Foch! i Och! - czy pani rżnie, czy nie?

Zauważyłam, że kiedy w moim małym blogowym cyklu piszę o kimś w tonie sugerującym zaczepkę, to żywiej reagujecie. Pozwolę sobie więc na mały trolling, bo OCH! jak ja to lubię!

- Ona z nas rżnie! - napisała Rączka.

malvina-pe.plmalvina-pe.pl

W redakcji zawrzało (u nas zawsze wrze - to one. Albo wrzeszczy - to ja), redaktorki porzuciły swe obowiązki (jakże łatwo im to przyszło...), by przeprowadzać śledztwo. Jeszcze nie dziennikarskie, ale blogowe - a to już coś, choć pewnie Wojciech Orliński by nie aprobował (czy nas to? Nie). Wyniki dochodzenia okazały się niejednoznaczne.

Bo z jednej strony był mój tekst o Chodakowskiej i JEJ tekst o Chodakowskiej zaledwie kilka dni później.

Ale z drugiej strony był JEJ tekst o tym, że kobiety niekoniecznie kochają grę wstępną a zaledwie kilka dni później Lindzie się wyrwało, że ona to lubi szybkie numerki.

Czyli teorię o rżnięciu (przepraszam, ale w tym kontekście tylko to słowo mi pasuje) możemy sobie między majtki, to jest: bajki włożyć. Albo przyznać się że też rżniemy, czemu zaprzeczamy głośno i stanowczo (czasem, troszeczkę i nie bezczelnie). Ale wycieczka krajoznawcza na bloga Malviny była całkiem przyjemna, muszę przyznać, czyli czasem warto podążyć za tropem teorii spiskowej. Bo poszukiwania naszej własnej brzozy naprowadziły mnie na ślad na przykład takiej noteczki, którą czytałam porykując sobie ze śmiechu:

Zakładając gacie, prostujesz włosy i szukasz jakiejś wyprasowanej bluzki. Tracisz na to 10 minut, po czym przypominasz sobie, że od pół roku nie pracujesz w korpo i możesz przyjść do firmy na Mel C – w dresach i brzydko. Jeszcze tylko gubisz szkło kontaktowe, świnisz sobie grzywkę tuszem do rzęs, przywalasz stopą o drzwi od łazienki i możesz wychodzić.
W tramwaju dociera do ciebie, że kartę miejską zostawiłaś w torbie na siłownię. Biletomat zżera ci ostatnie 4 złote, a nikt nie ma rozmienić pięciu dych. Jedziesz na gapę. Cóż za adrenalina. Mijasz się z kanarem w drzwiach, wymieniacie uprzejmości, „panie kanarze, jaki pan przystojny”. Ludzie to jednak naiwni są. Chowasz mandat do kieszeni i wysiadasz z tramwaju z godnością.
Kiedy wchodzisz do pracy, spojrzenie szefa każe ci milczeć i umierać w męczarniach. W skrzynce masz 76 nieprzeczytanych maili, z czego 50 kończy się wykrzyknikiem. Poza tym to, co zwykle. Ktoś krzyczy, ktoś płacze, komuś ktoś podpierdolił bułkę. Jesteście jak jedna wielka rodzina, przy czym ty pełnisz rolę matki. W trakcie, gdy ratujesz świat, dzwoni twój szef nr 2 i zleca ci napisanie artykułu. Na wczoraj.

OCH! jak dobrze to znam i też to mam - od dziecka, rzekłabym. W mojej osobistej nomenklaturze nazywam to dniem demona i miewam regularnie. Wręcz z podejrzaną regularnością sugerującą cykl jakiś. Bardzo możliwe, że miesięczny. Azaliż znaczyłoby, że to jednak ja, a nie świat... paradne! A Malvinę Pe. dobrze się czyta, choć jest młoda, bystra i ładna - takich nie lubimy najbardziej. Ale co poradzić: pisze leciutko, z fasonem, o rzeczach babskich i bliskich. Napisała nawet o fochu (niestety nie naszym - FOCH!) - bardzo piękna typologia jej wyszła. W ogóle w dziale damsko-męskim znalazłam trochę dobra (inspiracji, hihihi): ten kawałek o męsko-męskiej komunikacji albo poradnik jak wytrzymać z wredną babą aż się proszą o jakąś naszą ripostę, remake, czy jak tam jeszcze ładnie nazwać plagiacik. Rżnięcie. Rżnięcia nigdy za wiele, nieprawdaż?

A jak będziemy dla odmiany w nastroju do rezania, to ja bym się tutaj rzuciła. Bo jednak jesteśmy trochę starsze i możemy się powymądrzać. To zawsze dobrze robi. Wszystkim.

Więcej o: