że jest mamą, ma jakieś swoje inne sprawy, które ją angażują i ciekawią. Nie zawsze ma czas i chęć zajmować się sprawami dziecięcymi. I serio, nie jest dostępna na każde skinienie. Radźcie sobie same, do cholery. Oto taki mały egoizm na miarę kochającej matki. Bo przecież nie o to chodzi, że czegoś im nie dam, a sobie wezmę, że zamknę w piwnicy i pójdę na ksiuty.

Słodkie smyki

Owszem, czasem marzę by być wykrochmaloną, wiecznie uśmiechniętą, super ogarniętą uber-mamą z obrazka. Piekę wtedy z córkami babeczki (choć zasadniczo wolę z nimi pójść do kawiarni) albo realizuję jakąś inną fantazję na temat perfekcyjnej pani domu. Lubię też spędzać z nimi czas, brać udział w warsztatach plastycznych i zwiedzać wystawy, wspólnie uczyć się czegoś nowego, oglądać filmy, czytać książki, słuchać muzyki, tańczyć i się wygłupiać albo po prostu leżeć na trawie w parku. Zasadniczo wierzę chyba nawet w wyższość leżenia. Na razie ten model się sprawdza - małe są bystre, pyskate i coraz mniej na mnie wiszą. Zasadniczo chciałabym, by w efekcie tego wychowania za 20 czy 30 lat moim córkom nawet nie przyszło do głowy, że matka to jest ktoś od obsługi. Gdy odwiedzam Rodziców, to ja im robię herbatę. Egoizm zupełnie mi nie przeszkadza.

Więcej o: