"Veronica Mars" - najbardziej wyczekiwany (przeze mnie) film 2014 roku

Ze wszystkich rzeczy, na które czekam w tym roku i które pewnie się nie wydarzą (trasa koncertowa Bowie'go*?) jest jedna, której jestem pewna - film o Veronice Mars. Czekam na niego od siedmiu lat. 14 marca będzie premiera. Trzymajcie kciuki, by film był tak wielki, jak moje oczekiwania.

Napomykałam już kiedyś o mojej miłości do blondwłosej panny detektyw. Serial "Veronica Mars" należy do ścisłej czołówki moich "najlepszych z najlepszych" - gdzieś obok "Twin Peaks", "The Wire" i "Firefly". Tak, poprzeczka stoi wysoko, ale Ronnie daje radę i przeskakuje ją na luzie. Nawet jeśli opis wydaje się mało zachęcający - nastoletnia detektywka w amerykańskim liceum? pffff - to efekt rzuca na kolana.

Plakat promujący film/Warner Bros PicturesPlakat promujący film/Warner Bros Pictures

Świetna główna bohaterka, jej niezwykle ciekawe i skomplikowane relacje z otoczeniem i wynikająca z nich galeria fantastycznych postaci drugoplanowych (Keith Mars, Logan, Wallace, Weevil... - długo, by wyliczać), kryminalne zagadki, które nie mają w sobie nic infantylnego, nawet jeśli dotyczą realiów szkolno-studenckich (bo Veronica przez trzy sezony skończyła szkołę średnią i zaczęła wyższą edukację) a do tego przezabawne, najeżone sarkazmem dialogi oraz milion filmowych odniesień do klasyki kina noir - to wszystko sprawia, że oglądanie "VM" jest wielką przyjemnością. Którą powtarzam sobie raz na rok-dwa. Bo tęsknię, zwyczajnie tęsknie za tą śliczną, bystrą i wredną małolatą. I za Loganem (dobry zły chłopak - ideał!). I za wzruszeniem, które czuję zawsze, gdy słyszę ten kawałek Dandy Warhols.

Ostatnio taki maraton przez trzy sezony odbyłam rok temu - tuż po tym, jak Rob Thomas, twórca serii ogłosił zbiórkę na Kickstarterze. Zbiórkę kasy na pełnometrażowy film, czyli coś na co czekaliśmy (my - fani) od 2007 roku.  „Veronica Mars” to bowiem jedna z tych kultowych telewizyjnych produkcji – jak „Firefly”, „Arrested Development” czy „Deadwood” – które cieszą się niesłabnącą miłością fanów rozżalonych zdjęciem z anteny ukochanego programu. Gdy stacja CW w 2007 roku niespodziewanie anulowała „Veronikę” oburzeni widzowie zasypali siedzibę telewizji przesyłanymi na znak protestu batonikami Mars. Nigdy też nie przestali fantazjować na temat dalszych losów ulubionej bohaterki, zwłaszcza, że istnieje rozbudzająca wyobraźnię zapowiedź czwartego sezonu, który nigdy nie został zrealizowany. O możliwości powstania filmu przebąkiwano już wcześniej, jednak właściciel prawd do tytułu Warner Bros nie kwapił się z jednoznaczną deklaracją.

Dlatego, gdy tylko zaświtał promyk nadziei w postaci zbiórki funduszy na rzecz filmowej produkcji o Veronice fani tłumnie wsparli projekt (postulowane 2 mln dolarów zebrano w 12 godzin - ostatecznie masowa ściepa przyniosła sześć baniek). Byłam w tym tłumie, dlatego należę do szczupłego grona stu tysięcy osób z całego świata, które dostają od Roba Thomasa maile, zaczynające się od wesołego powitania "Gang". Fajnie być w takiej paczce, nie powiem. Zawsze świeże newsy, premierowy dostęp do materiałów takich jak trailery, czy plakaty i to poczucie familiarności, autentycznego kumpelstwa. Bo jakoś tak się składa, że zarówno Rob, grająca Veronikę Kristen Bell jak i reszta obsady (Ryan Hansen - wielkie, wielkie serduszko) to ludzie cudownie bezpośredni, serdeczni i obdarzeni wielkim poczuciem humoru. Wiadomości od nich zawsze wywołują mój uśmiech i mają moc wyciągania z najgłębszego doła. Nie mówiąc o tym, jak znakomicie budują tę atmosferę oczekiwania...

List od Roba ThomasaList od Roba Thomasa

Czekam więc z drżeniem serca. Czy będzie tak dobrze jak w serialu? Tak zabawnie, mądrze i zaskakująco? Czy uda się nadrobić te stracone lata, czy Veronika gładko wskoczy w dorosłość, czy intryga nie będzie naciągana? No i kto w końcu? Logan (#TeamLogan), czy Piz? Och, bo że się spikną z Loganem, to chyba jasne, prawda? Przecież nie przestała go kochać, dajcie spokój (ja nie przestałam!). Zwiastun, który widziałam już jakieś dwieście razy budzi tyleż nadziei, co niepokoju. na razie znaki na niebie i ziemi (Nagroda magazynu "Variety", premiera na SXSW) wskazują, że będzie dobrze i jak najlepiej, ale wiadomo przecież, że nie ma nic gorszego niż zawiedzione oczekiwania i nadzieje. Choć panna Mars nigdy jeszcze mnie nie zawiodła.

Czekam więc, osładzając sobie udrękę niepewności trzecim sezonem "Kłamstw na sprzedaż", w których Kristen Bell gra jedną z głównych ról. I jest prawie tak cudownie twarda, mądra i piękna jak Veronica. No to oby do wiosny!

*Każda okazja jest dobra, by wspomnieć o Davidzie Bowie. Zwłaszcza, że mogę podzielić się zabawna anegdotką, o tym jak zostałam strollowana przez własną, rodzoną matkę. Mama zadzwoniła do mnie w sobotę (wsiadałam właśnie z dziećmi do metra, wszystkie ręce zajęte - grunt to perfekcyjne wyczucie czasu) z pytaniem: "Czy MAM JUŻ bilet na koncert Davida Bowie". Pytanie przyprawiło mnie o zawał, bo jaki koncert, gdzie, kiedy?! Przecież nie ogłosił żadnej trasy koncertowej, śledzę te newsy codziennie, do kroćset - jak mogłam coś takiego przeoczyć! Mama zupełnie niezrażona moją nabrzmiewającą histerią stwierdziła, że właśnie słyszała w radio, że koncert będzie w Poznaniu i żebym lepiej szybko kupiła sobie ten bilet, bo na pewno zaraz znikną. Czy rozgrzałam mój telefon do czerwoności próbując ustalić fakty? Załóżcie się. Po godzinie, mając pewność, że żadnego koncertu nie ma, dzwonię do mamy, która (nadal zupełnie niewzruszona faktem, że ja tu cierpię i umieram) rzuciła lekko: "Hmm, może się przesłyszałam". Po trzech minutach dostaję smsa o treści: "A może to chodziło o Backstreet Boys? Też grają w Polsce..."

ARRRRRRGGGGGGHHHHHH!!!

Więcej o: