Mój filmowy rok 2013 - na czym ryczałam, kiedy się bałam i kogo pokochałam całym serduszkiem

Poza kilkoma iście gwiazdorskimi akcjami, których się dopuściłam w tym roku (zbyt śmiałe i żenujące historie, by się nimi dzielić, wybaczcie...), w moim filmowym roku 2013 wydarzyło się parę godnych odnotowania przyjemności. Ale były też rozczarowania.

Na wstępnie zastrzegam, że nie widziałam wszystkich filmów, które powstały na całym świecie, więc wysyłanie mnie na drzewo, że o czymś nie wspomniałam jest bezzasadne. Za to chętnie przyjmę sugestie i przypominajki, co się w minionym roku działo w przemyśle filmowym, a co mi umknęło lub zapomniałam zwyczajnie.

Dla tych, co nie pamiętają, co się działo w kinach w tym roku, szybki przegląd:

To był JEJ rok - moja miłość do Jennifer Lawrence

Rok 2013 zaczęłam od złorzeczenia na durnotę Amerykańskiej Akademii Filmowej: jak można zestawić w nominacjach takie kreacje jak pomnik aktorstwa, który zbudowała Emanuel Riva w filmie „Miłość” Hanekego i rólkę-popierdółkę Jennifer Lawrence w „Poradniku pozytywnego myślenia”? Wciąż jest to dla mnie niezrozumiałe. To tak jakby moje kanapki z pasztetem, majonezem i ogórkiem kiszonym (skądinąd pyszne) zestawiać z wysublimowanymi tartinkami z restauracji z gwiazdkami Michelin.

Ale potem wydarzyło się dużo różnych rzeczy. Po pierwsze Jennifer spektakularnie złapała zająca wychodząc na scenę po statuetkę. Po drugie udzieliła tysiąca wypowiedzi na różne tematy ekspresją, mimiką i wdziękiem kładąc na kolana cały świat. Po trzecie zawsze wygląda świeżo (młodość) i naturalnie pięknie (to już nie jest takie oczywiste w przypadku młodych gwiazdek, przykładów dostarcza internet). Po czwarte w momencie, gdy zakasała kieckę i podniosła się z klęczek po upadku w Dolby Theatre w Hollywood, poczułam, że będę śledzić jej poczynania aktorskie już zawsze, bo jest niesamowicie autentyczna. Może się mylę, ale to chyba nie takie częste w przepysznym świecie filmu. Internety kipią od filmików przedstawiających jej poczucie humoru i wdzięk.

A skoro już przy zaskoczeniach oskarowych jestem - nie rozumiem jakim cudem złoty posągowy pan trafił w ręce Anne Hathaway za odśpiewanie piosnki w „Nędznikach”. Ok, oszpeciła się ścinając włosy - jak wiemy, zrobienie z siebie brzyduli bywa kluczowe dla nominacji i nagrody, ale bez przesady. Po pierwsze wciąż wyglądała dość ładnie, więc sorry, po drugie - każda z pozostałych nominowanych z Helen Hunt na czele zasługiwała na Oskara za ROLĘ, choć może żadna się nie oszpeciła, fakt (Sally Field - dyskusyjne, fryzura niezbyt twarzowa).

No i też trochę jego... Ben Affleck

Nie mogę o nim nie wspomnieć, bo wywołał w minionym roku przynajmniej dwie niezłe burze swą osobą. Po pierwsze jego „Argo” pokonało takie filmy jako „Miłość”, „Django”, „Wróg numer jeden”, „Lincoln” czy, niszowe, ale świetne „Bestie z południowych krain”. Zaskoczka spora, jak mawiają na dzielni.

Po drugie podzielił świat na tych, co chcą, by przywdział maskę Batmana i przemówił niskim głosem oraz na tych, którzy z tego powodu chcieliby nadziać na pal jego i szereg decyzyjnych osób, którym przyszedł do głowy taki a nie inny wybór castingowy.

Zdenerwował się nawet ostatni odtwórca roli człowieka-nietoperza...

Film, na którym ryczałam jak bóbr i uważam go (nie tylko z tego powodu) za najlepszy

Ani nie jestem fanką muzyki bluegrass, ani nie przepadam za intencjonalnymi działaniami twórców filmów, by zrobić ze mnie mokrą plamę pełną szlochów i wzruszeń, a jednak... "W kręgu miłości" rozłożyło mnie na łopatki. Nie zdradzę Wam melodramatycznej podstawy fabuły, by nie psuć przyjemności emocjonalnego rozdeptania, jakie niesie ten film. Powiem tylko tyle, że jest to prawdziwa do bólu historia o miłości - pokazująca niemal podręcznikowo fazy związku między dwojgiem dorosłych ludzi: niezależnych i mocnych osobowości, które się spotkały, pokochały i przeszły wspólnie wyboistą drogę. Pytanie, czy gdyby nie wielki wybój, na który natrafili, ta historia mogłaby się potoczyć inaczej nie dawało mi spokoju długie tygodnie po seansie, z którego wyszłam żenująco zapłakana. Zresztą wciąż nie daje, co jakiś czas sobie słucham niesamowicie trafiającej w me czułe serce ścieżki dźwiękowej (ja i muzyka countrypodobna, co?!) i rozmyślam od początku.

Ciekawa jestem bardzo Waszych opinii. Bo z takimi filmami jest tak, że niektórych tylko wnerwią tym emocjonalnym trzepnięciem w twarz, a z innymi zrobią to, co ze mną. Myślę, że to nie tyle kwestia wrażliwości, co osobistych lęków. Ten w moje trafił bardzo precyzyjnie.

Odkrycie roku - (prawie) wytrzymam w pinglach 3D, jeśli film jest dobry

Nie ma śmiechu. Nie mogę oglądać filmów w 3D, po pierwsze dlatego, że nie mogę znieść faktu, iż z zasady scenariusz jest naginany pod efekty, a nie efekty robione pod scenariusz, a po drugie, dużo trudniejsze do zaakceptowania: potwornie boli mnie głowa od ucisku okularów 3D na nasadę nosa i nad uszami. Wiem, wiem, francuski piesek ze mnie, ale naprawdę nie pozwala mi to oglądać produkcji w trójwymiarze. Ale "Grawitację" zobaczyć chciałam w pełnej krasie, siedziałam więc przez cały film trzymając okulary centymetr przed sobą, tak by nie dotykały i nie uwierały. I nie żałuję, bo choć znajdą się tacy, co będą wytykać, że historia z sufitu (prawda, nawet z kosmosu!), że brak prawdy w tym (może i brak - za to w innych filmach nie brak, np. w ludzie się na co dzień zachowują tak jak roboty?), że na plaster tam ten cały Clooney (proste - żeby sobie popatrzeć na dwa piękne zjawiska w jednym filmie; tym drugim jest nasza Matka Ziemia widziana z oddali).

Największe rozczarowanie - Adwokat

Jeśli w jednym filmie grają: Brad Pitt, Michael Fassbender i Javier Bardem, to to musi być coś pięknego, PRAWDA? Jeśli nawet historia mnie nie wciągnie, to chociaż sobie popatrzę. Bolesna prawda jest taka, że nawet patrzenie tu boli, bo wszyscy tacy przerysowani. Idealniutki Fassbender, zapyziały jakiś Pitt, cudaczny Bardem. Najciekawszą postacią jest moja najbardziej znielubiona aktorka - Cameron Diaz jako dzika kocica wchodząca w zaskakująca interakcję ze sportowym samochodem. Nie wiem jak to się stało, że Ridley Scott biorąc się za scenariusz Cormaca McCarthy'ego popłynął w takie dziwne mielizny: estetycznie obraz wygląda, ale coś dziwnego się dzieje w warstwie gadanej. Jeśli to są cytaty z klasyków i gra w inteligencję z widzem, to ja tego nie widzę, nie kupuję i chcę szybko zapomnieć.

Miałam tu pokazać ładnych panów, ale za karę będą ładne panie:

Plakaty wciąż nie takie ładne

Nie będę się rozpisywać na temat polskich tłumaczeń tytułów światowych, bo nie chcę używać brzydkich słów w tak przyjemnym dla mnie tekście. Zdarzają się perełki ("Kac Vegas" jest dobrym przykładem), niestety nazbyt często lenistwo lub brak wyobraźni dystrybutorów powodują u mnie ból zębów i cierpienie. No ale może do innych trafiają dziwaczne tytularne przeróbki, niezrozumiałe skojarzenia lub totalnie niejasne, pozbawiające pierwotnego (rodzimego dla produkcji) nacechowania sensem zbitki słów. Trudno.

Co mnie jednak też rozczarowuje to plakaty filmowe, które są często puszczane na dane obszary świata (np. na Europę Wschodnią i inne niż na Zachodnią, a już na pewno zupełnie inne niż te z USA) w totalnie dziwnych, absolutnie nie cieszących oko formułach.

Można po polsku grzecznie (z lewej), można trochę pojechać (z prawej)Można po polsku grzecznie (z lewej), można trochę pojechać (z prawej)

Fajnie, gdy plakat mówi samym sobą dużo o filmie, jego strukturze, tematyce, nastroju. Z powyższego plakatu w wersji polskiej wyczytamy: "aha, będzie o panach i pani, pewnie jakiś trójkąt uczuciowy i ktoś będzie w transie miłości", a z tego drugiego już wyciągniemy informację o klimacie i niezłej schizie, która w filmie odgrywa ważniejszą rolę niż konkretni aktorzy.

Najpiękniejszy według mnie film 2013 roku doczekał się na szczęście ładnego plakatu. I no nawet moim zdaniem dużo więcej mówiącego o filmie niż odpowiednik zagraniczny.

Bunt, smutek, z(a)łamanieBunt, smutek, z(a)łamanie

Największe zaskoczenie

Obejrzałam film „Word War Z” z oczywistych pobudek - oglądam wszystko, co zawiera w sobie choć miligram Brada Pitta. Nie wstydzę się tego wcale, on jest jak wino, pięknieje dla mnie z każdym dniem i przyjmę każdą szmirę, jeśli tylko będzie mi dane go zobaczyć. Tak było w przypadku „Troi”, którą z wiadomych, dupnych, powodów obejrzałam także. Przypuszczałam, że film o zombiakach atakujących świat będzie do kitu, ale wiadomo - rozwiany włos bohatera serca mego wynagrodzi mi wszystko.

Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że film jest naprawdę niezły. Scena z puszką z automatu wprawdzie daje do myślenia (myślenie biegnie torem: jak dobrze się bawili na planie i czy nie za dobrze jednak), ale właśnie to też jest argument na plus.

No i te sekwencje ataku, och! Nawet ja, niecierpiąca produkcji z cyklu „zabili go, uciekli, a potem coś wybuchło” muszę przyznać, że wyszło. Poza tym ja się strasznie stresuję na takich filmach, autentycznie się boję i przestraszam, jak coś nagle wyskoczy, wystrzeli. I tu też czułam niepokój, czyli się twórcom udało.

Filmy 2013, które polecam zobaczyć

Pojawiło się w tym roku kilka naprawdę solidnych filmów. Poruszające "Polowanie" (co za nerwy!), wizualnie odpicowane "Tylko Bóg wybacza", głębokie i mądre "Przed północą" czy lekkie a głębokie "Frances Ha" to produkty 2013, które polecam uwadze tych, co je przegapili.

Kilka naprawdę dobrych polskich filmów, co piszę z przyjemnością, bo są tacy, co myślą, że ja z zasady jadę po rodzimych produkcjach, a to nie tak. Po prostu naprawdę rzadko podobają mi się polskie filmy, a często jest tak, że nawet jeśli film jest w miarę niezły, to coś się w nim musi jednak wykrzaczyć: albo przez pójście w przesadyzm melodramy albo w finalne rozwiązanie fabularne, które wyraźnie zostało doklejone do filmu przypadkiem. "Drogówka", "Miłość. Film Sławomira Fabickiego" czy obezwładniająca prostotą "Ida" to przyczynki do patriotycznej dumy.

Noworoczne postanowienia

A skoro 2014 nam zawitał, to życzę Wam samych trafionych seansów w tym roku. I żeby się postanowienia noworoczne, eghmmm, spełniły.

Więcej o: