Przegląd tygodnia - zupa na gwoździu, czyli co oni powiedzieli [Odcinek dwudziesty drugi]

Ależ byłam podła ostatnio, ajajajaj. Non ne regrette rien. Ale żeby wynagrodzić sobie i światu ataki (słusznej) furii i strugi (uzasadnionego) jadu - dziś same ładne rzeczy, miłe zjawiska i dobre wiadomości. Może ładne, miłe i dobre wybieram całkowicie subiektywnie, ale za to szczerym (choć czarnym) serduszkiem. To jazda!

Na początek chcę Wam powiedzieć: nie denerwujcie się. Oglądajcie ZooBorns. Ja ostatnio pragnę małego ocelocika. Ocelocika kup mi luby.

Zdjęcie pochodzi z http://www.zooborns.comZdjęcie pochodzi z http://www.zooborns.com

Ocelocik poskromi moje Furie. To nam się wszystkim opłaci.

Patelnię należy dobrze rozgrzać i wyprażyć na niej nieco soli. Potem smarujemy ją słoniną lub masłem - cienką warstwą.
Nakładamy ciasto jak na płaski placek (ok. 5 mm) i smażymy do zrumienienia po obu stronach. Powinien leciutko
podrosnąć. Po usmażeniu składamy na ogrzany talerz, owinięty lnianą serwetką.

- rzekł do mnie ten przepis, a moja wschodnia, wileńska dusza oszalała z nagłego pożądania i poczułam, że muszę - MUSZĘ to zrobić. I zrobiłam. Powiem Wam tyle - pracochłonne, czasochłonne, warte każdej sekundy przygotowań, tak pyszne, że serce pęka z miłości do potrawy, a także na myśl tauzenach kalorii. Zima w tym roku żadna, niemniej zimowo - polecam. A teraz idę to wybiegać.

Zawsze ceniłam posła-agenta Kaczmarka. Za wdzięk, bezpretensjonalność, inteligencję, kompetencje - no, całokształt. Imponują mi liczne dokonania tego tak młodego człowieka i chciałabym, jak on - żyć pełną piersią. Tak więc, kiedy poseł-agent Tomasz Kaczmarek rzekł:

To legendowe historie

- poczułam, że jestem całym sercem po jego stronie. Dajcie mu spokój. Niech tylko mówi. Dużo i swobodnie. Tak niewiele radości mam na tym świecie. Zis is -uejt for it - LE-GEN-DO-WE.

Żeby nie było, że ślepo i samiczo podziwiam tylko mężczyzn - mam też nową idolkę. Przeczytałam słowa pani Kozickiej-Kołaczkowskiej i zwariowałam, jak kot Roman Alfred na widok choinki:

Turniej Czterech Skoczni wygrał potomek infantylnego pięćdziesięciolatka, który w roli zabobonnego fetyszysty czulił się na oczach świata do zabawkowego prosięcia. Istnieje spora szansa, że entuzjastycznego tatusia, podczas letnich zawodów na igielicie, ujrzymy ze szczoteczką do zębów na sznurku w charakterze ukochanego, ezoterycznego Azorka. Stanowczo wybieram, godne spadkobierców duchowości śródziemnomorskiej, przeżegnanie się naszych górali w chwili ekstremalnej.

Wiecie, jak się teraz czuję? Wiecie? Jak siedmioletnia córka Melchiora Wańkowicza, która po lekturza Pana Tadeusza wybuchnęła płaczem, wołając (cytuję z pamięci, więc może niedokładnie): Tatusiu, ja już nigdy nie będę pisać wierszy! Ja nie wiedziałam, że takie piękne rzeczy są na świecie!

Obiecałam Wam piękno i dobro - i słowa pilnie dotrzymuję. Zgadzam się z Januszem Józefowiczem, mężem Nataszy, że naród polski schamiał i nie umie docenić prawdziwej Sztuki. Ja doceniłam. Ba, ja obejrzałam kilkanaście razy. Z niesłabnącym zachwytem.

Rozumiem, że publiczność niewyrobiona, świeża - całości nie wytrzyma, zbyt wiele wrażeń, emocji. Dla tych młodych i wrażliwych - dobrzy ludzie przygotowali wersję skróconą, taki bryk, ściągę, streszczenie. Polecam.

I ostatnia wspaniała wiadomość dziś - Jan Pospieszalski, znany również w pewnych kręgach, jako "Świętszy od świętego Jana" - strzelił tak pięknego Focha, że mogę tylko smętnie zwiesić głowę i przyznać - ja tak nigdy nie będę umiała. Nawet trenując przez dekady. Z tym się rodzisz i umierasz.

fochity Foch!Fochity Foch!

Na koniec mam do powiedzenia tylko jedno: Kiedyś ucieknę. W jedno z takich miejsc. Może potrzebują tam pokojówek?

Zdjęcie: Patrick WilliamsZdjęcie: Patrick Williams

A zanim to nastąpi - ja tu jeszcze wrócę. To pa.

Więcej o: