List do siebie samej - o tym, czego nie wiedziałam dziesięć lat temu

Była taka powieść dla panienek, w której bohaterka napisała list do siebie samej z przyszłości. Po latach otworzyła przesyłkę. Była rozbawiona, rozczulona, rozgoryczona, pełna politowania. Ja tam żałuję, że nie miałam możliwości jak z książek Strugackich - napisania listu do siebie samej sprzed dekady. Miałabym sobie wiele do powiedzenia.

Przede wszystkim - że będzie dobrze. Naprawdę. Że to wszystko się ułoży, wyrówna, że będzie miało szczęśliwe zakończenie. Że te wszystkie dramaty to nie są żadne dramaty, tylko normalna kolej losu. Że to minie. Serio.

Aleksandra

Doradziłabym sobie pewność siebie. Większą. Znacznie większą. Nieważne, czy uzasadnioną. To naprawdę nie ma znaczenia. Tupet i wiara mają moc. Ludzie wierzą w to, co im o sobie przekazujesz, o ile przekazujesz to z przekonaniem. A że za duża dawka tupetu i autopromocji posyła na dno? Cóż, doradzałabym też używanie rozumu.

Kazałabym sobie cieszyć się z młodości, urody i figury. Bo być może za parę lat będzie miała okazję powiedzieć: "Chciałabym być taka ładna, młoda i szczupła jak wtedy, kiedy myślałam, że jestem stara, brzydka i gruba."

Zaleciłabym, żeby przestała się tak przejmować. Wszystkim. Sobą, swoimi sukcesami, porażkami, tym, co ktoś o niej powiedział i pomyślał, ludźmi w ogóle, zwłaszcza obcymi. Tego naprawdę nikt nie doceni, a tylko się dziewczyna będzie podkładać. A podłożonego aż kusi kopnąć.

Nakazałabym stanowczo, żeby nie była taka hej do przodu, żyję wiecznie i jestem niezniszczalna. I żeby jednak zadbała o zdrowie. To dość ważna inwestycja. Długoterminowa. Inwestycja, której może w wieku lat dwudziestu kilku się nie docenia. Ale potem trzydziestoparolatka żałuje. Że olała lekarza, badania, witaminki. Że nie wyleżała anginy i że zlekceważyła niepokojące objawy. Że trenowała bez rozumu i odpowiedniej rozgrzewki, a bolące kolano próbowała rozchodzić.

Kazałabym myśleć o sobie i dbać o siebie. Na wielu płaszczyznach i poziomach.

Radziłabym, żeby nie odkładała na później. Odpoczynku, wyjazdu, rozrywki, wyzwania do podjęcia, imprezy, zmiany pracy, zmiany w życiu. "Później" bardzo często oznacza "nigdy". Czasem oznacza też "za późno". Nie życzę ci, moja droga, za dziesięć lat "za późno". Paskudne uczucie.

Żeby, na litość, nie płakała za tym facetem. Nie, to nie jest koniec wszystkiego. Nie, to nieprawda, że nic jej już w życiu nie czeka, że teraz tylko praca, jedzenie i wydalanie aż po grób. Tak, owszem, jeszcze się zdziwi. Wiele razy.

Kazałabym sobie sprzed dekady bawić się, używać, nie bać się przesadnie, ba, ryzykować nawet. Żeby za jakiś czas mogła powiedzieć: "Spróbowałam, wiem, jak to smakuje" i dokonać świadomego wyboru.

Jest kilka wyborów, przed którymi chciałabym młodszą siebie uchronić. Tak, mimo poprzedniego "ryzykuj, używaj, baw się". Kilku ludzi, od których poleciłabym trzymać się z daleka, nie dopuszczać blisko siebie, nie ufać. Dusić znajomość w zarodku, albo choć nie pozwalać się jej rozwinąć poza pewien etap.

Zaproponowałabym sobie samej, żeby tyle nie gadała. Żeby raczej zmilczała, niż drążyła. Wyjaśniłabym, że większość problemów rozwiąże się sama, albo zniknie, jeżeli ich nie ruszać. A szczere, pełne emocji, długie nocne Polaków rozmowy dobrze sprawdzają się tylko w kiepskich polskich filmach.

Ostrzegłabym, doradziła, odradziła, pokazała, zapewniła. Tyle rzeczy, które chciałabym powiedzieć, wierząc, że to by coś zmieniło. Ale kto by tam słuchał starszych, nie?

Więcej o: