Szkoła dla dziewcząt, czyli o czym marzy nienowoczesna pensjonarka

Temat zleciła - no dobrze, zasugerowała mi - Red.Nacz, ale nie oszukujmy się, bywam (dogodnie dla siebie) głucha i ślepa na wszelkie sugestie, które budzą we mnie opór. Na tę rzuciłam się z apetytem. Z wielu powodów.

Rzecz jasna wśród tych powodów nie ma, powtarzam -  NIE MA! najbardziej oczywistego: że po trudniejszym dniu z Małymi Szopami marzę o tym, aby dobra wróżka sfinansowała mi niekoedukacyjną placówkę dla każdego z nich. Z surowym rygorem. Z internatem. Wypuszczają uczniów tylko na letnie wakacje. Co drugie. Placówki pożądane natychmiast. I niech edukują aż do dyplomu.

W życiu bym tak nie pomyślała, przecież to moje najsłodsze maleństwa. A w dodatku Wańkowicz, na przykładzie własnej siostry zresztą, twierdził, że choćby takie klasztorne szkoły dla dziewcząt to fabryki najgorszych wydr (ówczesne określenie zepsutej zdziry).

A jednak. Czasem, kiedy mi smutno, źle i staro, a różowe łapki mojej córeczki wypaćkają mi krem za grubą krwawicę. Czasem, kiedy mijam paczkę wczesnych gimnazjalistek, ubranych, jakby już zarabiały (i to nie mózgiem), wypuszczających z nozdrzy wonny, ziołowy dym, ze znawstwem i rozgłośnie omawiających ostatnie klasowe obciąganko i siarczyście spluwających na chodnik. Czasem, kiedy rozumiem, że żadne moje starania nie uchronią przed światem i nie pomogą żadne tłumaczenia ("Córeczko, ziołowy dym, odważny ciuch i dobry seks są jak najbardziej spoczko. Lecz w odpowiednim czasie, kondycji psychicznej i towarzystwie.") Czasem wtedy myślę, że znam rozwiązanie.

kol1

Porządna żeńska szkoła. Z rygorem i tradycją. Dbająca o postawę i wiedzę, maniery i języki, rozwój i rozsądek, sport i literaturę. Zapewniająca kontakty i przyjaźnie na całe życie. Determinująca tego życia model. No? Komu to przeszkadzało?

Marzy mi się ot taka, jak w kultowym dla tematu Tajemniczym opiekunie Jean Webster. College dla panien. Brama do lepszego świata. Każda może ją przekroczyć. Wystarczy, że ma rozum, charakter, osobowość, zdolności, chęci do pracy. I oczywiście sponsora, który tę ekskluzywną przyjemność sfinansuje, ale nie czepiajmy się. Bierzmy pod uwagę czasy, w których ta szkoła została opisana. Było nie było - jest to krzepiąca opowieść o demokracji i spełnianiu marzeń. Klasyczna literatura, kursy chemii i anatomii, juniorki marzące o przywilejach seniorek, zdrowa rywalizacja, limitowane odwiedziny młodych ludzi i mała znajda, dzieląca (z sukcesami!) pokój, rozrywki i uczelnianą ławę ze śmietanką śmietanki, córami amerykańskiej elity. Wspólnie urządzane pokoje, wspólne modły w uczelnianej kaplicy, wspólne uprawianie sportów, wspólne: teatr, kuchnia i szpitalik. Sam smak i optymizm.

Dobrze, troszkę mi słabo na myśl o tej wspólnocie i bliskości. Ale wszak ja zakończyłam już swą edukację, a do dziś marzę o elitarnym mundurku.

A może później i znacznie bardziej surowo? Powiedzmy: ponura pensja Matuli w Tajemnicy Abigel Magdy Szabo. Choć to pomysł brutalny i szokujący - rzucić rozpieszczoną, przywykłą do luksusu i zabawy piętnastolatkę w kalwińskie, purytańskie i zapięte pod szyję środowisko. Tam, gdzie zaraz za progiem pozbawiają cię wszystkiego, co własne i osobiste, z bielizną i fryzurą włącznie, odtąd żadnych jedwabi i kunsztownych loków, tylko surowe płótno i warkocz, zwisający zza ucha, jak ogon zdechłej myszy. Żadnych modnych sukienek, tylko celowo nietwarzowy mundurek. Żadnych rozrywek, tylko praca, nauka i modlitwa.

kol2

Może w tym tkwił sekret tych placówek. Panny skazane na maksymalny rygor i ograniczane we wszystkim - kipiały żywą (bo nieustannie tłumioną) kreatywnością, pomysłowością, indywidualnością. A że czasem bywały ofiary? Że niejedna po opuszczeniu szacownych murów szła w ostre tango, zachłystywała się tym, co wreszcie wolno i już nie wypływała? Bywa. Te, które przetrwały, z nostalgią wspominały bliskie torturom odzieranie z osobowości, śledzenie każdego ich ruchu i myśli, kontrolę posuniętą do granic absurdu, wieczną grę w kotka i myszkę z Dorosłymi. Po latach mówiły o elitarnych szkołach, nie o pół-więzieniach. Po latach wspominały tradycję i były dumne z przynależności. Nawet te, które kradły o północy jedzenie, po dzikim winie zjeżdżały wprost w ramiona chłopca i na obowiązującej uczennice mszy - oblizywały usta, patrząc w oczy młodego księdza.

I to się nie zmienia, czy to angielska, wiktoriańska pensja, czy powojenne liceum dla dziewcząt, jak w Słonecznikach Haliny Snopkiewicz. Zawsze, ale to zawsze, czy mundurek jest z najlepszej wełny, czy z paskudnego stylonu - z pensjonarki w końcu wyjrzy potwór. Choćby czasy były pozornie oświecone, a panienki pozornie nowoczesne. Choćby miały legalne ujście dla swoich marzeń i fantazji. Coś jest w tej idei skupienia dużej ilości dorastających dziewcząt na małej przestrzeni. Patrzą, szepczą, oceniają, kombinują i knują. Przeżywają, drżą, nienawidzą, pragną. Wszystko zbiorowo, wszystko w dużym stężeniu histerii i hormonów. Wulkan, Pompeje, szarańcza, Titanic.

malak

Prawda, którą pięknie ujęła Colette w Klaudynach jest oczywista. Szkoła dla dziewcząt to siedlisko niezdrowych emocji, namiętności i perwersji. To wszystko z nudów, pani dyrektor. Z nieznośnej, swędzącej frustracji, wywołanej codziennie tymi samymi twarzami, tym samym zapachem, ocieraniem się o tę samą skórę. To wszystko przez naturalną i w sumie zdrową niechęć samicy do samicy. Zawsze to konkurencja, nawet, jeżeli nieuświadomiona. Mają ochotę złapać za włosy i  wydusić ostatni oddech, a kończy się na wzajemnym gryzieniu sobie warg i zostawianiu siniaków w mieszaninie czułości i agresji. W szkole koedukacyjnej pewnie robiłyby to z chłopcami. Różnica tylko w większej niechęci do własnego gatunku.

Pierwszego zaraz dnia strasznie się zblamowałam. Ktoś wspomniał o Maeterlincku, a ja nie dosłyszawszy, że mowa o mężczyźnie, zapytałam się, czy to która z nowicjuszek. Opowiadano sobie o tym we wszystkich klasach. Obleciało to jako dowcip cały college. A jednak na wykładach orientuję się nie gorzej od innych, a nawet lepiej od niektórych! Chciałby pan wiedzieć, jak urządziłam swój pokój? Mam istną symfonię żółto-brązową. Ściany pomalowane są na jasnożółto, do tego dokupiłam żółte satynowe zasłony i takież pokrycia na poduszki, mahoniowe biurko (okazyjnie za trzy dolary), trzcinowy fotel i brązowy dywan z plamą atramentową pośrodku. Na tej plamie stawiam zawsze krzesło. Okna umieszczone są wysoko, tak że ze zwykłego krzesła nie można wyjrzeć przez nie. Poradziłam sobie w ten sposób, że odśrubowałam szkło od biurka, obciągnęłam wierzch materią i przysunęłam tak sporządzony mebel do okna. Niech pan sobie wyobrazi, że utrafiłam akurat wysokość. Wyciągam szuflady, robię z nich stopnie i w ten sposób włażę na górę. Bardzo wygodne urządzenie.

Dobrze, zostawmy patologię. Przecież może być jak w Małej księżniczce, albo Targowisku próżności. Panienki bywają wredne i zepsute pod maską ogłady, lecz wszystko trzymane jest w ryzach, określanych przez pozycję społeczną, majątek i powiązania towarzyskie. Przełożona pensji to taki średni bóg, oczywiście zwykle jest mocno zaburzona pod paroma względami, lecz przynajmniej dzierży żelazną ręką młodociany kurnik, pilnuje, aby nauczyciel rysunków wyjaśniał tajniki perspektywy, nie ars amandi, oraz żeby francuskie romanse nie wyrugowały arytmetyki i geografii. Wypuszcza w świat młode, wykształcone osoby i modli się, żeby na salonach nie wyłożyły się na deklinacjach i koniugacjach, w końcu młode osoby są żywą reklamą, lepiej, żeby były dobrą.

Nie znęcajmy się zresztą nad pokrzywioną osobowością Przełożonej - kadra profesorska może być normalna, fachowa, kompetentna, wspierająca i zaangażowana, jak u Josephine Tey - a te cholerne, buzujące hormonami smarkule, chore z ambicji i chęci rywalizacji, po angielsku tłumione i brane krótko przy pysku - i tak odstawią numer, który zrujnuje ten dobry, zaplanowany, bezpieczny, określony mocnymi regułami świat.

Oczywiście bywają w tym ściśle żeńskim, obłąkanym, trującym i dziwnym pensjonarskim świecie - istne anioły. Dobre, mądre, spokojne i nikomu nie szkodzące. Kochające i czułe. Ciekawe, co się z nimi stało, kiedy w końcu wspięły się na Skałę?

Więcej o: