Tekst grozy! Muzyczne robaki: jak się zarazić i czym je leczyć

Strzeżcie się, oto bowiem przed wami przerażający artykuł, w którym znajdziecie niebezpieczne dźwięki od których mózg się lasuje, a ciało cierpi katusze. Oraz piosenki, po których wasze głowy nawiedzać będą durne teksty i maltretujące ducha melodie. Na koniec zaś sprzedam wam sekretną receptę na to, jak się tego świństwa pozbyć.

Zazwyczaj, gdy mowa o muzycznych robakach, czyli tzw. earworms, przywoływana jest piosenka Kylie Minogue z refrenem zaczynającym się od słów "I just can't get you out of my head". Chociaż wiecznie młoda Australijka śpiewa o sympatii, miłości, mężczyźnie, słowa o niemożności wygonienia ze łba doskonale oddają sens wspomnianego zjawiska, które zmusza zarażonego do nieustannego powtarzania w myślach lub na głos pojedynczych wersów, albo całych piosenek.

O tym, jak uciążliwe bywają te robaki muzyczne pisał m.in. neurolog, profesor Oliver Sachs w swojej książce "Muzykofilia". Pacjenci zgłaszający się do niego mówili o wielogodzinnej lub wielotygodniowej, a nawet, jak w przypadku jednej z kobiet, trwającej aż 43 lata, konieczności powtarzania konkretnego utworu. Napawa grozą, prawda? Tym bardziej, że, jak zauważył Sachs, często w mózg wgryza się nam nie jakaś ambitna kompozycja, ale muzyka mało istotna "wręcz trywialna, wcale nie w guście osoby, którą to dotknęło, a nawet wręcz jej nienawistna". Zjawisko earworms porównuje Sachs do powidoków, omamów wzrokowych, wspomina także o natręctwach podobnych tym kojarzonym z objawami zespołu Tourette'a, kiedy chory powtarza bezwiednie jakieś słowa, czy frazy. Winę za takie muzyczne opętanie ponosi sam charakter sztuki. Chodzi o to, że dajmy na to obrazy, filmy, spotkania towarzyskie zazwyczaj rejestrujemy selektywnie w naszych głowach. Z muzyką jest przeciwnie, dostajemy ją już skonstruowaną, gotową. "Scenę wizualną czy zdarzenie towarzyskie można konstruować i rekonstruować na setki różnych sposobów, ale utwór muzyczny staramy się przypomnieć w możliwie jak największej zgodzie z oryginałem". I tu jest nasza zguba. Tak przynajmniej sugeruje autor "Muzykofilii". Badający to zagadnienie doktor James Kellaris zaznaczył zaś, że choć na earworms w podobnym stopniu podatni są mężczyźni, jak i kobiety, to u pań napady trwają dłużej. Profesor Daniel Levitin (przy okazji: to ten sam koleś, który dbał o dźwięk na albumach Chrisa Isaaca i Joe Satrianiego) zwrócił uwagę na to, że muzyczne robaki  szybciej zaatakują osoby cierpiące na nerwicę natręctw, oraz ludzi związanych z muzyką, zwłaszcza jej twórców.

Wszystko to mogę tylko potwierdzić: nie dalej jak w sylwestra rozmawiałam z trójką kompozytorów, wszyscy uskarżali się, że zwyczajnie nie potrafią powstrzymać się przed nuceniem popularnych piosenek, a przecież na co dzień nawet nie słuchają takiej muzyki. Dobra, dobra -  powiecie. Nie słuchają, taaa, akurat!

Po tym, jakie rzeczy sama nucę pod nosem, łatwo odgadnąć czy jechałam ostatnio taksówką, czy może przechodziłam podziemnym tunelem na dworcu w Sosnowcu. To nie żart, na wspomnianym dworcu jest taki chłopak z gitarą, który w swoim repertuarze ma piosenki Gawlińskiego i Myslovitz. Ponieważ czasem zdarza mi się tam czekać na pociąg relacji Wiedeń - Warszawa (zabawne, bo w Katowicach zawsze zastaję go o czasie. Przypadek? Nie sądzę...) mam okazję słuchać jak jegomość śpiewa. A potem tygodniami zawodzę okrutnie fałszując wszystkie te "Z twarzą Marylin Monroeeee", "Nie poddaj sięęęęęęęęę, bierz życie jakim jeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeest" i tak dalej...

Cichy bohater tego tekstu, grajek z dworca w SosnowcuCichy bohater tego tekstu, grajek z dworca w Sosnowcu

W sieci dostępne są także straszne listy na których umieszczono okrutne piosenki niebywale przyklejające się do mózgu. Z ciekawości kliknęłam na taką zamieszczoną u Geeków. Pomyślałam, phi, nie bierze mnie, błagam, piosenka z Hobbita śpiewana przez Nimoya? Eeee tam. Piosenka halloweenowa z pięknego filmu Tima Burtona? Lubię, ale się nie zarażam. WTEM! kliknęłam na piosenkę o Lamach... NIE RÓBCIE TEGO! Lama, lama, lama, lama, lama, lama, bęc!

Jeśli jednak nie lękacie się... zdradzę Wam jakie są zagraniczne i krajowe muzyczne robaki. Te zatwierdzone przez aklamację i te moje prywatne, które trawić potrafią mnie od środka godzinami.

ZAGRANICZNE, PRZEZ AKLAMACJĘ

Rihanna, na przykład ta:

Co zabawne, kiedy pierwszy raz usłyszałam ten utwór, pomyślałam: "cóż za szalony pomysł, jak to znalazłam miłość w open space? To chyba piosenka dla ludzi z newsroomu, albo telemarketerów!". Szybko jednak okazało się, że ona wcale nie śpiewa "We found love in the open space", tylko "in a hopeless place". W zasadzie to jedno i to samo, więc ten... no... uważajcie lepiej, żeby się nie zarazić - piosenką i miłością, przynajmniej taką, jak ta Rihanny. Aha, lojalnie uprzedzam przed "starą" Rihanną z Eminemem i "nową" Rihanną z Eminemem, oraz moim prywatnym nemezis robakowym, wspólną piosenką Drake'a i Rihanny wykorzystującą przepiękny utwór Gila Scotta Herona w remiksie Jamiego XX (KOCHAM GO!).

Ellie Goulding niech płonie!

Lepsze to niż powtarzanie w kółko "Alehandro, ale, alehandro, ale handro, ale ale handro". Gdybym chciała być czerstwa jak chleb w Żabce po długim weekendzie, powiedziałabym coś o tym, że śpiewanie piosenek Lady GaGi niejednego wpędziło w chandrę, więc nic dziwnego, że "Alejandro" podbił niegdyś listy przebojów, no ale nie będę. Wracając do Ellie Goulding i jej "Burn", wcale mnie nie ruszyła ta piosenka, wcale, a wcale, i tylko WTEM! po wizycie w pizzerii załapałam fenomen utworu, bezwiednie i opętańczo nucąc niczym koza rabina "beeeeeeern, beeeeeeern, beeeeern". Jak przystało na krytyka muzycznego, tłumaczyłam wszem i wobec, że to nie wstyd nucić taką piosenkę, bo Ellie ma dobry głos, i tak dalej, i tak dalej... Też  możecie sobie tak tłumaczyć.

Temat z Mission Impossible

W odróżnieniu od dwóch powyższych utworów ten jest nieco starszy, ale wyjątkowy. Chociaż badania nad earwormsami udowodniły, że zdecydowana większość robaków wgryza się dzięki chwytliwym słowom, a tematy czysto instrumentalne rzadziej zarażają słuchaczy, to kompozycja Lalo Schifrina do serialu "Mission: Impossible" okazała się być jednym z najgroźniejszych robaków muzycznych wszech czasów. Jej wersja "poprawiona", czy też uwspółcześniona w latach dziewięćdziesiątych na potrzeby kinowego hitu z Tomem Cruise raziła nie gorzej. I znów można się usprawiedliwiać przed znajomymi, że zarówno kompozytor, jak i późniejsi reinterpretatorzy (muzycy z U2) nie przynoszą ujmy zarażonemu, a jednak... weźcie no... tak głupio jednak chodzić i pod nosem nucić: tiruruuuuuu, tiruruuuuu, tiruruuuuu, tu, tu! Turiraaaa, turiraaaaa, turiraaaaa, Pa, pa!

PRYWATNE ZAGRANICZNE ROBAKI MUZYCZNE

Mad World

W obu wersjach, to znaczy bierze mnie zarówno oryginał Tears For Fears, jak i smętno - płaczliwe, ascetyczne wykonanie Julesa, które pojawiło się w filmie "Donnie Darko". Moje dzieci dostają już powoli drgawek słysząc, że znów paradując z nimi przez park podśpiewuję, że najlepsze marzenia jakie miałam to te, w których umieram. Nie to, żebym się nie utożsamiała z podmiotem lirycznym, utożsamiam się ironicznie, ale ta piosenka jest po prostu mrocznie chwytliwa i już.

Love will tear us apart

Wspominany wyżej film, czyli "Donnie Darko" skradł me serce w całości, choć po pierwszym seansie zaczęłam się lękać królików.  Przy okazji pozwolił jednej z piosenek Joy Division wryć się w mój mózg tak, jakby to był winyl w tłoczni. No i wzięło mnie. Przez kolejne lata próbowałam się leczyć z posiadania wewnętrznego odtwarzacza nastawionego na zapętlenie utworu "Love will tear us apart", zarówno przez powtarzanie piosenki, śpiewanie jej, jak i szukanie coverów. Większość jest zła, bo choć Ian Curtis wielkim wokalistą nie był, to pozostał niepodrabialny. Tylko Robert Smith z The Cure może mi śpiewać, że miłość nas rozdzieli. Znów. I znów. I znów. I znów.

Taxi driver Kalkuta

Wiem, ta piosenka jest straszna. Razi mocniej niż wszystkie "La la la" i "Tchere re re" oraz inne tego typu utwory razem wzięte. Jest durna i zabawna. I o taksówkarzu z Kalkuty. Tyle w temacie.

PO PROSTU POLSKA

Scenariusz dla moich sąsiadów

W zasadzie wszystkie stare single Myslovitz nadają się na robaki, może to ten wysoki głos Rojka, a może melodie. Po prostu wżera się i już. To chyba kwestia wieku, czasów, w jakich się dorastało, nie trzeba było być fanem Myslovitz, wystarczyło przechodzić raz na jakiś czas obok radia. No i już! Co zaś się tyczy "Scenariusza..." - przyznajcie się, ile razy przerabialiście w myślach tekst tej piosenki na głupszy lub zabawniejszy?

O sobie samym

Nigdy. Nie. Byłam. Fanką. Wilków. Ani. Gawlińskiego. A jednak, wystarczyło przejść raz obok pana z gitarą śpiewającego w przejściu podziemnym na dworcu w Sosnowcu, bym długimi tygodniami nuciła "O sobie samym". Piekielna zaraza.

Prawie do nieba

Jeśli myślicie, że lata 90 to był wciąż czas triumfu polskich tekściarzy, to przeczytajcie sobie na spokojnie tekst tej piosenki. Ilość bezsensownie zestawionych wyrazów powala. Nic nie szkodzi, to wciąż paskudnie zaraźliwe bydlę.

Orła cień

Tak, on też potrafi działać zabójczo na ciszę w głowie. A potem, już w pamięci, na głos Kasi Stankiewicz nakłada się wokal Jerzego Stuhra i pozamiatane. Zaraz, chwila, a "Tokio"? Nie bierze Was? A "Ona maaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa siłęęęęę"? NIE? No to mam TU ostatecznego zabójcę - już nie Varius Manx, ale przecież ojciec ten sam.

Małgośka

Osiecka jest bardzo dobrym alibi, no bo przecież tooo był maaaaaaaaaaaaaaaaaaaj, pachniała Saska Kępa...

Zegar

"O cholera, jak ten utwór mnie męczył" rzekł mój mąż zapytany o najgorsze muzyczne robaki, jakie mu się przydarzyły. Tak czy siak, jesteśmy szczęśliwym pokoleniem, zadręczamy się repetytywnym powtarzaniem piosenki Edyty Bartosiewicz, nasze dzieci cierpią już przy Weekendzie.

 

***

No dobrze, skoro i tak już Was pozarażałam (zauważcie, ze nie wrzuciłam ani "We Will Rock You", ani "Seven Nation Army", ani tym bardziej Rebeki Black (Frajdej, Frajdej, Frajdej, Fan, fan, fan), to może teraz słów kilka o lekarstwach. Sachs w swojej książce wspomniał, że pacjenci próbowali zagłuszać to śpiewanie w głowie innym śpiewaniem: skakali, biegali i wyczyniali inne wygibasy. Nic to nie dało. Moim prywatnym lekiem jest przedawkowanie, czyli słuchanie tak długo danego utworu (połączone ze śpiewaniem), aż mój mózg będzie miał dosyć, aż mu się odechce choćby zasugerować, że chce znów. Naukowcy z Western Washington University przeprowadzili szereg doświadczeń, które pokazały, że równie skuteczne jest pełne zaangażowanie naszych umysłowych mocy przerobowych na innym froncie. Na przykład rozwiązywanie sudoku, albo czytanie jakiejś porywającej i wymagającej myślenia książki.

A jak Wy sobie radzicie z takimi robakami muzycznymi? Jesteście na nie jakkolwiek podatni? A może chcecie się podzielić własną listą "earworms"?

Więcej o: