Przepraszam, drugie miejsce mnie nie interesuje. O syndromie prymusa

Chyba macie już dość świąt, żarcia i miłej świątecznej atmosfery? Wróćmy więc do zwyczajnych problemów pierwszego świata. Ponieważ tematem przewodnim grudnia wciąż jest egoizm, to (dla odmiany) opowiem wam coś o sobie. Mam syndrom prymusa. I on mnie już trochę męczy.

Syndrom prymusa męczy (fot. Pexels.com CC0)Syndrom prymusa męczy (fot. Pexels.com CC0)

"Odpuść sobie”. "Wyluzuj”. "Po co ci ten stres bez przerwy?”. Niestety, to na mnie nie działa. Nie wiem również, skąd się taki syndrom bierze. Przecież nie stąd, że kiedy dostawałam w szkole 5 z minusem (szóstek nie było, kiedy ja chodziłam do szkoły, jestem leciwą panienką) to rodzice pytali, "a za co ten minus?”, prawda?

W podstawówce musiałam być najlepsza. Ale to było łatwe, to mi wcale nie zabierało specjalnie dużo czasu. Wiecie, jak to jest, po pewnym czasie człowiek "leci już na opinii”, a jak jest trochę zdolny, to nie musi nawet jakoś specjalnie zakuwać. Ponieważ byłam najlepsza, a do tego pyskata i wygadana, zostawałam gospodarzem klasy. A potem szkoły. Takie tam drobne przyjemności. W liceum, kiedy już nie było tak łatwo, wybrałam sobie po prostu parę rzeczy, z których chciałam / mogłam być najlepsza, a resztę odpuściłam. Sama się przygotowałam do egzaminów na studia, sama je zdałam, sama się dostałam. Ale to było łatwe (nie, nie było. Zaparłam się i siedziałam po nocach, bo po klasie mat-fiz zapragnęłam się dostać na polonistykę, a braki miałam duże. Ale co, ja nie zrobię? Ja?).

Sport na jakiś czas był wybawieniem, bo sport to nieustanna męka, walka i współzawodnictwo, a rezultaty przychodzą powoli. Ciągle z kimś trzeba stawać w szranki, bo jak sportowiec nie bierze udziału w zawodach, to się nie rozwija. Męczyłam się więc, biegałam, trenowałam, jeździłam na łyżwach, grałam w tenisa. Męka, męka, męka, sześć dni w tygodniu, non stop. Syndrom prymusa w sporcie pewnie dobrze działa, mnie jednak nie doprowadził do klasy mistrzowskiej, dlatego w końcu go rzuciłam, bo ile lat można być na drugim miejscu? Prymus tego miejsca bardzo, bardzo nie lubi.

Kiedy byłam harcerką, musiałam oczywiście zebrać najwspanialsze sprawności i jak najszybciej zostać instruktorką, a potem drużynową. Kiedy uczyłam się jeździć na nartach, musiałam się nauczyć najszybciej ze wszystkich, a potem najszybciej zjeżdżać z góry. Do dziś bardzo nie lubię jeździć z tymi, którzy zostawiają mnie w tyle (całusy, Rachelko). Jak rodziłam dziecko, musiałam to robić bez znieczulenia, bo jak to, ja nie wytrzymam? Kiedy szłam w góry i widziałam, że trasa na Rysy jest wyliczona na cztery godziny, pusty śmiech mnie ogarniał. Cztery godziny? Ja wchodziłam (wbiegałam?) w półtorej. Albo i w mniej. Płuca wypluję, ale wejdę. Ja nie wejdę? A że się po drodze na piękne krajobrazy nie pogapię? Ja muszę zrobić rekord, a nie jakieś ładne obrazki oglądać i zażywać relaksu. Kiedy idę w weekend pobiegać po lesie, nie mogę po prostu spokojnie sobie potruchtać, za każdym razem muszę zrobić jakiś wynik. Tu pobiec szybciej, tam pobiec dłużej. Taki nieustanny wyścig z samą sobą. Jadę na rowerze do pracy - staram się pobić rekord trasy. Wieszam pranie - musi być powieszone najlepiej (na punkcie wieszania prania mam prawdziwego hopla, bo nie prasuję).

W pracy jestem pracownikiem idealnym, bo swoje obowiązki za każdym razem staram się wykonywać jak najlepiej. Każdy mój tekst musi być najlepszym tekstem na świecie, nawet jeśli piszę jakiś mały pierd na 3000 znaków (i nie piszę o sobie), to muszę przeczytać na ten temat cały internet (i pół Biblioteki Narodowej). Kiedy przygotowuję się do wywiadu, to muszę wiedzieć na temat tej osoby wszystko, kiedy wysyłam ten wywiad to autoryzacji, nie może tam być zbędnego przecinka czy literówki. Dlaczego? Bo umieram ze wstydu, kiedy w moim tekście coś jest nie tak. Jakby od tego zależało istnienie świata. Bardzo trudno też mi być po prostu zwykłym pracownikiem, od razu chciałabym być szefem, albo szefem szefów (z tym sobie jednak jakoś poradziłam, kiedy odkryłam, że bycie szefem i szefem szefów nie zależy TYLKO od bycia najlepszym. Właściwie od tego zależy najmniej. Są inne ważne czynniki).

Po co Wam to piszę? Bo pragnienie bycia najlepszym bardzo jest męczące i właściwie to chciałabym jakoś sobie z tym poradzić. Ale nie wiem jak. Tylko bardzo proszę, nie wysyłajcie mnie na terapię. Czy są jakieś inne sposoby?

Więcej o: