Dzieciaki, narty i wy. Kilka praktycznych porad w dziesięciu punktach

Jeśli jesteście jednocześnie narciarzami i rodzicami z krótkim stażem, ten tekst może się Wam przydać. Lakonicznych odpowiedzi na pytania kiedy wreszcie można wypchnąć własne potomstwo na dechy jest już sporo, a co z praktyką? Postaram się Wam opowiedzieć jak to było u nas i podpowiedzieć Wam jakieś dobre rozwiązanie.

Na początek przekażę Wam odpowiedź na to fundamentalne pytanie, które zawsze pada. Otóż sens istnienia... Żartuję, wiem przecież, że kwestią nurtującą niektórych świeżo upieczonych rodziców jest to, kiedy mogą zacząć uczyć swoje potomstwo jazdy na nartach. Odpowiedź udzielona przez doświadczonych trenerów i fizjoterapeutów brzmi: w wieku 4-6 lat. Dlaczego? Dziecko ma już całkiem nieźle przygotowany układ kostny i mięśniowy (tak mówią), z drugiej strony wciąż jest wystarczająco młode, by uczyć się przez zabawę, a potem zdążyć zostać mistrzem świata juniorów i tak dalej... No, to tyle z ważnych informacji, a teraz przejdźmy do tak zwanego rozwiewania wątpliwości.

1. Kiedy naprawdę zacząć? Wielu rodziców potrafi na tyle bacznie obserwować rozwój swoich dzieci, by wiedzieć, że jeszcze nie są gotowe. Nie dlatego, że mogą im się nogi połamać, a śnieg będzie taki zimny, góra zbyt wysoka, wyciąg taki szybki i narty, och, jakie one ciężkie. Nie mówię o rodzicach, którzy baliby się wypuścić dziewięciolatka do sklepu pod domem czy jedenastolatka na zieloną szkołę. Mówię o rodzicach, którzy widzą, że ich dziecko jeszcze nie ma wystarczająco dobrej kondycji, koordynacji ruchowej, nie umie utrzymać równowagi stojąc na jednej nodze i nie koncentruje się na prostych poleceniach. W dodatku nie ma ochoty poznawać nowych zabaw i w ogóle nie bardzo ma ochotę na jakiekolwiek przygody. Owszem, z takim dzieckiem można spróbować, porozmawiać wcześniej z instruktorem, wybadać grunt. Nie obiecujcie sobie zbyt wiele. Ślepa wiara w to, że pod wpływem charyzmy mistrza z nieporadnej kluseczki dziecko zmieni się w chwackiego zucha, niczego tu nie zmieni. Jeśli dziecku wyraźnie nie idzie nauka i brak mu ochoty do ćwiczeń, błagam, odpuśćcie sobie, a potem jemu (przynajmniej do następnego sezonu), zanim po wsze czasy znienawidzi narciarstwo czy jakiekolwiek sporty.

2. Kiedy my zaczęliśmy się uczyć jazdy na nartach? Dosyć szybko. Ja sama zadebiutowałam na stoku jako dwulatka. Mama nie patyczkowała się -  założywszy mi uprzednio małe, żółte plastikowe narty wywiozła mnie na szczyt Czantorii i zwyczajnie zjechała ze mną, trzymając między swoimi nartami. 28 lat później będąc po sąsiedzku, w Wiśle Malince, sama zabrałam swoją już trzyletnią córkę i postawiłam na oślej łączce pod Cieńkowem. W nartach. Wiedząc teoretycznie, że jest nieco za młoda. W praktyce, czułam, że poradzi sobie świetnie. Ambicje nie mają tu nic do rzeczy - te trzymam w ryzach. Po prostu młodsza córka od początku miała zamiar spróbować wszystkiego tego, co robił brat, była też dosyć zwinna i całkiem pojętna. Czułam, że jest gotowa. Przy okazji trafiliśmy na dobrego trenera.

Pełna gotowość bojowaPełna gotowość bojowa

3. Jak wybrać dobrego trenera? Należy zażądać prezentacji drzewa genealogicznego do czterech pokoleń wstecz, obdzwonić wszystkich jego krewnych i znajomych, sprawdzić średnią ocen jakie uzyskiwał na świadectwach z podstawówki, a potem zażądać zdradzenia nicka, jakiego używa do komentowania artykułów na onecie... Nie no jasne, że nie. Dobry trener musi przede wszystkim umieć złapać dobry kontakt z dzieckiem. Jeśli z miejsca się nie dogadują, poszukajcie kogoś innego. Czym innym jest ta pierwsza dziecięca nieśmiałość, która mija wraz z kolejnymi minutami na stoku, czym innym nadawanie na innej fali (totalny brak posłuchu, czy, w drastycznych przypadkach, kompletny brak siły przebicia ze strony instruktora).

4. A w ogóle, to po cholerę mi trener? Choćby po to, by dziecko słuchało, chciało podejmować nowe wyzwania, by nie miało wymówki, że mamo, oj weź, po co mam to robić, ej mamo, a może teraz pójdziemy na coś do picia, ej tato, serio? Muszę? Nie chcę, nie mam siły, boli, nudne, nieciekawe, nie takie, narty za długie, buty za czarne, klamry zbyt błyszczące, rękawiczki są takie ciepłe, a kurtka za gruba.... Lista powodów do marudzenia przy rodzicach może być nieskończenie długa. Co ciekawe, większość z nich znika w obliczu lekcji z trenerem.

5. Jak my wybraliśmy trenera? Najpierw poczta pantoflowa. Zwyczajnie, do Wisły jeździmy od lat, z czasem poznaliśmy tu kilka znaczących rodzin, a te rodziny znają inne rodziny. Pierwszym trenerem naszego syna był syn kogoś z przyjaciół naszej zaprzyjaźnionej rodziny. Owszem, miał kwalifikacje i doświadczenie, ale dobra opinia bardzo nam pomogła. Na trenera naszej córki wybraliśmy jego kolegę z tej samej szkoły narciarskiej, także rekomendowanego. Obaj byli świetni, właśnie dlatego, że mieli dobre podejście do dzieciaków. Lekcje dla kilkuletnich dzieci były w ich wydaniu przede wszystkim ciekawą zabawą. Zamiast "skłon, obrót, przenoszenie ciężaru", było "udawaj że w rączkach wieziesz paczkę, a teraz przenieś tę paczkę z prawej strony na lewą"... i tak dalej.

Zjeżdżająca Olgodzilla i cień matkiZjeżdżająca Olgodzilla i cień matki

6. Jaki sprzęt: własny, pożyczony? Też o tym pisałam. Własny sprzęt ma te zalety, że wiecie co macie, zwłaszcza w kwestii obuwia. Pożyczony - że o ile nie jeździcie z dzieckiem każdego dnia zimy - nie wydacie aż tyle. Wiadomo, dzieci szybko wyrastają ze wszystkich akcesoriów. Mnie na przykład nie byłoby stać na takie fanaberie, jak własne narty dla dzieciaków. Skoro przy pierwszym dziecku nie zainwestowaliśmy w zakup rynsztunku, przy drugim też sobie odpuściliśmy. Wypożyczalnie, o ile nie mówimy o jakichś zapyziałych piwnicznych norach, w których pasą się kozy, panie "z góry" schodzą na papieroska, a okoliczne koty grzeją się w cieple rur podczas wypróżniania, to miejsca, w których na bieżąco można dobrać, nastawić, wymienić sprzęt, można zapłacić dokładnie za tyle godzin, przez ile się korzystało albo negocjować stawki przy dłuższym czasie wypożyczenia. Dla nas to było rozwiązanie idealne.

7. Jak się przygotować? Biegać, latać, skakać, fruwać... fikać, turlać się, zaprzyjaźniać dziecko ze śniegiem. Opowiadać o jeździe na nartach jak o przygodzie, zabawie, fajnym wyzwaniu, nie jak o obowiązku, zadaniu do wykonania (mówię o dzieciach poniżej dziewiątego roku życia). Rozćwiczać stawy, zwłaszcza nadgarstki i kostki. Przyznaję się bez bicia, że naszego młodszego dziecka zupełnie nie przygotowywaliśmy do sezonu. Samo się przygotowało.

8. Jak ubrać potwora? Najpierw spróbujcie sobie wyobrazić małego człowieka w olbrzymim skafandrze. Widzicie to? Mały człowiek, małe ręce i tak dalej, a wszystko opakowane jak cebula. Policzcie te wszystkie warstwy ciuchów w wyobraźni, te bielizny, koszulki, golfiki, kalesonki, spodenki, bluzy, kombinezony... A potem postarajcie się wyobrazić sobie uprawianie sportu w takim czymś - pierwsza próba wygramolenia się z zaspy może zakończyć się totalnym fiaskiem. Ubierajcie dzieci rozsądnie. Bielizna termoaktywna to bardzo fajny wynalazek, w zupełności wystarczy jeśli przy lekkim mrozie uzupełnicie ją cienkim polarem, a na wszystko naciągniecie kombinezon. Ja wolę dwuczęściowy - zwyczajnie za dobrze pamiętam, jak beznadziejnie korzysta się z toalety w schronisku górskim mając na nogach buty narciarskie i jednoczęściowy skafander. BRRRRRR. Koszmar. Zamiast szalika warto skorzystać z polarowej chusty na rzep, albo z czegoś, co się zwie komin (tak, dzieci do komina, a nie, nie, nie wolno, cofam to, wysoki sądzie, chodzi o akcesoria/dodatki). Czapa jest nieistotna gdy przychodzi naciągnąć temu dziecku kask na czerep. Kaski narciarskie dla dzieci zazwyczaj są wystarczająco ocieplone. Kijki to zbędny gadżet dla młodych narciarzy. Rękawiczki? Idealne będą takie niezbyt grube, nie krępujące ruchów, nieprzemakalne.

9. Czego absolutnie nie robić? Nie ingerować w przebieg lekcji, jeśli wszystko jest okej, najlepiej zniknąć z pola widzenia, iść precz, monitorować sporadycznie. Nie machać opętańczo wykrzykując imię dziecka, nie zamieniać lekcji w fotosesję, nie żartować z porażek i nie panikować przy wywrotkach. Jeżdżąc samemu z początkującym mikronarciarzem nie wolno wozić dziecka między swoimi nartami, to nic nie da, dziecko nie nauczy się panować nad własnym ciałem w nowych warunkach, nie będzie umiało przyjąć postawy, a w przypadku waszej wywrotki może się zrobić niebezpiecznie.

10. Inne kluczowe kwestie. Po cholerę to wszystko, nie lepiej siedzieć w domu? Może i lepiej, siedzenie w domu ma swoje plusy, można coś zjeść, obejrzeć film w telewizji, można sprzątać. A może sanki wystarczą? Sanki są fajne, ale narty to narty. Po co na narty, a jak się znudzi? To zawsze może przerzucić się na snowboard. Jak żyć? Nie wiem, ale wszyscy jakoś sobie przecież radzimy, wiadomo, do czasu, ale zawsze to coś. Jaki jest sens istnienia? 42.

Więcej o: