Damy kryminału: Josephine Tey

Temat wypłynął przy okazji dyskusji o kryminale, który J.K. Rowling wydała pod pseudonimem. Zajęczałam wtedy, że ach, kiedyś to były królowe kryminału, a teraz co?

I owszem, wielką rację miała Czytelniczka, która przypomniała mi o Marcie Grimes. To temat na osobny tekst, teraz chcę się z Wami podzielić miłością do Josephine Tey, księżnej kryminału. Tylko księżnej, bo nawet ja muszę przyznać, że królowa jest jedna i jest nią Agatha Christie. Ale był taki moment w życiu, kiedy z kretesem przepadłam dla Tey i byłam gotowa kwestionować, komu należy się korona. Wszystko przez pannę Lucy Pym.

Miałam może piętnaście lat, kiedy wygrzebałam w dzielnicowej bibliotece niewielką, mocno sfatygowaną książeczkę. Przerzuciłam kilka kartek z początku i ze środka i moja pensjonarska dusza (mamusiu, jaka ja byłam durna) bardzo się uradowała - och, szkoła dla dziewcząt, och, intryżki i konflikciki, och, tajemnicza uczennica! Biorę.

Miałam wtedy zwyczaj czytać już w drodze z biblioteki, znając szlak na pamięć, idąc noga za nogą, z torbą książek na ramieniu i tą jedną - dla komfortu najcieńszą i najlżejszą - w dłoni. Skrzyżowanie nietoperza z pijanym woźnicą - nigdy nie myliłam drogi do domu i tylko raz wmaszerowałam na trzecim biegu w latarnię. Ale cóż, byłam wtedy zakochana, a Rhett Buttler właśnie powiedział Scarlett, że ani mu się śni czekać, aż uda się ją przyłapać między kolejnymi mężami. Więc się nie liczy, prawda?

Tym razem też szłam z niewielką książką w garści. I nadal, jakoś do połowy, wydawało mi się, że to opowieść o dość ekskluzywnej szkole dla dziewcząt, ukierunkowanej na medycynę, aktywność fizyczną (taniec, sport), rehabilitację i fizjoterapię. Brzmi niezbyt ciekawie, ale uwierzcie, nastoletnie uszy płonęły mi żywym ogniem świeżej fascynacji. Dziewczęta są bardzo różne, rozbrykane, ambitne, przemęczone, stuknięte, urocze, niepokojące i wszystkie doskonale opisane. Znacie to uczucie, kiedy czytacie jakiś wspaniale soczysty opis i ślinka wam cieknie, jakbyście poczuli zapach ulubionego jedzenia? I już wiecie, że to przyjemne wrażenie z pierwszych stron lektury nie było złudne, że to będzie coś naprawdę dobrego, niesie was ekscytacja, a macie jeszcze tak, że po powrocie do domu możecie czytać, czytać, czytać do rana, bo nie ma ani pracy, ani obowiązków, a następnego dnia w planie lekcji tylko polski, historia, francuski, WF. Umówmy się, że na polskim od lat jedziecie na opinii, na historii szczęśliwie akurat jesteście daleko od Rewolucji Francuskiej, która zawsze was pogrąża, z Madame macie pakt o nieagresji ("dobrze, mademoiselle Alexandre, ty sobie czytaj pod ławką, ja cię nie będę pytać. Ale jak najwięcej Zoli i Colette!"), a na WF będziecie niedysponowane i jakoś to przejdzie. Można czytać do rana, czytać w tramwaju nr 6, wiozącym do Pobożniaka, czytać pod ławką i na przerwach i tylko czasem unieść nieprzytomny wzrok na głównie żeńską klasę i pomyśleć, że ach, te szkoły dla dziewcząt nie były takie złe, prawda?

(Powiem Wam w tym miejscu, że Red. Nacz. zawinszowała sobie u mnie temat: "Szkoła dla dziewcząt w literaturze takiej i owakiej" - jak Wam się to widzi, co? Bo mnie i owszem, ale Wasz głos może być decydującym.)

I w środek takiej żeńskiej szkoły, zamkniętej placówki o dość staroświeckim rygorze, a więc tygla namiętności, kompleksów, frustracji, ambicji, lęków, radości i z definicji nieco obłąkanej młodości - wkracza panna Lucy Pym, świeżo upieczona, choć nie najmłodsza pisarka, opromieniona sukcesem i autorytetem, niedawno nabytymi i noszonymi z pewnym dyskomfortem. Ma wygłosić mały wykładzik, ale w rezultacie splotu zdarzeń zostaje na jeden, drugi, trzeci dzień, poznaje lepiej dziewczęta i zaczyna rozumieć, jak funkcjonuje szkoła. Czy to samo nie wystarczy za kanwę interesującej, gęstej, klimatycznej powieści dla neurotycznych panienek? Otóż nie. Bowiem o świeżym poranku w sercu szkoły, czyli w sali gimnastycznej znajdują ciało jednej z uczennic. Ups, co za zmiana nastroju. Jak to się stało?!

Dalej oczywiście zamilknę na temat "Trudnej decyzji panny Pym", ale chcę Wam gorąco polecić wszystko, co Josephine Tey napisała. Urzekające "Tam piaski śpiewają" z czarującym, dżentelmeńskim, piekielnie inteligentnym detektywem Alanem Grantem, który udaje się na zasłużony urlop w sercu Szkocji, ale na szczęście nie dane będzie mu odpocząć. Niezwykłą "Córkę czasu", oryginalny kryminał, który zmierza do prześwietlenia i rehabilitacji postaci historycznej i od dawna niebyłej. Hipnotyzującą "Zaginęła Betty Kane", ku przestrodze wszystkim opiekunom niewinnych piętnastolatek i ku pokrzepieniu serc tym, którzy uważają, że już nic ich w życiu nie czeka. I tyle innych, w Polsce wydano tylko część, lecz język oryginałów jest piękny i prosty, więc proszę się nie wahać.

Josephine Tey jest angielska, czarująca, bystra, złośliwa i przenikliwa. Jest dokładna i ujmująca w szczegółach - od koloru paska sukienki, kształtu ronda kapelusika, rany od ciosu sztyletem, po smak sherry, patologiczną osobowość panienki, błysk wypolerowanego kieliszka i morderczą siłę zawiedzionych ambicji. Jest w tych książkach spokój małego miasteczka, wielkie emocje skrywane pod doskonałymi manierami, pogodna rezygnacja wobec świadomości, że ludzie bywają potworami - lekarstwem na to będzie zawsze rozpaczliwe czepianie się swojego środowiska, tej pewnej i niewzruszonej skały - melancholijne zakochanie, poczucie obowiązku i wściekła, niepohamowana, uparta pogoń za rozwiązaniem tajemnicy. A kiedy się ją rozwiąże - pogoń za następną. Aha, mnóstwo herbaty, makaroników, kanapek, naleśników i grzanek, opisanych tak, że każda lektura książek Josephine Tey kosztuje mnie kilogram na plusie. Mimo wszystko - warto.

Więcej o: