Noc jest przyjaciółką matki - wywiad z Dorotą Smoleń

Szansa na to, aby dwie bardzo zajęte matki spotkały się twarzą w twarz jest nikła - zwłaszcza jeśli mieszkają w różnych miastach. Dlatego mój wywiad z Dorotą Smoleń, pomysłodawczynią akcji "Macierzyństwo bez lukru", to efekt wymiany maili, pisanych nocą, bo tylko wtedy jest czas. To jedna z prawd o macierzyństwie - bez lukru, ale i bez martyrologii - które nam się podczas tej rozmowy ujawniły.

"Macierzyństwo bez lukru" jest frazą, która - mam wrażenie - już weszła do języka, funkcjonuje w oderwaniu od tego projektu. Czujesz dumę? Skąd ta nazwa się wzięła?

DOROTA SMOLEŃ: Pewnie, że jestem dumna, że udało mi się wymyślić coś tak chwytliwego, że wszyscy to chętnie powtarzają, ale jednocześnie trochę mnie to irytuje, bo jednak „Macierzyństwo bez lukru” wymyśliłam w bardzo konkretnym celu: żeby pomóc ciężko choremu Mikołajkowi. Chwilami ten cel kompletnie się zatraca, np. podczas naszego ostatniego występu w Dzień dobry TVN, gdzie zaproszono naszych przedstawicieli, autorów najnowszej antologii i nawet jedno słowo o Mikołajku nie padło. Moją irytację trochę tłumi fakt, że najważniejsze to zainteresować antologią i wówczas potencjalny czytelnik, który kupi e-booka, i tak pomoże chłopczykowi, nawet nieświadomie.

Pomysł na tytuł akcji przyszedł mi do głowy tak samo niespodziewanie, jak pomysł na samą akcję, to był impuls: dowiedziałam się o chorobie Mikołajka, o potrzebie szybkiego zebrania funduszy, by rodzice mogli go jak najszybciej zabrać ze szpitala do domu i pomyślałam, że mogę zrobić coś więcej niż tylko wpłacić parę złotych. Pomysł na antologię tekstów blogerów przyszedł mi do głowy bardzo szybko, po konsultacjach z przyjaciółką Anią doszłam do wniosku, że musi mieć ona konkretny temat, a skoro tak, to coś, o czym sama mogę pisać bez końca - macierzyństwo. Ale nie słodko-różowe pitpilenie o malusich stópkach, a pisanie o tym, jak jest, bez mdlącej słodyczy, ale i bez martyrologii. A że macierzyństwo nie jest pastelową krainą puchatych owieczek z waty cukrowej, każda matka wie najlepiej, tylko czasem głupio się przyznać w towarzystwie, kiedy inne mamusie pieją hymny pochwalne na temat swoich genialnych dzieci i nie mają z nimi żadnych problemów.

Żeby było jasne: malusie stópki własnego dziecka są najsłodsze na świecie - dopóki nie zaczynają śmierdzieć. Tu chodzi o zeskrobanie z macierzyństwa warstwy mitów, stereotypów, społecznych oczekiwań i reklamowego lukru, żeby matka mogła odetchnąć pełną piersią i być taką, jaką chce być, a nie taką, jak uważa, że powinna.

Wraz z pierwszą antologią, dodaną jeszcze do Czasu Kultury, ruszyła cała lawina nowego dyskursu - o macierzyństwie zaczęło się mówić inaczej, kwestionować pewne "dogmaty", np. tradycyjny model Matki Polki albo fałszywy obraz matki idealnej rodem z reklamy. Czujesz, że coś faktycznie się przez te kilka lat zmieniło, czy to jeszcze za wcześnie?

Generalnie jest tak: skoro jesteś matką i nie piejesz z zachwytu nad tym faktem, to jednak jesteś lekko podejrzana, a może nawet powinnaś się leczyć. Może masz depresję? Mnóstwo błota wylało się na nas w serwisie latte24.pl, gdzie prowadziłyśmy równoległego bloga „Macierzyństwo bez lukru”, a uczestnicy dyskusji byli często z pokolenia naszych rodziców. Ja wiem, że jak ktoś odmaczał z kup pieluchy tetrowe, to pampersy uważa za ósmy cud świata i nie rozumie, jak mając takie udogodnienie (oraz pełne półki sklepowe) można w ogóle narzekać na macierzyństwo, ale pokazuje to najdobitniej jak zupełnie inny jest punkt widzenia naszych dwóch pokoleń: 30-40 lat temu podstawowym problemem było zdobycie artykułów pierwszej potrzeby, ubranie i nakarmienie dzieci, dziś środek ciężkości w dyskusji o byciu matką czy ojcem przesuwa się na zupełnie inne pola. Wychowywanie dzieci stało się bardziej skomplikowane, ale to dobrze, bo np. lanie nie jest już oficjalnym środkiem wychowawczym, niezbędnym szczególnie w rozwoju chłopców, bez którego dziecko nie wyjdzie na ludzi. Coraz więcej mówi się na temat reklam fałszujących rzeczywistość, ale z drugiej strony nic się w tych reklamach nie zmienia, jak było słodko-mdląco-oszukańczo, tak nadal jest. Myślę, że jeszcze długa droga przed nami.

Co Twoim zdaniem jest najważniejsze w Macierzyństwie bez lukru? Wymiar charytatywny? Nutka buntu? Odkrywanie literackich talentów na blogach?

Dla mnie osobiście najważniejszy jest wymiar charytatywny akcji, bo zdobycie pieniędzy na rehabilitację Mikołajka jest tu nadrzędnym celem, ale to nie jest akcja typu „wpłać i zapomnij”. Chcę, by nasze antologie pobudzały do refleksji, zachęcały do dyskusji i do przyjrzenia się współczesnemu rodzicielstwu. Chcę, by w tej dyskusji odnalazły się nie tylko matki zaangażowane bez reszty, ale i te, którym dzieci nie przesłaniają całego świata, które chcą się realizować poza macierzyństwem, a czują ogromną presję, że powinny jednak oddać się całe rodzinie. Nasza akcja jest też buntem wobec stereotypów w stylu „siedzisz w domu z dziećmi, nic nie robisz”, czy „jesteś wyrodną matką, bo dziecko oddajesz obcym ludziom i wracasz do pracy po macierzyńskim” i wielu innych. Nasze autorki pięknie rozebrały je na czynniki pierwsze w drugim tomie antologii, poświęconej właśnie macierzyńskim mitom.

W trzecim tomie antologii mocniej do głosu dochodzi ojcostwo. Ojciec jest zagubionym elementem rodzicielstwa? Jak to jest z tym ojcostwem, czy ono też jest "bez lukru"? Czy ojcowie muszą się jakoś zredefiniować?

Współcześni ojcowie nie mają łatwo, bo wymaga się od nich zupełnie innych zachowań, niż od ich ojców, choć i tak mają łatwiej od matek. Matka, która chce wyjść z pracy o 16.00, żeby zdążyć na jasełka w przedszkolu jest postrzegana jako niedyspozycyjna, ojciec w tej samej sytuacji jest obiektem podziwu. Matka, która przynosi dziecko na szczepienie to norma, na widok ojca z niemowlęciem zlatuje się cały personel przychodni (dopytując z lekką przyganą, gdzie jest matka). Matka niosąca dziecko w chuście może najwyżej usłyszeć, że je udusi, za ojcem oglądają się wszyscy, szczególnie młode kobiety z uśmiechem i wyraźną fascynacją na twarzach. Itd., itd. O oczekiwaniach wobec ojców trafnie napisał Łukasz Kielban we wstępie do trzeciego tomu antologii. Nadeszła epoka ojców zaangażowanych, widocznych obok dzieci częściej niż na niedzielnym spacerze, choć nikt nie mówi, że jest łatwo - ojcom nie jest łatwo mocniej się zaangażować, bo dla nich jednak najważniejsza jest praca zawodowa, a matkom często nie jest łatwo ich do tego przekonać. Jeszcze jednym w miarę niekłopotliwym dzieckiem prawie każdy ojciec jest w stanie się zająć, ale z dwójką jest już gorzej, bo konieczna jest osławiona podzielność uwagi, której faceci nie mają (albo przyjęło się, że nie mają, bo tak jest im wygodniej). Na szczęście współczesne dzieci potrafią jasno komunikować swoje oczekiwania i domagać się od ojca poświęcania im czasu. To działa dużo lepiej, niż marudzenie żony „A wziąłbyś i zagrał z nimi w chińczyka!”.

Dorota Smoleń/ fot. Agnieszka RzymekDorota Smoleń/ fot. Agnieszka Rzymek

Twój przekaz dla matek jest niesamowicie pozytywny - tytuł twojej książki "Mamo, dasz radę", to kwintesencja tego co potrzebne jest młodej matce - psychicznego wsparcia. Miałaś, masz takie wsparcie? Czego Ci, jako matce, brakuje?

Dawno, dawno temu, kiedy miałam tylko jednego syneczka, żyłam na różowym obłoczku, zakochana bez pamięci w dziecku, pięknym, mądrym, uśmiechniętym, pracując zawodowo i codziennie gotując dwudaniowe obiady z deserami. Spadłam z obłoków z donośnym hukiem, kiedy urodził się drugi syneczek (naturalnie równie piękny, mądry i uśmiechnięty) i kiedy trzeba było pogodzić te dwa światy, dwulatka i noworodka. Wtedy zabrakło kogoś, kto powiedziałby mi wprost: słuchaj, nie musisz udowadniać, że jesteś super, skorzystaj z pomocy, nie męcz się tak. Ale nie! Musiałam być najlepsza! Musiałam pokazać wszystkim! Sobie udowodnić! Zagryźć zęby, nikomu się nie przyznać! I pewnie dlatego tak źle wspominam ten pierwszy rok z dwójką dzieci. Po roku w końcu odpuściłam i od razu poczułam się lepiej. Ilekroć rozmawiam z moją Mamą o tym, co mnie boli, mówiłam, jak mi ciężko, słyszałam: „Wiem córciu jak jest, rozumiem, też tak czułam” - a nie licytację, kto ma gorzej (a ma się czym licytować, bo miała troje dzieci, męża w permanentnej delegacji i przez pierwszych 10 lat mojego dzieciństwa nosiła węgiel do pieca i wodę ze studni). Rozmawiam z innymi mamami, z dziewczynami, co do których jestem pewna, że dobrze mi życzą, a nie czekają na moje potknięcie, żeby je oplotkować. Odnalezienie takiej kobiecej wspólnoty doświadczeń to bardzo ważna sprawa.

Zastanawiam się, czego mi brakuje jako matce, teraz, gdy moje dzieci mają już 6 i 8 lat, a trzecie urodzi się lada dzień. Chyba mam już wszystko. Wspaniałe, nieco odchowane dzieci, trochę czasu dla siebie, ekscytującą perspektywę towarzyszenia kolejnemu dziecku w drodze od maleńkości do świadomego człowieka i cudowną świadomość, że nieco już w macierzyństwie okrzepłam i nie jest tak łatwo zbić mnie z pantałyku. Kiedyś na pytanie „a czy ty nie masz aby za mało pokarmu?” wpadałam w panikę, bo może rzeczywiście, teraz zbyłabym pytającego prychnięciem, zachęcając go dobitnie, by zajął się swoimi sprawami.

Nie jesteś tylko teoretyczką macierzyństwa - spodziewasz się właśnie kolejnego dziecka. Jak łączysz swoją niesamowitą aktywność na różnych polach z wychowywaniem dzieci? Masz dla nich czas? Masz czas dla siebie? Da się to harmonijnie łączyć, czy matka zawsze ma tę kołderkę z którejś strony za krótką?

Wiesz jak jest - zawsze jest coś za coś, nie da się złapać wszystkich srok za ogon. Staram się trzymać priorytetów - przedpołudnia są dla mnie, popołudnia dla dzieci, choć nie jest tak, że wracają ze szkoły i z przedszkola, a ja krążę wokół nich jak satelita, dopóki nie zasną. Lubię czasami z nimi zagrać w jakąś planszówkę, albo coś im poczytać, ale uważam, że po to mam dwoje dzieci z małą różnicą wieku, żeby się zajmowały sobą nawzajem. Teraz to cudownie procentuje, każdego dnia gratuluję sobie tamtej decyzji, choć nie zapominam, ile mnie to kosztowało. Nie wiem, czy jestem niesamowicie aktywna - ciąża dobiega końca, miałam napisać w tym czasie nową książkę, a ja się przebujałam te kilka miesięcy z serialami, lekturami i szydełkiem i nawet nie skończyłam dziergać serwety na stół, jeszcze kilka okrążeń mi zostało. Lubię wieść niespieszne, leniwe życie, ale szczęśliwie potrafię się zmobilizować, kiedy trzeba (a kiedy nie trzeba jak się ma dzieci!). No i nie da się ukryć, że mogę żyć tak jak żyję dzięki mężowi, który dźwiga główny ciężar utrzymywania rodziny, ale nie jest to postawa wiernopoddańcza, bo mam świadomość, że z kolei mąż może oddawać się karierze zawodowej dzięki temu, że ja ogarniam całe zaplecze domowo-dzieciowe i dzięki temu nasza rodzina funkcjonuje całkiem nieźle.

Piszę pytania do Ciebie siedząc w sypialni w fotelu i patrząc jak moje córki zasypiają, trzymając się za ręce. Czy też będziesz odpowiadać nocą? Nocne życie matek tak wygląda - kiedy dzieci śpią, matki biorą się do roboty?

Odpowiadam nad ranem, o 4.00 obudziły mnie skurcze przepowiadające, ciężko z nimi wyleżeć, więc wstałam, zaparzyłam sobie rumianku i piszę, siedząc na piłce. Kiedy dzieci były mniejsze, pisałam głównie po nocach, przy desce do prasowania układałam notki na bloga, nocami opracowywałam pierwszy tom „Macierzyństwa bez lukru”, szlifowałam kolejne rozdziały „Mamo dasz radę!”. Noc jest przyjaciółką matki, szkoda tylko, że zostawia ślady na twarzy.

* Dorota Smoleń, dziennikarka, blogerka, koordynatorka akcji charytatywnej „Macierzyństwo bez lukru”, autorka bloga od-rana-do-wieczora.blog.pl i książek „Mamo dasz radę!” (Pestka 2011), „Jaś Pierwszoklasista i Połykacz Liter” (Bliżej Przedszkola 2013), współautorka książki „Sześciolatki w szkole” (Bliżej Przedszkola 2013).

Więcej o: