Pięć postanowień noworocznych, których tym razem może uda mi się dotrzymać

Jak dotrzymać noworocznych postanowień? Teoretycznie wiem. Naczytałam się, co niemiara. Zasada, która jako jedyna przemówiła do mnie, przekonuje, że nie warto stawiać sobie zbyt wielkich wyzwań. Dzięki temu można uniknąć równie wielkich rozczarowań. To ma sens. Stąd mój plan na 2014 rok jest minimalny.

1. Poświęcę na makijaż więcej niż pięć minut. To dość realne postanowienie noworoczne. Tym bardziej że będę stosować tzw. technikę odwróconą. Większość z was, pewnie doskonale wie, co to znaczy, ale na wszelki wypadek wyjaśnię, że chodzi mi po prostu o odwróconą kolejność. Zaczynamy od malowania oka i brwi. Potem swoje pięć minut ma podkład, puder, rozświetlacz na kościach policzkowych i na końcu - usta. Usta zresztą - moim zdaniem - można pomalować już poza domem. Na przystanku, w tramwaju, w samochodzie w korku albo w windzie w pracy. Modny jest wszak rozmazany nieco kontur, jak po namiętnym pocałunku. Przynajmniej u Diora.

To postanowienie związane z makijażem nie wzięło się znikąd. Ostatnio z racji obowiązków zawodowych, spędziłam sporo czasu z Magdaleną Przygodą. Fantastyczną babką, a przy okazji główną makijażystką jednej z sieci perfumerii. I to ona przekonała mnie, że taka (odwrócona) kolejność jest znacznie wygodniejsza. Jeśli macie, podobnie jak ja, skłonność do tego, żeby cień rozcierać nie tylko na powiece, ale i na reszcie twarzy, szczerze polecam odwróconą technikę. Nie ma sensu zbyt wiele o tym pisać, obejrzyjcie po prostu filmy instruktażowe na You Tube z udziałem Magdy. Fajna, sensowna, bezpretensjonalna specjalistka od make-upu, która mówiąc o makijażu, nie traktuje cię jak pięcioletniego dziecka. Nie mamrocze złowrogo, nie pieści się, nie przewraca oczami, nie wydyma ust. Myślę, że ją polubicie. Jest autorką makijaży stewardes LOT-u, zaprojektowała serię pędzli do makijażu i widziałam, co potrafi nimi zrobić. Kreskę jak już maluje, to z rozmachem, ale oczywiście perfekcyjnie.

2. Postaram się traktować demakijaż jak przyjemność, a nie zło konieczne. Przyznaję się bez bicia, że bardziej od malowania się (przy okazji pozdrawiam wszystkich krótkowzrocznych, którzy tak jak ja malują się bez okularów i soczewek) nie cierpię tylko zmywania makijażu. Wiem, że w trakcie demakijażu mogę wykonać na przykład delikatny masaż twarzy, aby usprawnić przepływ limfy chociażby i nie obudzić się jak zwykle z balkonami pod oczami. W rzeczywistości jedyne co robię, to memłam pod nosem przekleństwa. Wiem, że oczyszczanie twarzy to najważniejszy etap pielęgnacji. Stąd też znów postanawiam (zeszłoroczne postanowienie legło w gruzach), że będę robić to dokładniej, czulej, dłużej i z większym zaangażowaniem. Przy okazji postaram się, żeby było to przyjemne. Wraz ze styczniową falą wyprzedaży, mam zamiar zaopatrzyć się w pięknie pachnące środki do demakijażu, które będą przy okazji pięknie wyglądać na toaletce. Wybaczcie, że to zalatuje lekkim zdziecinnieniem, ale jestem gotowa na wszystko, aby zechciało mi się chcieć. Naprawdę, a nie tylko z rozsądku czy poczucia obowiązku. Na razie hasło demakijaż, jest dla mnie równie urocze jak obstrukcja. Czy ktoś prócz mnie, też nie cierpi tej okropnej celebry i wacików?

3. Będę farbować włosy regularnie, a nie dopiero gdy siwiznę kryje tylko czapka. Siwe włosy to mój (niechlubny) znak rozpoznawczy. Przyznam, że cenię kobiety, które się nie poddają estetycznemu terrorowi i noszą gołębią czuprynę z dumą. Wciąż jednak daleko mi odwagą do Manueli Gretkowskiej, że o talencie literackim nie wspomnę. Jednocześnie brakuje mi konsekwencji i w efekcie farbuję włosy stanowczo zbyt nieregularnie. Każdego roku (nieprawda, bo niemal co kwartał) obiecuję sobie, że zacznę chodzić do fryzjera regularnie. Tak się nie dzieje. Z kilku co najmniej powodów. Nieustannie szukam speca od kręconych (a więc i przesuszonych) włosów. Kogoś, kto nie tylko dobrze nałoży mi farbę, ale i uczesze inaczej niż na króla lwa, mokrą włoszkę albo topielicę. Do tej pory trafiałam na fryzjerów, którzy na przykład potrafili wyczarować mi wspaniały kolor, ale niekoniecznie pasujący do mojej cery. Albo robili mi wspaniały kolor, ale przy okazji obcinali mi włosy tak, że sterczały na czubku głowy, aby na dole powiewać smętnie. Raz tylko trafiłam na stylistę fryzur, który był przy tym kolorystą idealnym. Dlaczego nie korzystam już z jego usług? Och, to przykład klasycznej dramy. Najpierw się bardzo polubiliśmy, a potem jak to czasem bywa, obraziliśmy się na siebie nawzajem. W obrażaniu się nikt mi nie dorówna. Efekt? Jest wakat na stanowisku fryzjera, który zechciałby mi pomóc zrealizować to postanowienie. Potrafię zafarbować sobie włosy samodzielnie. Efekty owszem są, tyle że mocno rozczarowujące. I znów na mojej głowie pojawia się czapka „indorowa”.

Oby to zdjęcie było ostatnimOby to zdjęcie było ostatnim

4. Rzucę palenie na dłużej niż jedną noc. Wszak rzucanie palenia jest dziecinnie proste. Robiłam to już milion razy. Zazwyczaj decyzję podejmuję wieczorem, tuż przed snem. Czasem udawało mi się nie palić nawet przez kilka miesięcy. Ale ciągle wracam. Walczyłam z nałogiem medytując, przyjmując nikotynowe substytuty, biegając, a nawet otaczając się w domu zdjęciami postarzałych przez nikotynę i substancje smoliste twarzy. I za każdym razem powracałam z ogromnym poczuciem wstydu i porażki. Te uczucia towarzyszą mi zresztą do dziś. Za każdym razem, gdy sięgam po papierosa.

Elektroniczny papieros nie jest dla mnie żadnym rozwiązaniem. Z dwóch powodów. Po pierwsze nie ma jeszcze naukowych dowodów na to, że elektroniczny papieros jest mniej szkodliwy od analogowego. A przynajmniej ja ich nie znalazłam. Po wtóre, narażę się być może na lincz, ale z elektronicznym papierosem wygląda się dość specyficznie. Nie spotkałam jeszcze nikogo, kto z elektronicznym papierosem nie prezentowałby jak zagubiony pastuszek. Pastuszek, który wygrywa na fujarce radosne dźwięki dla gąsek czy tam innych kędzierzawych baranków. Falliczne motywy jakże bliskie analogowym papierosom w tym przypadku ulegają atrofii. Nie ma mowy o powłóczystym, niebywale zmysłowym spojrzeniu znad zapalonego papierosa. Nie ma mowy o seksownym wydmuchaniu dymu.

Jest za to niestety mowa o przyspieszonym starzeniu się. Większość kosmetyków, po które sięgam, walczy ze skutkami mojego nałogu. Z różnym skutkiem, oczywiście. Dlatego, mówiąc już zupełnie poważnie, chcę kolejny raz zawalczyć o oddech, w którym nie będzie posmaku nikotyny. W arsenale środków zostały mi jeszcze plastry z nikotyną. I nadzieja. Z przyjemnością poznam inne metody.

A może jednak nie?A może jednak nie?

5. Ograniczę kawę, będę więcej pić wody. Nad wprowadzeniem właściwych proporcji, podobnie jak nad rzuceniem palenia, pracuję od lat. I choć nie do końca wierzę w to, że picie wody ma bezpośredni wpływ na poziom nawilżenia skóry, to z pewnością jest lepsze niż życie na kofeinie. Wiem, bo był czas, kiedy kofeinę musiałam wykreślić ze swojego życiowego menu. I udało się, i nie było wcale źle. Teraz nie wyobrażam sobie poranka bez filiżanki gorącej kawy. Żadnego mleka, ani co gorsza cukru. Brzmi to dla mnie tak apetycznie, że gdy to piszę, korci mnie, żeby wypić kolejną filiżankę. Nie zrobię tego z dwóch powodów. W moim czasie jest teraz druga w nocy. Po drugie, naprawdę, chcę zrealizować przynajmniej jedno z pięciu wymienionych przeze mnie postanowień. Picie wody wydaje mi się najłatwiejsze. I żeby nie wydawało mi się tak koszmarnie nudne, zamierzam pić ją z kieliszków do szampana albo szklanek do whisky. Na zdrowie. I wam, i sobie.

Więcej o: