"Detektyw" przybył i nie rozczarował. Ten serial może być hitem roku

Pragnęłam tego serialu, jak kania dżdżu. To, co dostałam w zamian za długie oczekiwanie, jest najlepszą nagrodą jaką można sobie wyobrazić. Nowy serial HBO, Detektyw, ma wszelkie szanse okazania się moim hitem roku. A zważywszy na to, że piszę te słowa w styczniu, możecie być pewni, że mój zachwyt jest ogromny.

Po ostatnich premierach zimowego sezonu, bałam się strasznie. W ramach rozgrzewki obejrzałam bowiem pierwszy odcinek nowej serii oczekiwanego przeze mnie Banshee i, niestety, dostałam spazmów. Znakomity pierwszy sezon sprawił, iż miałam ogromne oczekiwania i rozczarowanie także jest ogromne. Ufam jednak, że wszystko się jeszcze zmieni. Jeżeli macie odwagę zaryzykować, możecie obejrzeć ten odcinek tutaj.

Do tego wszystkiego doszedł jeszcze Sherlock, którego oglądałam do tej pory z ogromną radością, ale ostatni sezon zawiódł potężnie moje nadzieje. Dlatego do premiery tak oczekiwanego przeze mnie kolejnego serialu podchodziłam jak pies do jeża. Na szczęście Detektyw wynagrodził mi wszystko.

Zacznę od dobrej wiadomości - pierwszy odcinek Detektywa można obejrzeć online (bez abonamentu i logowania), na stronie HBO GO - poprowadzi Was do niego kliknięcie w obrazek poniżej. Możecie porzucić lekturę już w tym momencie i udać się na seans - na pewno Wam to wybaczę, a nawet gorąco zachęcam. Zawsze możecie do mnie wrócić. Jednak jeżeli jesteście ciekawi opinii jeszcze przed obejrzeniem, a nie chcecie czytać spoilerów - poczytajcie jeszcze trochę, bez obaw. Ostrzeżenie przyjdzie w porę.

mat.HBO

O fabule serialu pisałam już wcześniej, skupię się zatem na wszystkim, czego dostarczył mi pierwszy odcinek. Krytyk ze mnie raczej słaby, nie umiem porównywać, oceniać bez emocji, zatem sobie pofolguję. Gdyż emocji było sporo, a zaczęły się już przy doskonalej czołówce. Być może nie wypada się skupiać na takim szczególe - wszyscy doceniali znakomite intro do True Blood, a wiadomo, co z tego wszystkiego wyszło. W Detektywie to idealna zapowiedź tego, co przyniesie kolejna godzina. No i muzyka... Już po pierwszym obejrzanym trailerze miałam wielkie nadzieje (Alex Clare!) - teraz zaspokojono moje potrzeby doskonale i z utęsknieniem czekam na więcej. Utwór z czołówki, to "Far from any road" zespołu The Handsome Family. Chcecie więcej? Koniecznie posłuchajcie zatem "Young Men Dead" w wykonaniu The Black Angels.

Ekipa wykonała doskonałą robotę. Rewelacyjne zdjęcia, świetny sposób narracji i stopniowe wprowadzanie w klimat i opowieści i jej tła - zmurszałego miasteczka w Luizjanie. "To miejsce jest jak czyjeś wspomnienie o mieście. I to wspomnienie już blednie" - mówi w jednej ze scen Rust Cohle, jeden z bohaterów. I patrząc na krajobraz miasteczka, ujęty na tych niezwykle sugestywnych, nieco wygaszonych zdjęciach, nie sposób się z nim nie zgodzić. Zupełnie naturalnym zdaje się, że to właśnie w tym miejscu pojawi się Śmierć. I niekoniecznie mowa tu o zbrodni...

Ale wszystko po kolei. Może zatem nieco więcej o akcji. Spokojnie, tu też jeszcze nie będzie większych spoilerów.

Akcja serialu rozpoczyna się w 2012, obaj bohaterowie poddawani są przesłuchaniu, które dotyczy wydarzeń z lat dziewięćdziesiątych, kiedy to wspólnie prowadzili sprawę tajemniczego morderstwa. Cofamy się zatem w czasie i poznajemy młodsze wcielenia obu policjantów. A różnica może zaskoczyć. Gładki, dobrze ubrany i z pozoru spokojny Rust Cohle, w niczym nie przypomina człowieka, którego widzimy na samym początku. Zamysł genialny, zwłaszcza gdy poświęcimy się porównaniu wcieleń drugiego bohatera. Marty Hart wydaje się być nietkniętym przez ząb czasu. Ale czy ta powłoka nie będzie myląca? Odpowiedź na to pytanie poznamy dopiero po obejrzeniu wszystkich ośmiu odcinków serii. Skąd mam pewność? Stąd, że Detektyw będzie serialem nietypowym, choć konwencję znają już wszyscy ci, którzy poznali serial American Horror Story. Każdy sezon będzie opowiadał inną historię i miał innych bohaterów. W odróżnieniu od AHS, będzie jednak (prawdopodobnie) zawsze miał zmienioną obsadę. Patrząc na pierwszy zestaw zastanawiam się, czy da się go w jakikolwiek sposób przebić. Bo Harrelson i McConaughey są po prostu rewelacyjni.

True Detective

Dawno nie widziałam tak fenomenalnie obsadzonych ról, choć przecież w pierwszym odruchu (po przeczytaniu charakterystyk obu bohaterów) zastanawiałam się, czy nie powinno jednak być odwrotnie. Dlaczego? Bo Woody Harrelson gra tu człowieka, którego śmiało można określić tak prostym słowem jak porządny. Marty Hart jest dobrym policjantem, szanuje rodzinne wartości, jest chrześcijaninem. Ciężko zrozumieć mu trudnego w obejściu Cohle'a, który boryka się z własnymi problemami. Rozmowy dwóch panów pozwalają szybko zorientować się, jak ciężki orzech do zgryzienia ma Hart.

Rust: Kiepsko wypadam na przyjęciach... Marty: Poza przyjęciami też nieszczególnie.

Już same skojarzenia dają wiele do myślenia - Hart, czyż nie brzmi to nieco jak heart? Czy to jest ten bohater, który będzie w tym tandemie człowiekiem? Bo Rust, to przecież rdza. I tak właśnie jawi się bohater McConaughey. Młody, a już martwy, już naruszony, już zniszczony. A wiemy przecież od początku, że będzie tylko gorzej.

Nie mogę sobie już wyobrazić, że role mógłby odgrywać ktokolwiek inny. Ci, którzy mogą oglądać serial bez lektora, zakochają się też w akcencie obu bohaterów. Ta douszna przyjemność ma dla mnie niebagatelne znaczenie w odbiorze postaci.

Niestety, aby dać upust emocjom i wrażeniom, zmuszona jestem powiedzieć nieco więcej o wydarzeniach, które mają miejsce w pierwszym odcinku. Porzućcie zatem lekturę na wysokości obrazka lub dajcie zdradzić sobie kilka szczegółów. A jeżeli obejrzeliście już ten odcinek, powiedzcie mi, czy moje wrażenia i wnioski znajdujecie słusznymi.

Człowiek jest najokrutniejszym ze zwierzątCzłowiek jest najokrutniejszym ze zwierząt

Jak już wspomniałam, w 2012 policjanci przesłuchiwani są przez dwóch detektywów (jednego z nich gra Tory Kittles, aktor znany z roli w Sons of Anarchy, drugiego doskonały Michael Potts z kultowego The Wire), w sprawie wydarzeń z 1995. Podobno na skutek zamieszania spowodowanego huraganem Rita, zniszczone zostały akta tej sprawy. Nietrudno jednak zgadnąć, że chodzi tu o coś więcej, a końcówka odcinka nie pozostawia już żadnych pytań. Popełniono kolejne morderstwo, niezwykle podobne do tego, którym zajmowali się Cohle i Hart. Sytuacja jest jednak trudna, gdyż wszelkie znaki wskazują na to, że sprawca został przez naszych bohaterów ujęty wiele lat temu. Oczywistym zdaje się być zatem fakt, że pojawił się naśladowca. Czy tylko wydaje nam się, że Cohle będzie tu nie tylko informatorem, ale także podejrzanym? I czy nie mamy wewnętrznego przekonania, że to całkiem możliwe, nawet zakładając, że byłaby to przesadna oczywistość?

No właśnie - same sceny z przesłuchania są też wymowne. Obaj policjanci zeznają w tym samym pomieszczeniu, ale posadzono ich inaczej. Marty Hart widziany jest przez nas na tle okna, za nim cały czas coś się dzieje, jest w tym wiele dynamiki, jest jasno i współcześnie. Rusta posadzono na tle ściany, wyłożonej zmurszałą okładziną, widać tam pudła z aktami, starą maszynę do pisania, obraz jest statyczny, jedynym ruchomym punktem jest sam bohater. Wnętrze (nie)żywo przypomina te, sprzed lat. Czas stanął w miejscu. Przeszłość uciska. No i jeden mały szczegół, który ujmuje w niepokojący sposób. Kubek, do którego Rust strząsa popiół z wypalanych papierosów. Wielki, pękaty, z napisem BIG HUG MUG. Jedyne, co przypomina o tym, że wszystko dzieje się współcześnie, czy po prostu gadżet, który ma rozpraszać widza? Nie wiem, ale patrzyłam na niego co chwilę.

True Detective

Morderstwo z 1995 było spektakularne, zwłaszcza jak na tak zapomniane przez bogów i ludzi miejsce, jak senne południowe miasteczko. Nie ukrywam, uniosłam nieco brew, gdyż ofiara mordu była jak żywcem (niefortunne określenie) wyjęta z Hannibala, a przypominam, że ten serial bardzo mnie zawiódł. Szczęśliwie to chyba jedynie zbieżność, a plastyka sceny i obrazu wynagradza jednak początkowe przerażenie. Naga kobieta w koronie z jelenich rogów, otoczona tajemniczymi konstrukcjami, które wedle miejscowych legend mają odganiać diabła - motyw to znany, tu wykorzystany jednak chyba tylko ze względu na spektakularność. Zwodniczym może też być wątek dotyczący zaginięcia małej dziewczynki pochodzącej z miasteczka. Bo jak napisałam już wyżej, moim zdaniem to nie jest serial, który skupiać się będzie na zagadce kryminalnej.

Zło wychodzi tu poza krwawe wydarzenia. Zło i śmierć są tu wszędzie, a przede wszystkim w świecie widzianym oczami Rusta. Nie dziwi to, gdy poznajemy go bliżej. Rust to rozwodnik, którego małżeństwo rozpadło się po śmierci jego córki. Sam obrazek jego mieszkania, mówi o nim wiele. To ascetyczny pokój, w którym znajduje się jedynie materac do spania i masa książek z dziedziny kryminologii. Choć Rust jest ateistą, na ścianie powiesił krzyż. Jak tłumaczy - pomaga mu on skupić się na kontemplacji. Czego? To już pozwólcie wyjaśnić jemu. A opowie o tym doskonale, zmuszając Harta do wysnucia kolejnych wniosków na temat specyfiki nowego partnera.

True Detective

Jednak nie tylko na Cohle'u warto tu się skupić. Choć pozornie Marty Hart jest porządnym i rodzinnym człowiekiem, to czy na pewno jest tak czysty moralnie, jak nam się może wydawać? Szczęśliwa rodzina może być tylko fasadą. Zaintrygował mnie na przykład moment, w którym na posterunek wchodzi młoda kobieta, dostarczająca pudełko z dowodami, przeznaczone dla Harta. Ten wstaje od biurka i w dość znamienny sposób przygładza sobie krawat, a potem praktycznie bez słowa oddala się wraz z towarzyszką do zamkniętego pomieszczenia. Czy tylko wydaje mi się, że jego spojrzenie coś sugeruje? A może jestem tylko głupią panienką, która jest przewrażliwiona na punkcie oznak zdrady? Zobaczymy, podobnie jak przekonamy się zapewne, jaką tajemnicę kryje ujawniony w czasie przesłuchania fakt, iż obaj policjanci nie rozmawiają ze sobą od lat. Który z nich wycofał się z tej relacji i z jakiego powodu? Co się między nimi wydarzyło?

True Detective

Stąd także ten wniosek, że serial będzie o relacji. Nie tylko dwóch partnerów, ale także tej skomplikowanej - przeszłości z teraźniejszością. I przede wszystkim o tej, jaką człowiek ma z samym sobą. Poszukamy tu wraz z bohaterami odpowiedzi na pytania, o coś więcej niż tylko międzyludzkie okrucieństwo. Bo wychodzi na to, że największej zbrodni można dokonać na sobie samym. I mam szczerą nadzieję, że moje wrażenia mnie nie zwodzą, a serial nie zmieni się w typowy kryminałek, tyle że o wspaniałym klimacie. Ale na to moim zdaniem za dużo tu i pewnej filozofii - co bardzo ciekawe, sądy wygłaszane przez Rusta brzmią często tak, jakby mówił sam do siebie - i wrażenia, że wszystko, co widzimy jest szalenie ważne. Że każdy odcinek należy obejrzeć skrupulatnie, zwracając uwagę na tak drobne szczegóły, jak ten jeden cholerny kubek.

Wszystkie te detale, niewiarygodny spokój, z jakim rozwija się akcja, muzyka, te piękne zdjęcia... To wszystko składa się na produkcję, z jaką dawno nie miałam do czynienia. Czy tak spokojnie opowiadana, ale i przecież bogata nad wyraz opowieść może zamknąć się w ośmiu epizodach? Wydaje się to wręcz niewiarygodne. Polecam ten serial wszystkim, nawet tym, którzy być może nie mają ochoty skupiać się na emocjonalnym ciężarze, a tylko obejrzeć historię fascynującej zbrodni. Bo myślę, że choć w moim mniemaniu ma być ona tylko tłem, to i tak będzie satysfakcjonująca.

Cholera, strasznie się rozpisałam, co gorsza mogłabym tak jeszcze długo, liczę jednak na to, że będę mogła to zrobić w komentarzach i przy waszym udziale. Tak, wiem, to nie Klub Książki, ale może zechcecie podzielić się wrażeniami.

Obejrzyjcie ten serial. Warto, och, jakże warto.

W bonusie - materiał z planu, a także bardzo ciekawa strona dotycząca akcji serialu, na którą być może będziecie zaglądać częściej, jeżeli staniecie się wiernymi widzami. Czego Wam życzę.

Więcej o: