Fochowa Opowieść Wigilijna. Jedzmy, świętujmy i kochajmy się!

Czas już właściwie nie goni, prezenty zapakowane, ozdoby choinkowe czekają na pracowite rączki (czubek na pewno znowu będzie krzywy) i wszystkie ruszamy zaraz do ostatnich działań wigilijnych. Może zatem pozostawimy Was tu z garścią wspomnień, zwyczajów i tradycji, które towarzyszą nam w ten przemiły dzień.

Świąteczne zgromadzenia... (rys. Charles Addams)Świąteczne zgromadzenia... (rys. Charles Addams)

Czasem bywa zabawnie, czasem zaskakująco, a czasem dramatycznie, ale z reguły wszystko kończy się dobrze. W końcu można bawić się i przy połyskujących smętną lametą zgliszczach choinki, a brak śniegu nie przeszkadza w wieczornych spacerkach. Jednak często przed samym celebrowaniem miłego święta, zdarzają się sytuacje, które wymagają opanowania. Przekonała się o tym babcia Aleksandry, która przygotowywała Wigilię dla pułku wojska - akurat sporo rodziny się zjechało i, jak to zwykle bywa, w ostatniej chwili zapowiedzieli się jeszcze jacyś goście. Dziadek uznał zatem, że bardzo chce być pomocny. I co zrobił? Rozmontował kaloryfer w ozdobionej już świątecznie jadalni, rozłożył go na części pierwsze na gazetach i zaczął wszystko naprawiać i czyścić...

Mówią, że przeżył. Babcia musiała być naprawdę świętą osobą.

Miss Olgu z przyjemnością wspomina pewien świąteczny wzruszyk, związany z puchatymi szczeniaczkami. Jej rodzice ponad dekadę temu wyprowadzili się z Warszawy na wieś. Mieli wtedy wiekową czarną kotkę Bonię vel Czołg, ale chcieli mieć jeszcze psa. Psa, który będzie mógł mieszkać na dworze, psa, który nie będzie bardzo szczekał, ale będzie odstraszał niepożądanych gości. Ich wybór padł na alaskan malamute. Jak to w życiu jednak bywa, stało się inaczej. Dziesięć lat temu rodzice dostali bowiem znienacka pod choinkę dwa szczeniaki - słodkie kundelki. Szczeniaki z jednego miotu, które były do siebie tak bardzo niepodobne, jak bohaterowie filmu "Bliźniacy" z Arnoldem Schwarzeneggerem i Dannym DeVito.

Bazyl w całej swojej puchatościBazyl w całej swojej puchatości

Pieski były zapchlone, zarobaczone i... najpiękniejsze na świecie. Dziewczynka dostała na imię Łata (tak, to nasza wyszczekana redaktor), a chłopiec nosił stylowe imię Bazyl. Bazyl niestety nie merda już puchatym ogonkiem (chlipu), ale Łata, mimo swojego podeszłego wieku, wciąż zachowuje się jak szczeniaczek. Najchętniej siedziałaby u swojej pani na rękach. No i nie mieszka na dworze, w budzie, ale na salonach.

Miss ŁataMiss Łata

Nasz dobry duch redakcyjny - Magda - wspomina lekko makabryczny moment, w którym karp zaczął skakać po patelni. Jest to o tyle straszliwe, że był już pokrojony... To jest ta chwila, gdy przypominamy, że karp też człowiek i nie warto skazywać go na męki w torbie, wannie czy wiadrze, a już na pewno nie na straszliwą śmierć, zadawaną przy użyciu niebezpiecznych narzędzi. Gdyby karp mógł przemówić w wigilię ludzkim głosem, pewnie powiedziałby, że wolałby być mrożony. My też mówimy ludzkim głosem: zostawcie biedne karpie w spokoju. Ładnie prosimy. Choć tradycja, rzecz święta, nie zapominajmy o tym, że człowiek powinien mieć serce.

Tak serio, to mi wszystko jedno w sprawie karpia. Ale starałam się.

Gosia uraczyła mnie "żenującą historią z bardzo wczesnej młodości". Miała nie więcej niż 5 lat, ale pamięta nie tyle sytuację, co wielkie zadziwienie rodziny, a potem niekończący się śmiech. Na wigilii była jej stateczna prababcia, a Gosia usłyszała rozmowę mamy i babci, o tym, że czegoś tam prababcia nie może jeść, bo twarde, a ona nie ma wszystkich zębów i nie pogryzie... Mała Gosia polazła do stołu, przy którym gości jeszcze nie było, bo się szwendali po domu i zrobiła dla prababci prezent: ulepiła kuleczki z chlebka i ułożyła jej na talerzu, żeby nie musiała gryźć kromek chleba, bo - wiadomo, zęby. Nie musimy chyba mówić, jak lepiła te kulki, czyli co było ich spoiwem? Ja tam uważam, że byłoby to gorsze, gdyby miała piętnaście, nie pięć lat... A wierzcie mi, że nie takie rzeczy się zdarzają...

Dramatyczna historia spotkała także moją przyjaciółkę. Dorota po rodzinnej wigilii wracała do swojego mieszkania i na klatce schodowej poczuła zapach spalenizny. Weszła do mieszkania i chciała zapalić światło, ale nie działało. Po chwili poczuła silniejszy zapach spalenizny... Okazało się, że spłonął telewizor i otoczenie, a całe mieszkanie było czarne od dymu. Strażacy powiedzieli że miała dużo szczęścia, że gdy otworzyła drzwi to nic nie wybuchło - dopływ powietrza do ogniska zapalnego. Na szczęście mieszkanie udało się szybko wyremontować przy pomocy znajomych. Taka pomoc, to chyba w takiej sytuacji najmilszy gwiazdkowy prezent.

The Addams Family Christmas

Spalone choinki zaliczyło kilku moich znajomych - w tym koleżanka, której marzyło się drzewko ozdobione, jak dawniej, świeczuszkami. Wszystko pewnie skończyłoby się dobrze, gdyby koleżanka nie była przyzwyczajona do lampek, których nie trzeba (hm) gasić przed pójściem spać...

U mnie w domu wszystko idzie zawsze tak samo. W zasadzie w każde święta mam Dzień Świstaka. Zaczynamy od mojego ojca, który jest miłym i uroczym człowiekiem, ale powinien dostać specjalne zwolnienie lekarskie o treści "Staje się agresywny w kontakcie z ozdobami świątecznymi". Pierwsze co zazwyczaj słyszę po wjechaniu na podjazd, to gromkie i siarczyste ulubione słówko każdego Polaka. Wiem już, że na pewno wjechałam w zwłoki bezdomnego bałwana, czyli śnieg, który o poranku spadł z dachu, a którego zaspany tatunio nie zdołał jeszcze odgarnąć. Potem zaczyna się imprezka z zawieszaniem lampek na choinkach. Tradycyjnie rodzice ozdabiają dom wcześniej, ale wszystkie choinki ubierane są w wigilię. Jeśli dodam, że choinek jest osiem (plus ta w domu), to każdy sąd uniewinni mnie w sprawie o spektakularny mord za pomocą czubka na choinkę. Lampki, jak wiadomo, mają pewną unikalną cechę - świecą głownie przy testowaniu ich sprawności - założone na choinkę nagle postanawiają zastrajkować. Sprawdzanie około 5000 małych lampeczek to wymarzone zajęcie na pół wigilijnego dnia. Zyskiem jest to, że można nauczyć się ciekawych nowych związków frazeologicznych - niestety w większości są niecytowalne poza sytuacją młotek-palec.

No i oczywiście zakupy. W domu zazwyczaj rzuca się na mnie moja Mama, która prosi o pojechanie do sklepu po milion zapomnianych rzeczy. Wyjeżdżam zatem z kupy śniegu, aby dowiedzieć się, że zamarzła nam brama. Ponieważ Najlepszy z Ojców znajduje się nadal na dachu (obstawiam, że zastawia pułapki na renifery), walczę z bramą samodzielnie. Po krótkim, a mocnym przebłysku "po cholerę chodzę na siłownię", udaje mi się wyjechać z domu i dojechać do najbliższego otwartego sklepu, który w podejrzany sposób kojarzy mi się ze wszystkimi obejrzanymi horrorami o zombie apokalipsie...

Natalie Dee mnie rozumie...Natalie Dee mnie rozumie...

Gdy wyszarpię już osłabionej walką z płaczącym sześciolatkiem kobiecie ostatnią paczkę migdałów, przeniosę w dłoniach mych nadobnych (koszyki? jakie koszyki - wszystkie zdobyte) 5 kilogramów mandarynek i dziesięć kartonów soczku - jestem już na finiszu. Do domu wracam z siniakami i strasznym wrażeniem, że zapomniałam o koperku. Zawsze okazuje się, że to właśnie koperek był najważniejszy.

Potem już jest w zasadzie prosto - przywykłam już do tego, że zawsze kpi się z własnoręcznie pomalowanej przeze mnie bombki, znanej jako ta ze stegozaurem. Uprzejmie donoszę, że to jest cholerny wieniec z ostrokrzewu! Dziecku by zapewne wybaczono, niestety zrobiłam tę bombkę mając dwadzieścia pięć lat...

Udaje mi się także przeżyć rodzinną kolację i tysiąc niestosownych pytań, a w końcu zostajemy z rodzicami sami i udajemy na kanapę w celu oddania się ulubionym rozrywkom - oglądaniu ulubionych filmów i czytaniu nowych książek. Zawijamy się w kocyki, nalewamy sobie wina, mościmy wygodnie. Wtedy tradycyjnie wyłączają prąd.

A jak tam u Was? Jeśli macie ochotę posnuć opowieści przy choince - serdecznie zapraszamy do dzielenia się Waszymi historiami. Jeżeli nie macie - jedzcie, pijcie, świętujcie i KOCHAJMY SIĘ.

Wesołych, rybeńki!

Więcej o: