Melancholijny pornosek - o "Nimfomance" Larsa von Triera i o penisach w kinie

Lars von Trier działa mi na nerwy. Działa na nie na różne sposoby. Czasem po prostu mnie straszliwie drażni, czasem tylko trochę irytuje, zachwycając jednocześnie, innym razem sprawia, że już nigdy nie spojrzę na cegłę bez wzdrygnięcia.

To w zasadzie dla twórcy komplement, bo chyba najgorsze co może mu się przydarzyć, to gdy w założeniu artystyczne dzieła spływają po odbiorcach jak woda po kaczce. Jeśli więc wyznam, że „Nimfomanka - Część 1” mnie wnerwiła to pan Lars powinien uśmiechnąć się z zadowoleniem, bo jego zamiarem niewątpliwie jest wnerwiać. Ale on chce wnerwiać szokując, a w tym filmie to, co miało być szokujące wywołuje we mnie jedynie ciche „aha”. Czy jestem tak znieczulona i opatrzona z pornografią, że mnie to nie rusza? To nie takie proste. Mnie irytuje dosłowność w sztuce. Nie rozumiem, dlaczego w niektórych spektaklach teatralnych aktor musi przemierzyć scenę z wackiem na wierzchu, bo to jest wyznacznik artyzmu, twórczego poświęcenia, absolutu i cholera wie, czego jeszcze. I w „Nimfomance” jest podobnie: skoro jest o seksualności, to musi być akt pokazany z całą dosłownością? A to wszystko poprzeplatane z czułymi (choć pełnymi dziwnego napięcia - tatuś ma specyficzny, niepokojący uśmiech) scenami spacerów dziewczynki z ojcem, który uczy ją kochać przyrodę oraz moralitetową wycieczką o wędkowaniu.

Tata dla mnie niejednoznaczny Tata dla mnie niejednoznaczny

Może to dlatego, że o tym filmowym traktacie o kobiecej seksualności było głośno zanim jeszcze w ogóle zaczęto kompletować ekipę. Von Trier miał już na koncie interesujące wynurzenia na temat Holokaustu, zaczęto coraz więcej mówić o filmie, w którym aktorzy naprawdę będą uprawiać seks, a świat dzięki tej wielkiej przypowieści pojmie wreszcie, jak to jest z tym seksem i kobietami.

Nie bez powodu nazywam ten film melancholinym pornoskiem. Pornoskiem jest z przyczyn oczywistych: jest wiele momentów, gdy pan panią na różne sposoby; mamy też kilka ujęć, których dotąd (z mikroskopijnymi wyjątkami) raczej w kinie nie było (tzn. były jedynie w specjalnych kinach).

Możemy sobie zobaczyć akt seksualny tak dosłownie, jak to zazwyczaj było przyjęte jedynie w określonych produkcjach, na pewno nie tych trafiających do szerokiej dystrybucji kinowej. W „Nimfomance” występuje również seks oralny, analny i masturbacja w miejscach publicznych - więc wątpliwości, czy jest to film o seksie nie ma. Oczywiście działa na wyobraźnię pytanie, jak oni to tak nakręcili, że to tak prawdziwie wygląda? Czy to gra czy to się działo przed kamerami naprawdę? Oliwy do ognia dolał Shia LaBeouf opowiadając o castingu (ponoć miał wysłać swoja seks-taśmę i fotę przyrodzenia do reżysera) i scenach prawdziwego seksu, za co potem dostał burę od producentów (co było moim zdaniem, li i jedynie, ustawką dla podbicia zainteresowania).

Shia z maszyną między nogamiShia z maszyną między nogami

I co jednak jest w kinie pewnym zaskoczeniem, męskie narządy w stanie bynajmniej nie spoczynku - szacun dla aktorów, bo to jednak daleko posunięte (też!) wejście w ich intymność. Co mnie z kolei skłoniło do przemyśleń, że o ile biusty już w kinie nie zaskakują, waginy jednak wciąż rzadko, ale się pojawiają (choć np. w „Wilku z Wall Street” parę nagich cipek na ekranie miga), to penisy w stanie wzwodu jednak należą do rzadkości.

Pornosek jest jednak melancholijny, a to z bardzo prostego powodu. Charlotte Gainsbourg zeszła z planu „Melancholii” (i „Antychrysta”), weszła do charakteryzatorni, gdzie zrobili jej parę siniaków i zadrapań, i poszła prosto na plan „Nimfomanki”. Ja nie twierdzę, że ona jest złą aktorką. Ale ona jest taką samą aktorką w każdym kolejnym filmie, nie musi być to w zasadzie von Trier. To pewnie z powodu jej dość charakterystycznej fizjonomii i sposobu artykulacji. Niemniej irytuje mnie jej maniera coraz bardziej. Ale i tak obejrzę każdy kolejny film z jej udziałem, a co.

Melancholijnie jest również w leśnych, spacerowych sekwencjach, które wydają się być jedyną normalną przestrzenią życia bohaterki (czytaj: z drzewami i trawą nie spółkuje). Nawet leżąc obita w łóżku, opowiadając historię starszemu mężczyźnie, który zaoferował jej pomoc wydaje się być dziwnie podminowana. Oczywiście powodem może być fakt, że padła ofiarą przemocy, ale mam silne przekonanie, że stoi za tym coś zupełnie innego. Może wyjaśni się to w drugiej części.

Stacy Martin jako młoda Joe (z prawej) w konkursie Stacy Martin jako młoda Joe (z prawej) w konkursie "Kto przeleci pana z pierwszej klasy"

Bohaterka cierpi na tytułową przypadłość. Mówi o sobie, że jest złą osobą, bo krzywdzi ludzi, czerpiąc satysfakcję z kolejnych, idących w nawet nie dziesiątki a setki, zbliżeń, a nie licząc się absolutnie z uczuciami partnerów czy osób trzecich, na których jej poczynania również mają wpływ. Przy czym trudno powiedzieć, czy jest z siebie zadowolona, czy po prostu traktuje swe działania z dozą emocji podobną do tej, która towarzyszy obieraniu ziemniaków (jako młoda Joe - w tej odważnej roli Stacy Martin), czy też potwornie sobą zniesmaczona (jako dorosła, opowiadająca tę historię osoba - Charlotte Gainsbourg).

Co trzeba powiedzieć głośno i wyraźnie, bo w obliczu golizn rozmaitych, może umknąć w recenzyjnym wirze: warto ten film obejrzeć dla Umy Thurman. Scenę z jej udziałem wycięłabym i puszczała jako osobny film krótkometrażowy. Jest doskonała, wspaniała, sugestywna, świetna - i scena, i Uma.

Gdyby ten film zrobił mało znany reżyser, który debiutowałby tak odważnie prezentując genitalia w akcji, powiedziano by mu, żeby spadał na drzewo, bo jeśli mu się zdaje, że takimi zabiegami coś ugra, to jest w błędzie. Ale gdy pojawia się stary wyga od trudnych tematów z łatką eksperymentatora, nie pozostaje nic, jak się zachwycić. Mnie „Nimfomanka” nie zachwyciła, ale dam sobie jeszcze szansę na szczery zachwyt: za trzy tygodnie premiera drugiej części. Jeśli tam pojawi się coś więcej niż samobiczująca się swą opowieścią Charlotte Gainsbourg, jeśli pojawią się jakieś wnioski do tych tkniętych w pierwszej części tematów (samotność, niemożność spełnienia uczuciowego, które by szło w parze z erotycznym), jeśli będzie coś więcej niż metafory o wędkowaniu i dużo kopulacji na cały ekran, to ogłoszę wszem i wobec, że coś w tym filmie jest. Po pierwszej części - niestety nie jest mi łatwo.

Rozmowa (też) o wędkowaniuRozmowa (też) o wędkowaniu

Jest kilka wątków, które pozostawiają szerokie pole do interpretacji i które, znając życie, nie zostaną w żaden sposób wyjaśnione. Dzięki temu szereg recenzentów odwoła się do wielkich filozofów oraz trudnych zjawisk społecznych. Nie uważam, że trzeba kawę na ławę. Wiem, że kino artystyczne rządzi się swoimi prawami. Ale nie uważam, by ten film powiedział więcej niż „Intymność” czy „Ostatnie tango w Paryżu”, a także szereg innych filmów traktujących o seksualności w ogóle, w szczególe i niedosłownie.

Czekam na drugą część z dwóch powodów. Chcę poznać odpowiedź na pytanie „po co to wszystko?” oraz popatrzeć na Willema, bo w tej części jeszcze nie doszedł (do głosu)...

Czy Willem dostanie cegłą?Czy Willem dostanie cegłą?

Więcej o: