Katarzyna Bratkowska? Czuję potrzebę, żeby jej bronić

Miałam się nie odzywać. Cichutko sobie siedzieć, nic nie mówić. Bo po co, skoro tłum już wystawił szafot, tłum już wirtualnie ściął. Co mi to da, że napiszę, co ja o tym myślę? Szczerze? Jeszcze nie wiem. To się jeszcze okaże.

Uważnie przeczytałam tekst Aleksandry. Ze trzy razy co najmniej, bo chciałam dokładnie i ze zrozumieniem, a wiecie, jak to jest w dzisiejszych czasach. Człowiek nie doczyta, nie zrozumie, a potem kłopot. Tę ognistą dyskusję pod tekstem również. Może nie tak wnikliwie, ale starałam się, naprawdę, na tyle, na ile mi nerwy pozwoliły. Tekst Zielińskiej znakomity, a jakże. W końcu autorka ma kunszt, a kunszt się ceni (napisałam jej to zresztą na privie, bo lubię mówić ludziom miłe rzeczy). Pięknie napisała, z pomysłem i z twistem. Ale mimo tego ja się z nią jednak nie zgadzam.

No więc ja jednak skupię się na Bratkowskiej. Bo mnie sprzątanie nie interesuje i nie chciałabym umniejszać człowiekowi, który wg mnie powiedział coś ważnego. I powiem, jak ja rozumiem te słowa, które tak bardzo poruszyły naród, że gotów jest iść walczyć na miecze. Dla mnie cała ta niefortunna wypowiedź (a może właśnie fortunna, czy ja wiem?) znaczy mniej więcej tyle: "kurcze, w naszym kraju źle się dzieje. Przepisy nie pozwalają na aborcję, ale mimo to dziesiątki kobiet w naszym kraju to robią. Każdego dnia, o każdej godzinie. W lepszych lub gorszych warunkach, w bezpieczny i mniej bezpieczny sposób. Wszystko to tylko kwestia kasy, którą się dysponuje. I nikt nie jest w stanie nic z tym zrobić. Dlaczego więc udajemy, że problem nie istnieje? Dlaczego dajemy mydlić sobie oczy? Jak długo jeszcze? Kiedy wreszcie przestaną nam mówić, co jest dla nas najlepsze? Kiedy wreszcie skupimy się na prawdziwych problemach, a nie tylko na tych zastępczych, fasadowych?” I jeszcze: "Co mi zrobisz, nawet jak mnie złapiesz?”

Ja np. właśnie to czytam w wypowiedzi pani Bratkowskiej. Nie myślę o tym, że to skrupulatnie zaplanowała i w ten sposób chciała o sobie przypomnieć w mediach, bo jakoś tak wydaje mi się to małe. Nie zastanawiam się, czy słusznie, że powiedziała o tej Wigilii i czy to aby nie było głupie. Mam szczerze mówiąc trochę w tyłku, co nam to teraz, feministkom, zrobi, bo feministki i tak mają już tak zły PR, że gorzej się nie da. Nie ma takiej rzeczy, którą mogłyby zrobić, żeby sobie ten PR poprawić. Dlatego skupiam się tylko na przekazie, a przekaz tego, co powiedziała Bratkowska jest bardzo smutny. I przykro mi, że ludzie się nad tym przekazem nie zastanawiają, tylko łapią się słów i słówek. I tego, jaką miała minę. I że jakby powiedziała to inaczej, to by było lepiej. Że jakby innego dnia i o innej godzinie. Powiedziała, jak powiedziała. Taka była chwila, tak wyszło. Nie podoba mi się ten owczy pęd tłumów, te kciuki uniesione w dół i ten krzyk "na szafot z nią, na szafot, już, natychmiast, to idiotka, to wariatka, co ona robi naszym dzieciom”. Ja tego wszystkiego nie widzę. Nie wiem, może jestem ślepa, może przygłupia, może kiepsko mi działa wyobraźnia. Ona dla mnie mówi, że źle się u nas dzieje i ja to właśnie słyszę. I jest mi smutno. Że nie chcemy słyszeć prawdziwego przesłania. Że sami znajdujemy kolejną fasadę, w którą rzucamy balonikami wypełnionymi kolorową farbą, zamiast skupić się na istocie problemu.

I jeszcze. Aborcja jako antykoncepcja? Nie zapominajmy, że to tak właśnie działało przez lata, czy nam się to podoba, czy nie. Ludzkiego myślenia nie da się zmienić samymi tylko przepisami. Tu trzeba działań zakrojonych na szeroką skalę, uświadamiania, ciężkiej pracy u podstaw, a nie garści przepisów, które i tak nijak się mają do rzeczywistości.

Więcej o: