Świąteczne maratony: jak zaliczyć kilka kolacji wigilijnych w jeden wieczór i nie zwariować

Moja droga przyjaciółka E. opowiedziała mi kiedyś zatrważającą historię. Osoby dramatu: ona, jej małe autko, worki z prezentami sztuk siedem, śnieżyca i rodzina, rozrzucona po całym... nie, nie świecie. To był było proste. Po całej Warszawie. Dodajmy najważniejsze: rodzina oczekująca jej obecności przy świątecznym stole. Ale zacznijmy od początku...

Wszystko zaczęło się w wigilijne wczesne popołudnie. E. wstała rano, wzięła szybki prysznic, ułożyła grzywkę i zrobiła oko. Prezenty, których dziesiątki spakowała minionego wieczoru, a przytomnie nabyła już w sierpniu, nim gorączka świąteczna sparaliżowała świat - wypełniały szczelnie siedem worków z naszytym motywem Mikołaja z siepiącym się okiem, uchem, wdziankiem. Starabaniła się z tym wszystkim na trzy tury po schodach (kamienica, czwarte piętro bez windy) do auta, otarła pot z czoła, który zamarzał na porywistym, mroźnym wietrze, wzięła głęboki wdech i przekręciła kluczyk w stacyjce.

Dwa miko-wory z siedmiu wspaniałych Dwa miko-wory z siedmiu wspaniałych

Gdyby w tym momencie samochód wyleciał w powietrze, jak w wielu filmach o agentach i złoczyńcach E. byłaby prawdopodobnie w lepszym stanie niż dwanaście godzin później, gdy parkowała auto w tym samym miejscu i koszmarnie zmęczona, niemal na czworakach wspinała się po schodach do domu, do ciszy i spokoju... Na czworakach niestety nie z powodu przepicia, a szkoda, bo to mogłoby być rozsądne rozwiązanie.

Cóż się wydarzyło pomiędzy? To, co jest udziałem niektórych z nas i może potrafimy z gracją uprawiać takie lawirowanie, ale potem raczej nieuchronnie padamy na pysk. Słowem: maraton świąteczny. Najpierw świąteczne spotkanie z przyjaciółkami. To jeszcze przyjemność, gdyby nie musiał człowiek patrzeć na zegarek nerwowo, bo zaraz trzeba lecieć dalej. Kawa wypita, prezenty wręczone (worek nr 1), całuski, cukiereczki, ciasteczka. Co u Ciebie? A, kochana. Spotkamy się na spokojnie po świętach i pogadamy. Cmok, cmok, paaaa! Następny przystanek chłopak, a w zasadzie były chłopak, może przyszły, kto wie. Relacja skomplikowana na tyle, że nie ma co się tłumaczyć rodzinie przy stole, ale z nim i jego fajnymi rodzicami warto choć na moment usiąść i zjeść kawałek karpia. Worek nr 2 trafia do odbiorców.

Śnieg i zawierucha straszliwa, samochód postał sobie godzinkę i już trzeba go odśnieżać, ale nic! E. jest twarda i zimie się nie daje. Jedzie dalej. Tata, na co dzień mieszkający daleko, wpadł na dwa dni do rodzinnego miasta, teraz śledzikuje z kolegami z liceum. Stamtąd trzeba go zgarnąć, bo następne punkty imprezy totalnie po drugiej stronie miasta, więc przy okazji... Szybka kolacja (czytaj: herbata) z tatą, prezenty (worek nr 3), co słychać, nie widzieliśmy się w zasadzie rok. Tatę podrzucamy do dalekiej rodziny z jego strony, gdzie wchodzić już nie chcemy, ale WYPADA, zresztą na tę okoliczność E. jest w pełni przygotowana (worek nr 4 zawiera uniwersalne prezenty, trochę bezosobowe, ale i osoby średnio znane, żeby nie powiedzieć, że wcale). Kurtuazyjne 40 minut, uściski i ucieczka. W windzie na szczęście lustro, można poprawić rozmazane oko. Wypieki może od mrozu, może z wrażenia, że już jesteśmy w zasadzie w połowie!

Teraz już tylko do mamy, a konkretnie do rodziny męża mamy. Worek nr 5 rozpakowany, E. średnio już przyjmuje płyny (może wódkę by strzeliła, ale wciąż przed nią kierowanie pojazdem mechanicznym), wmusza w siebie kawałek ciasta, na śledzie już nie patrzy, bo nie może. Zdarzają się zabawne sytuacje - np. źle podpisane prezenty, których potem już nie ma się siły odkręcać, licząc, że goście sami wpadną na to, by się między sobą wymienić, gdy tylko za E. zamkną się drzwi.

Gdy zaczyna się kolędowanie, wymyka się dyskretnie ciągnąc za sobą mamę, bo... Teraz do rodziców mamy, którzy nie przepadają za zięciem, więc jakoś tak miękko załatwia się święta w ten sposób. Tu już można odsapnąć. Worek nr 6. Jak wytłumaczyć ukochanej babci, że nie ma się już krztyny miejsca w brzuszku na jej smakołyki. Niewykonalne. Trzeba więc zjeść. E. myśli ciepło o artykule o bulimiczkach, który czytała niedawno. Potem już tylko pozostaje dyplomacja (poziom najwyższy) - dlaczego E. nie wybiera się z dziadkami na pasterkę? Gdy uda jej się zbiec, jedzie przez zamieć śnieżną prostu do domu, gdzie czeka na nią worek nr 7, a w nim wiśniówka. Bardzo mocna.

Pokój w Święta? Najlepiej własny i pustyPokój w Święta? Najlepiej własny i pusty

Maraton świąteczny dobiegł końca? Nie, to tylko pierwszy dzień. Kuszące wydaje się symulowanie zatrucia pokarmowego przez następne dwa RODZINNE dni, ale E. jest mistrzynią zaciskania zębów, więc przetrzyma.

Opowiadam Wam tę historię, bo tak mam ze sportowcami, że ich podziwiam. Za hart ducha, motywację, siłę, determinację. I to, że podnoszą się, gdy im nawet coś nie wyjdzie i walczą dalej. Gdy zaczniecie narzekać, że macie dwie czy nawet trzy kolacje wigilijne do ogarnięcia - wspomnijcie E. i jej brzmiącą nieprawdopodobnie, ale (o zgrozo!) zupełnie prawdziwą historię. I myślcie o niej ciepło. Ona wie, jak przebiec ponad 42 kilometry i nie paść. No, przynajmniej nie paść w trakcie.

Wesołych!

Więcej o: