Więcej niż 5 powodów dla których należy bojkotować film "Hobbit: Pustkowie Smauga"

Zgroza, dramat, tragedia, tego się nie da wytrzymać! Za długie, za mało prawdziwe i jakieś takie, no sami wiecie... Nie wiecie? To ja wam powiem, dlaczego nie chcecie oglądać drugiej części trylogii Hobbita.

mat.promocyjne

1. To się nie zgadza z książką! Absolutnie!

Po pierwsze, kto to widział, żeby Sauron na końcu filmu zabił... aaa, żartuję, ale kto to widział, żeby jakąś elfkę wtryniać w scenariusz! Bezcześcić Tolkiena parytetami oraz ponętnym damskim... eee... spojrzeniem i głosem? Skandal! I jeszcze ona walczy! I wątek romansowy jest, a to przecież męski, męski świat, są męscy hobbici, są męskie krasnoludy i ich brodate kobiety. Wreszcie są elfy rodzaju męskiego. No i Legolas. Co on tu robi tak długo? W książce nawet nie ma jego imienia, a tutaj nie dość, że jest, to dodatkowo pokazuje się ze znacznie lepszej strony niż w Trylogii Pierścienia. Też coś! Żeby bohater w prequelu był fajniejszy niż w oryginalnej serii. Pffffff. Ale to was chyba nie zniechęci. Zatem może inny argument.

2. Nepotyzm

Jackson to szczwane bydlę, wszędzie wciśnie swoje dzieci. W "Drużynie Pierścienia" jego córka grała hobbicie dziecko zasłuchane w historii Bilbo, w "Pustkowiu Smauga" serwuje piwo Thorinowi w tawernie Pod Rozbrykanym Kucykiem. Sam Jackson też pojawia się w swoim filmie, no doprawdy, nie wiem na co liczy, skoro za pierwszym razem w tej samej roli smętnego mieszkańca błotnistego i ponurego Bree nie został dostrzeżony przez akademię przyznającą Oscary to myśli, że teraz go wyróżnią nominacją za najlepszego statystę, ej no, pfff, no!

3. Angole, wszędzie Angole!

Znaczy mieszkańcy Wysp Brytyjskich, niektórzy nawet nie ruszyli się do Nowej Zelandii, tylko filmowali się w Londynie. Zaprawdę powiadam wam... kino się kończy! Taki Gandalf nawet nie myślał, by wsiąść do samolotu, wymawiał się wiekiem, słabym zdrowiem, a dobrze wiemy, że wystarczyło, by dobrze zagadał z Elfami i Radagastem, a zarówno na samoloty, jak i na nadszarpniętą wiekiem kondycję coś by się znalazło. Dobrze, że Martin Freeman znudzony godzinami siedzenia w "The Office" przeszedł już chrzest bojowy lecąc "Autostopem przez galaktykę", bo jeszcze tego by brakowało, by Doktora Watsona też doklejali do filmu w komputerze. Swoją drogą szkoda, że Sherlock sam nie wpadł na plan filmu Petera Jacksona, bo miałby tu co robić, tropiąc zależności między aktorami grającymi w "Hobbicie", a postaciami związanymi z nim samym. Ten oślizgły władca Miasta na Jeziorze był bratem Sherlocka w "Grze cieni", Saruman, jak na podstępnego czarownika przystało, sam był raz Sherlockiem, raz jego bratem, a innym razem tym Baskervillem od psów. Ale nie... wiecie co zrobił ten przebiegły lis Sherlock Holmes, znaczy Benedict Cumberbatch? Oddał Smaugowi swoje kocie ruchy i seksowny głos. Nie dał mu za to swojego zniewalającego spojrzenia, nie dał też tej przenikliwości w sztuce dedukcji. No dobrze, do rzeczy. Brytyjczyków w tym filmie jest pod dostatkiem, jakby mało było wam aktorów (i głosu oraz ruchów Smauga) to jeszcze ten mały, cholerny rudzielec...

4. Ed Sheeran

Tak, zasługuje na osobny punkt. Nagrał taką piosenkę, mówią, że odczapową względem reszty ścieżki dźwiękowej, ale potem wychodzicie z kina czując nieodpartą potrzebę słuchania na repeacie jakiejś strasznej ballady o mglistym oku pod górą, pustkowiach, ogniu i innych takich. Gorzej, ta ballada omamia! Sami zajrzyjcie do Gościa Niedzielnego! To jest modlitwa uciśnionych! To jest nie tylko o krasnoludach i ich utraconym królestwie ballada, to o Jezusie i jego wyznawcach - tak tłumaczy autor. Ja tam nie polemizuję. Jeśli nie modlitwa, to na bank jakaś inkantacja, która uzależnia.

5. Uzależnienie

Skoro już o tych uzależnieniach mowa, to pierwsza część "Hobbita" wolna była od takich dodatków. Zwyczajny film dla zwyczajnych fanów Śródziemia, trochę śpiewających krasnoludów, trochę ładnych widoczków ze świata, który się polubiło. Trochę grania na sentymentach i puszczania oka. A TU? Jest akcja, jest napięcie, jest cała galeria fajnych postaci drugoplanowych (jest zajebista architektura, ale to w świecie filmowego Śródziemia norma, oraz moje małe zboczenie) jest smok, którego nikt nie ulepił z plasteliny, tylko przez tydzień go generowano w komputerze (czy wspominałam już o głosie i ruchach sami wiecie kogo?). Całość trwa ponad dwie godziny, ale trudno znaleźć dłuższą chwilę nudy, a co to za film do cholery, w trakcie którego nawet nie ma czasu na krótki post na Facebooku, albo wpis na forum, że słabe i nudne?

Ja się pytam, kto to wymyślił, że nawet nie wiadomo kiedy warto potruchtać do toalety. Najgorsze jednak jest to, że po wyjściu z kina można poczuć nieodpartą potrzebę obejrzenia całości raz jeszcze. A wiecie co się wtedy stanie? Dorzucicie srebrników do kiesy temu brodatemu dziadowi Jacksonowi i całej tej krwiożerczej machinie, która stoi za kręceniem takich filmów. A wiecie, co oni mogą z tymi pieniędzmi potem zrobić? Mogą je wydać razem ze swoimi poplecznikami na kolejne takie filmy.

A co by było gdyby zrobili remake Wiedźmina! To byłby dopiero skandal! Piękna Wyzima, która wygląda tak klimatycznie, jak Miasto na Jeziorze, Smok, który jest jak Smaug, wyniosłe i okrutne elfy od Sapkowskiego, które są jak wyniosłe i okrutne elfy z tego mrocznego lasu. No to by było doprawdy straszne, gdyby ktoś obcy poprawił nam Wiedźmina.

Poza tym dlaczego nie warto jeszcze iść na ten film? Jeśli nie lubicie fantasy, wiadomo, śmiało możecie nie iść i potem żałować, że omija was dobre kino przygodowe. Jeśli jesteście tolkienowskimi purystami, to możecie nie iść do kina, bo przecież powstało już tyle dobrych ekranizacji "Hobbita", po co się katować taką nieco przeinaczoną i uzupełnioną o późniejsze wskazówki zawarte we Władcy Pierścieni i w Silmarillionie wątki interpretacją w wykonaniu Jacksona, Guillermo Del Toro (i dwóch lasek, które od lat współpracują z Peterem)? W ogóle to po co do kina, tam jest taki duży ekran i taki przestrzenny dźwięk, ludzie są. Wszystko bez sensu, przecież "Hobbit: Pustkowie Smauga" to piękne, kameralne kino moralnego niepokoju, wymaga jednak pewnej intymności i... a nie, wcale nie. Więc jeśli na serio, serio lubicie się czepiać, to może rzeczywiście, odpuśćcie sobie. Wszystko. Niech nie będzie niczego. A ja tymczasem ledwie ochłonąwszy po rodzinnym seansie, już knuję jak tutaj wyskoczyć do kina po raz drugi. Zwyczajnie czuję, że nie wytrzymam tych tygodni oczekiwania aż będę mieć na własność drugiego "Hobbita" i będę go sobie oglądać, i oglądać, i oglądać... Bo powiem wam, że w ostatnich miesiącach filmy strasznie mnie nudziły. Wolałam sobie siedzieć i słuchając muzyki czytać książki. Po seansie z "Pustkowiem Smauga" natomiast poczułam się jak ten dzieciak z "Hugo" Scorsese - to znaczy jakby magia kina znów na mnie podziałała i to jest strasznie fajne uczucie. Mam nadzieję, że nie jest Wam obce.

Więcej o: