Klient nasz pan, czyli nie zawsze pracowałam w urzędzie

Dziś dla odmiany nie będzie o urzędzie, tylko o doświadczeniach w pracy z klientami. List naszej czytelniczki przywołał pewne reminiscencje.

Zasada "klient nasz pan" jest w sumie logiczna - skoro płaci, to wymaga i ma być tak, jak on chce. My mamy spełnić jego oczekiwania. Bez grymaszenia, bez fochów. Możemy negocjować, ale się nie wściekać, ponieważ stracimy zlecenie.

Klient nasz pan, czyli nie zawsze pracowałam w urzędzie

Przed urzędem pracowałam w różnych miejscach, między innym w firmie z branży projektowej, gdzie w zakres moich obowiązków wchodziło miedzy innymi: sporządzanie projektów i kosztorysów, spotkania z klientami, prezentacje i nadzór inwestorski. Było ekstra, z szefami rozumieliśmy się niemal bez słów i całkiem możliwe, że pracowałabym tam do dziś gdyby tylko płacili mi w terminie.

Zleceniodawcami były osoby prywatne, duże firmy, developerzy, instytucje publiczne - ciekawie i różnorodnie. W większości przypadków współpraca układała się pomyślnie. Niemniej zdarzały ciekawe odstępstwa od normy, a jak wiadomo wszelkie wybryki natury są ciekawsze od bezpiecznej normy.

Klient niezdecydowany. W moim osobistym rankingu, najgorszy rodzaj. Taki, który sam nie wie czego chce. A skoro nie wie, to nie jest pewien, czy podoba mu się projekt pierwszy czy drugi. Czy chciałby coś nowoczesnego, czy zdecyduje się na klasykę. Kiedyś na wyjeździe widział takie ładne, takie we włoskim stylu, ale nie do końca. No, on się jeszcze zastanowi, przemyśli, przyniesie zdjęcia. Przynosi. Jednak zdjęcia przedstawiają styl mauretański. No pomyliło mu się, albo nie, po prostu zmienił zdanie. Na etapie projektowania, można to jeszcze jakoś zdzierżyć, korzystając z urzędniczej gwary, papier przyjmie wszystko. Gorzej jest już z realizacją, gdy każe zmieniać, to co, zostało wykonane, bo on to sobie inaczej wyobrażał, bo na wizualizacji to wydawało się mniejsze. Nie mówię już o umiejętności czytania planów i wyobraźni przestrzennej, bo w przypadku tego klienta możemy o tym w ogóle zapomnieć. Na początku, będąc młodą gąską wpadałam w tę pułapkę niekończących się zmian. Potem miałam już dość i wypracowałam bardziej konkretne podejście do takiego delikwenta. Czyli po wstępnych ustaleniach i określeniu budżetu sporządzam maksymalnie trzy projekty. Wybieramy jeden i idziemy dalej tą drogą. W umowach wprowadziliśmy zapisy zobowiązujące do zlecającego do poniesienia dodatkowych kosztów w przypadku zmian na jego życzenie. Potrafiło to ostudzić zapędy niezdecydowanych.

Klient dziwny. Wszystko idzie gładko, dogadujemy się, jest flow i spójna wizja. Do pewnego momentu, kiedy pada to zdanie: „żadnej bieli, biały to ulubiony kolor mojej matki”. Próbuję zapanować nad mimiką twarzy. Ale jestem kiepską aktorką i moje brwi dziwią się same. Potem dowiaduję się jeszcze, że: „bez ostrych rogów - bo to zatrute strzały”. Przypomina mi się anegdota o Marszałku Piłsudskim, który polecił architektowi Czesławowi Przybylskiemu, żeby budował „bez kantów”, ten potraktował to dosłownie, dlatego Dom Funduszu Kwaterunku Wojskowego przy Krakowskim Przedmieściu 11 ma zaokrąglone narożniki. Cóż, ja z Marszałkiem nie pracuję, ale życzeń klienta wysłucham, bo projekt jest dla niego, a nie dla mnie.

Klient nasz pan, czyli nie zawsze pracowałam w urzędzie

Klient z kiepskim gustem. O gustach się nie dyskutuje, a szkoda, bo nasz kraj wygląda właśnie tak, jak za oknem. Przestrzeń zajęta przez reklamowe szmaty, brak ładu i harmonii. Sąsiednie budynki nie trzymające pierzei i wysokości. Kolorystyczna sraczka na elewacjach. Wszechobecna kostka Bauma. Klient bez gustu chce mieć ładnie. A w szczególności ładniej niż sąsiad. I tu rozpoczyna się tzw. praca u podstaw i próba nawrócenia na właściwą estetycznie drogę. Jest to możliwe.

Klient nasz pan, czyli nie zawsze pracowałam w urzędzie

Klient zalegający czyli koszmar, każdej firmy. On zapłaci, ale jeszcze nie teraz, bo mu się inwestycja posypała, bo go wspólnik wysterował, bo przeszacował koszty, bo teraz wyjeżdża, bo choroby, wojny, rozpacz. Znamy te wymówki, słyszeliśmy je tyle razy. Rozmowy z klientem zalegającym są równie przyjemne jak luźne stolce podczas zakładowej wycieczki do Czerstwej Wólki.

Są też klienci idealni. Tacy, którzy wiedzą czego chcą, są przygotowani finansowo do inwestycji, skorzy do współpracy i nie marudzą. Takich Wam serdecznie życzę.

Wasza Korespondentka z Wydziału Odzyskiwania Zdrowego Rozsądku

Więcej o: