Piątkowe szaleństwa? Wy się bawcie, ja się jednak prześpię...

Piątek weekendu początek! Super zabawa, całonocne szaleństwo, odsypianie w sobotę do 16 i znowu w tango!! Niestety NIE. Nigdy nie byłam nocnym markiem, ale teraz to już chyba przesadziłam.

Od kilku tygodni mój piątek wygląda tak samo. Padam na twarz o 21-22 i śpię po 10-11 godzin. Normalnie tracę życie na spanie, ale nie mogę się powstrzymać. O godzinie 20:30 już jestem lekko nieprzytomna i siedzę na siłę, żeby nie obudzić się np. o 4-5 nad ranem. Nie mam pojęcia, z czego to mi się bierze, ale wkurza mnie to okrutnie.

Weekend to czas na spotkania ze znajomymi, robienie tych wszystkich fajnych rzeczy, na które nie ma czasu w ciągu tygodnia. No i ja nadal nie mam na to czasu, bo zamiast spotkać się z przyjaciółmi, pójść na koncert czy imprezę, to ja idę spać. Jak tak dalej będą wyglądały moje piątki, to za jakiś czas się okaże, że nie nikt nie będzie mnie już nigdzie zapraszał, bo i tak się nie pojawię...

Trochę dramatyzuję, ale tylko trochę :)

Piątku - czekałam!Piątku - czekałam!

Bardzo możliwe, że za ten stan rzeczy odpowiedzialna jest pogoda - w sumie pasuje mi zwalenie winy na nią. A to jakieś orkany, a to następnego dnia -5 stopni, w międzyczasie deszcz, +5 stopni i tak w kółko. Jak ktoś jest meteopatą, to pewnie odczuwa skutki takich wahań pogodowych. W sumie to powinnam cieszyć się, że mam narkolepsję, a nie napady migreny. Trochę się cieszę, ale tylko trochę, bo wiecie jednak chciałabym jakoś skorzystać z dni wolnych od pracy.

Ostatni raz wyszłam gdzieś w weekend chyba trzy tygodnie temu. Ktoś może powiedzieć, że to nie jest tak źle, ale dla mnie jest. Weekend to takie małe święto moich ludzi pracy, którzy w ciągu tygodnia pracują w różnych godzinach i naprawdę ciężko jest się spotkać. Oprócz pracy, każdy z nas pielęgnuje jakieś swoje hobby, które jakby nie było pochłania czas. Aaaa, zapomniałam wspomnieć też o dzieciach. Część znajomych posiada potomstwo, które trzeba „obrobić”. Pomóc w lekcjach, zawieźć na zajęcia pozalekcyjne czy po prostu powygłupiać się z nimi na kanapie. No tak to już jest i nie ma co robić nadąsanej miny. Dla siebie mamy przecież weekend! Jak widać, kto ma ten ma. Ja mam bazę z kołdry i poduszek.

Po 10-11 godzinach snu z piątku na sobotę powinnam być od rana radosna, wyspana i pełna energii. Stan taki powinien utrzymywać się cały dzień, do późnych godzin nocnych. Powinien, ale tak nie jest. Po przebudzeniu się, energii wystarcza mi na jakieś 5 godzin, a później muszę zaliczyć drzemkę, która trwa nawet dwie godziny. Po prostu muszę, bo słaniam się na nogach i odpadam. Aha wieczór kończę o 23-24 (hohoho, szaleństwo) i znowu śpię minimum 8 godzin.

Osoba podpowiada mi, że to normalny stan rzeczy dla kobiet w ciąży i dla niedźwiedzi. No spoko, tylko w ciąży nie jestem, a niedźwiedziem chyba też nie. Dodajmy do tego, że internet dostarczył mi 11 chorób, w których występuje nadmierna senność, ale na szczęście, żadna z tych chorób nie działa tylko w weekend.

Może to jest po prostu sygnał od wszechświata - Olgu koniec z imprezowaniem! Jesteś już w takim wieku, że skup się na dzierganiu swetrów dla przyszłych pokoleń albo przynajmniej gotuj obiady z dwóch dań i koniecznie z deserem! Drogi wszechświecie pocałuj się w nos, ja ci jeszcze pokażę!!!

W następny piątek już na pewno uda mi się wyjść z domu i przerwę klątwę narkolepsji. Prawda? Powiedzcie, że uda mi się.

Więcej o: