EMP - nie ma to jak koniec świata na początku nowego roku

Pewnego dnia, może całkiem niedługo, na przykład jutro w porze podwieczorku, jakiś szaleniec zaatakuje świat bronią wykorzystującą impuls elektromagnetyczny. Czyli zdetonuje bombę atomową nad atmosferą ziemską, wywołując falę elektromagnetyczną i spięcie. Spięcie to uszkodzi KAŻDE urządzenie elektroniczne w swoim zasięgu.

Atak zabije miliony ludzi, a resztę przeniesie do czasów średniowiecza. Ale nie do średniowiecza zamków, rycerzy i naturalnej żywności. Tylko mordów, okrucieństwa, głodu i zarazy. Czyli DZIEŃ DOBRY w nowym roku Kochani, oraz poznajcie EMP (electromagnetic pulse) - mojego osobistego świra na temat końca cywilizacji.

SEKUNDĘ ZA PÓŹNO

Naprawdę wiem, co teraz o mnie myślicie. Czułam dokładnie to samo, kilka lat temu, kiedy czytałam reportaż o najdziwniejszych pomysłach ludzi na temat końca świata. Na przykład, że jesteśmy hodowani na karmę dla kosmitów. Albo, że Ziemia sama oczywiści się z ludzkiego gatunku, dosłownie spłukując nas mega powodzią, jak jakieś robaczki.

Dzisiaj ja też mogłabym wystąpić w tym artykule, chociaż - jak każdy z cytowanych świrów - oczywiście uważam, że moja wersja końca świata jest REALNA.

A wszystko przez panią Bibliotekarkę, która zaszczepiła we mnie EMP. Poprosiłam ją o lekką książkę, na trudny moment życia, czytadło mające odwrócić moją uwagę. A ona wręczyła mi „Sekundę za późno” Williama R. Forstchen'a - opowieść o świecie zniszczonym przez impuls elektromagnetyczny.

Forstchen i jego świat po EMPForstchen i jego świat po EMP

Pisarz umieścił głównego bohatera w miasteczku, w którym sam mieszka i wykłada. A potem, podczas prac nad książką, wyobrażał sobie wszystkie sytuacje z jakimi przyszłoby mu zmierzyć się po wybuchu. Wizje te opisywał jako przeżycia swojej fikcyjnej postaci - Johna Matherson'a, samotnego ojca wychowującego dwie dziewczynki.

Akcja zaczyna się podczas urodzin młodszej córki, kiedy to, w tytułową sekundę, cały świat zamiera. Milkną radia, wysiada Internet, umierają telefony, a drogi stają zakorkowane porzuconymi, niedziałającymi autami. Ludzie pocieszają się, że to tylko wielka awaria prądu, ale już kilkanaście godzin później wpadają w histerię i plądrują sklepy.

Miasteczko zostaje odcięte od świata. Na początku umierają chorzy, potrzebujący aparatury podtrzymującej życie, oraz przyjmujący stałe leki. Nasz główny bohater wie, że kiedy skończy się zapas insuliny, umrze też jego młodsza, chora na cukrzycę, córka. I to chyba porusza mnie najbardziej w całej książce, bo moje dziecko wprawdzie nie potrzebuje insuliny, ale też przyjmuje leki na stałe.

Szpitale zostają porzucone przez personel medyczny, z więzień uciekają strażnicy, a za nimi zbrodniarze. Bardzo szybko zaczyna brakować lekarstw, jedzenia, pitnej wody. Zapasy niszczeją, bo nie ma chłodni do ich przechowywania. Nasze delikatne społeczeństwo high-tech pogrąża się w pierwotnym, pełnym okrucieństwa chaosie. Wracają prawa dżungli, a zdanie „jedz, albo będziesz zjedzony” nabiera kanibalistycznie dosłownego sensu.

Niby nie trzeba czytać „Sekundę za późno”, żeby domyślić się, jak wyglądałby świat po takiej katastrofie. Mimo to apokaliptyczna wizja przerosła moje wyobrażenia, a jak już pisałam w kwestionariuszu - wyobraźnię mam tak dobrą, że mnie wykańcza.

CO ON MI ZROBIŁ?

Ponieważ lubię future history, powieść Forstchen'a przeczytałam w jedną noc. Podekscytowałam się i grzecznie oddałam do biblioteki. Wydawało się, że na tym koniec.

Ale widocznie coś się wydarzyło w moim mózgu, bo o książce pamiętałam miesiącami. Nie tylko o niej myślałam, ale systematycznie wyobrażałam sobie sytuacje z powieści profesora Forstchen'a, tylko przeniesione do naszej rzeczywistości. I - powiedzmy sobie szczerze - w większości nie miałam żadnych szans na przeżycie.

Podejrzewam, że dlatego nagle zainteresowałam się survivalem. A zaznaczam, że nie mam genu harcerstwa, zamiast na obozy w wojskowych namiotach jeździłam na nadmorskie kolonie w 3-osobowych pokojach, a zuchem byłam jedną zbiórkę, tylko po to, żeby dostać zielony berecik.

Tymczasem dziś w moim domu pojawia się coraz więcej dziwnych i jeszcze dziwniejszych książek o sztuce przetrwania, ratowaniu życia w warunkach ekstremalnych, survivalu dla dzieci, jadalnej, dzikiej zieleninie. Tak, widziałam, że jest też książka o jadalnym robactwie, ale mnie przerosła. Może kiedyś będę żałować, że nią wzgardziłam, jednak to jeszcze nie ten etap szaleństwa.

Nigdy nie jest za wcześnie na edukację w temacie...Nigdy nie jest za wcześnie na edukację w temacie...

Zdarza mi się też zastanowić, czy na przykład ze sportowego łuku syna można by ustrzelić zająca, i kto by to zrobił, a nawet jeśli już, to co niby potem miałabym z takim królikiem począć, skoro mdleję na widok krwi. Albo przypominam sobie nagle, że zawsze chciałam mieć na podwórku taką starą, ręczną pompę do wody, którą teraz widuję tylko na cmentarzu.

Tak poważnie, to fantazjuję na temat EMP, ale nie myślę o nim jako o realnym jutrze. Czy gdybym naprawdę wierzyła, nie miałabym już zapasu zapałek, broni, ziarna, suchej karmy, leków i studni wykopanej w ogródku? Chociaż może sam fakt, że wiem, czego mi brakuje do przetrwania jest już niepokojący?

Scyzoryki lepiej mieć niż ich nie miećScyzoryki lepiej mieć niż ich nie mieć

A Wy? Jaki macie pomysł na koniec świata? Piszcie. Książkę „Sekundę za późno” polecam Waszej uwadze, jeśli jej jeszcze nie znacie. I przede wszystkim szczęśliwego 2014!

Więcej o: