Leo, Wilk, Jonah Hill i inne chłopaki z ferajny

"Wilk z Wall Street" nie jest tym, czego się spodziewałam - ani po Martinie Scorsese, ani po Leonardzie DiCaprio, ani po Jonah Hillu. Trzygodzinna jazda bez trzymanki, podczas której balansujesz na krawędzi między rozbawieniem a przerażeniem. I błagasz o więcej.

Niby wszystko już było. Scorsese ma w dorobku kilka filmów o przestępcach i ich nielegalnych machlojach, by wspomnieć tylko "Chłopców z ferajny", czy "Infiltrację". Leo DiCaprio, który po raz piąty wystąpił u Scorsese'go (m.in. w "Infiltracji" właśnie) ma już na koncie role ekscentrycznych (szalonych?) milionerów - Howarda Hughesa w "Aviatorze" (znów Scorsese), czy Gatsby'ego w "Wielkim Gatsby'm". O chciwych i zdeprawowanych brokerach i maklerach też parę filmów powstało - od Gordona Gekko z "Wall Street" po Patricka Batemana  z "American Psycho", nie zapominając o świetnej roli Kevina Spacey w "Chciwości", mieliśmy kilka szokujących profili psychologicznych. Nawet na poziomie zabiegów formalnych, takich jak wyłamywanie się z kadru i mówienie wprost do widza, to właśnie Kevin Spacey jako Frank Underwood raczył nas ostatnio tym patentem w "House of Cards". Czyli wszystko już widzieliśmy, wszystko było. A jednak nic, naprawdę nic nie przygotowuje na "Wilka z Wall Street". Ten film jest szokiem.

Nawet pomijając kwestie oczywiste, takie jak sceny orgii i wciągania duuużych ilości białego proszku, których naprawdę nie brakuje w filmie i które mogą szokować swoim cynizmem. "Koks i dziwki, mój drogi" - zdradza, rozpoczynającemu karierę na Wall Street Johnowi Belfortowi (DiCaprio), tajemnicę sukcesu w tym biznesie starszy kolega po fachu, guru branży Mark Hanna (Matthew McConaughey pięknie wystylizowany na Christiana Bale'a w "American Psycho" tudzież Michaela Douglasa w "Wall Street" ). Krwiożerczy, chciwi, psychotyczni, nabuzowani - ten wizerunek już znamy i w jakimś stopniu właśnie takiego obrazu się spodziewamy.

Kto tu jest amerykańskim psychopatą?Kto tu jest chciwym amerykańskim psychopatą?

Tym, co zaskakuje i szokuje bardziej jest jednak lekki ton jakim Scorsese opowiada tę historię. Nie tylko dlatego, że po tym reżyserze nie spodziewamy się ŚMIESZNEGO FILMU. Raczej dlatego, że opowiada jakby to była leciutka humoreska, a nie studium deprawacji. Jakby to była opowieść o niezwykłej, czarującej fikcyjnej postaci, a nie oparta na faktach historia skazanego prawomocnym wyrokiem wielokrotnego oszusta, który pogrążył finansowo wielu ludzi. Zresztą ta właśnie kwestia wywołała w Stanach wiele kontrowersji, a twórcom zarzucono wręcz gloryfikowanie przestępczego trybu życia. Cały list od córki jednego ze współpracowników i współ-oskarżonych Belforta - bardzo mocny i odważny - można przeczytać tutaj. I choć twórcy bronią się zażarcie, pytanie, czy przesłanie filmu jest amoralną pochwałą chciwości i cynizmu, pozostaje otwarte. I warto mieć je z tyłu głowy. Gdy będziecie się śmiać do rozpuku i dacie się porwać tej chorej, dzikiej zabawie.

Bo ten film porywa: humorem, brawurą, szaleństwem. Oszałamia blichtrem, forsą i dezynwolturą bohaterów. Kto by nie chciał być jak Leo królem świata i popijać szampana? Można też wciągać koks z cycków jakiejś dziwy albo rozrzucać pliki dolarów, jeśli ktoś woli - kto bogatemu zabroni? Miłość na bogato! Bawmy się! Zniszczmy się i najebmy! Bądźmy jak Belfort, który po zażyciu swoich ulubionych prochów traci władzę w nogach i musi pełzać, a potem w takim stanie prowadzi samochód. Ta scena absolutnie miażdży ze względu na swoją dramaturgię. Dramaturgię, której szczegółów nie chcę zdradzać - nie sposób się nie śmiać, nie sposób też nie czuć strachu, ale i przekornego podziwu dla ułańskiej fantazji bohatera. A właściwie bohaterów, bo kolejną zaskakującą rzeczą w "Wilku" jest to, że da się go zakwalifikować jako gatunek zwany "bromance", czyli komedię o męskiej przyjaźni (z nie do końca na poważnie sugerowanym podtekstem homoerotycznym).

Takie odczytanie filmu pozwala lepiej zrozumieć skąd wziął się tu Jonah Hill, specjalista od ról w niesmacznych, chłopackich komediach typu "Wpadka" czy "Supersamiec" (choć oczywiście nominacja do Oscara za rolę w "Moneyball" też ma znaczenie). Hill w wielu scenach bezczelnie kradnie show - jako Donnie Azoff, najbliższy przyjaciel i współtwórca finansowych intryg Belforta oraz ochoczy uczestnik dekadenckich rozrywek jest absolutnie bezbłędny. Śmieszny, odrażający, fascynujący, zdegenerowany i fajtłapowaty jednocześnie. Rola warta kolejne oscarowej nominacji, bez dwóch zdań. Jego relacja z Belfortem: wspólne ćpanie i wspólne szmuglowanie forsy wpisuje się w nurt kina "Kac Vegasowego" o wesołych wybrykach wesołych kumpli. Tylko, że nie, bo koniec końców stawka w tej grze jest o wiele, wiele (milionów) wyższa niż spóźnienie się na ślub kolegi, czy nawet zgubienie pana młodego. Za TE zabawy są konkretne wyroki. Liczone w dekadach.

Jestem ciekawa, czy mimo zarzutów, z którymi się spotyka, "Wilk" zgarnie jakieś liczące się nagrody branży filmowej - Hollywood wszakże nie cierpi kontrowersji. DiCaprio i Hill na pewno zasługują na uznanie dla swoich aktorskich talentów (Leo ma już nominację do Złotych Globów) i byłoby szkoda, gdyby nie zostali docenieni. Leo, wiadomo - jest boski, zaś Hill to wschodząca gwiazda i kibicuję mu mocno od czasu "Cyrusa" a ostatnio ZAKOCHAŁAM SIĘ w nim totalnie dzięki cudownemu bromance'owi  "To już jest koniec". Z kolei filmowa maestria z jaką Scorsese wciąga nas w to moralne bagno warta jest przynajmniej tego, by poświęcić mu trzy godziny i wybrać się do kina. Choćby po to, by móc wyrobić sobie własne zdanie.

Więcej o: