Gdy brak miejsca w szafie: pora zabić tę miłość

Czego mi brakuje do szczęścia? Niczego. Przeciwnie. To właśnie BRAK mnie ostatnio ucieszył niezmiernie. Odważyłam się i po trzech latach przyczajenia wyrzuciłam ponad 80 procent moich ubrań. Że sprytnie zrobiłam miejsce na nowe? Oj, Dziewczyny! Wcale nie. Słowo, że nadal cieszę się pustymi półkami.

Nie jestem typem kobiety „nie mam w co się ubrać”. Raczej „ale wygodne, będę w tym chodziła ciągle i kupię jeszcze dwie sztuki w innych kolorach”. W efekcie przez ostatnie lata sięgałam jedynie do ubrań z frontowej części półek, broń Boże, nie zagłębiając się w przepełnione wnętrze. Bałam się. Czego? Trupa. Trupów właściwie. Tych w rozmiarze 36, tych zielonych i tych błyszczących, a najbardziej chyba tych „okazyjnych”.

Od kiedy oblazło mnie kilka dodatkowych kilogramów, część ubrań, przewędrowała w głębsze rewiry szafy. Na chwilę oczywiście, bo wiadomo, że za tydzień, dwa, sześć, wrócę do „mojego” rozmiaru. Szmatki te - nazwijmy je grupą S, przecież nie będę pisała, że za małe - dołączyły do dość pokaźnego zbioru cudowności kupionych na wyprzedażach. Bo okazyjne i ładne. Bo „na kiedyś”. Bo grzech nie wziąć za takie pieniądze.

Jak już tak sobie piszemy o wszystkim, to przyznam się do wstydliwego sekretu skrywanego na samym dnie szafy. CEKINY. Czyli ubrania, które kupuję, bo lubię, chociaż jestem w pełni świadoma, że błyszczące szmatki nigdy nie ujrzą światła dziennego, nie opuszczą wnętrza garderoby, nie zostaną wyprowadzone na spacer, ani nawet pozbawione metek.

Minimalizm minimalizmem, ale cekinów nie oddamMinimalizm minimalizmem, ale cekinów nie oddam

Dodajmy do tego jeszcze kilka szaliczków, rękawiczek, pasków trzymanych, bo „nigdy nie wiadomo, kiedy kupię coś, do czego będą pasowały”. I tak mamy pełną, długą na trzy metry szafę, przepełnioną dowodami moich marzeń niespełnionych, wspomnień i niezdrowych fascynacji błyszczącymi gorsetami Krakowianek.

Akcja DETOKS, zaczęła się niewinnie. Wyjęłam rzeczy z szafy, żeby ją odświeżyć. I z ciekawości zaczęłam je układać na dwie strony - z jednej te, w których chodziłam w ciągu ostatniego roku. A z drugiej, pozostałe. Eksperyment taki. O minimalizmie się wcześniej naczytałam. Otóż okazało się, że przez ostatnie cztery pory roku miałam na sobie jakieś 15 procent rzeczy. A jednocześnie w szafie panował taki ścisk, że skarpetki nie dało się wepchnąć. Zacięłam się. Przyniosłam plastikowe worki i spędziłam nad ubraniami kilka kolejnych godzin.

Sortowałam, analizowałam, spierałam się sama ze sobą. „Tych jeansów nie oddam, przecież SCHUDNĘ. Schudniesz, to kupisz sobie nowe”. Po okrutnej walce, do sterty ubrań noszonych, dodałam jeszcze kilka skarbów, których nie byłam w stanie wyrzucić. Skórzaną spódnicę ołówkową, w której wyglądam tak młodzieżowo, że głupio mi ją nosić. Dwie cekinowe kiecki, do założenia na NIGDY. Oraz białą sukienkę z balu maturalnego. Wprawdzie ma na metce rozmiar 34, ale może kiedyś będę musiała przebrać się za spleśniały na biało baleron? Albo jakiś awangardowy reżyser zapragnie, żebym zagrała Białą Glistę z Chmielewskiej? Kobieta musi być przygotowana na różne sytuacje.

Sumując: nawet po dorzuceniu tych kilku nieracjonalnych szmatek, stos ubrań do oddania pochłonął cztery piąte mojej szafy. Wymagało to trochę samodyscypliny i szczerości wobec siebie, ale od kiedy oczyściłam szafę z trupów, po pierwsze czuję się wolna, po drugie absurdalnie - mam bardzo dużo ubrań!

POMOCY TONĘ! W NIENOSZONYCH CIUCHACH

Sprzątnięcie szafy jest proste, gorzej jeżeli chodzi o - tak jak to było w moim przypadku - racjonalny dobór garderoby do nowego ciała, wieku i stylu. Ja zrobiłam to sama, czytając wcześniej książki i blogi o minimalizmie. Dlaczego nie o modzie? Przypadek. Zwyczajnie ta ideologia bardzo mi odpowiada, lubię mieć mało, mniej, najmniej. Na porady dotyczące ubrań trafiłam przy okazji, i przemówiły do mnie bardziej niż teksty na stronach z modą.

Udało mi się też samej ustalić jaki styl dziś do mnie pasuje i mi odpowiada - wystarczyło przejrzeć stertę rzeczy, w których chodziłam i odpowiedź przyszła sama. Potwierdziły się też moje przypuszczenia, że na następne lata zostanę królową leginsów, ale o tym już pisałam przy okazji pożegnania z jeansami.

Oczywiście, uważam, że lepiej jest skorzystać z pomocy specjalisty, w tym przypadku, osobistej stylistki. Wiele osób wyobraża sobie, że zawód ten polega wyłącznie na asystowaniu przy zakupach nowej garderoby. Tymczasem stylistki często odratowują ciuchy, które panie kupiły wcześniej.

Kiedy kilka lat temu pisałam reportaż o pracy osobistych stylistek, jedna z moich rozmówczyń bardzo mnie zaskoczyła - powiedziała, że nie idzie na zakupy z klientką, dopóki nie zrobi porządku w jej szafie. Podobno większość z nas ma w swoich zbiorach prawdziwe cuda, tylko nie potrafi ich nosić. Moja bohaterka twierdziła też, że uporządkowanie szafy działa jak porządna terapia i uwalnia pozytywną energię. Wtedy trochę się z tego śmiałam, dziś przybijam z nią duchową piątkę. A Wy? Jesteście bezlitosne dla swoich szaf? Czy raczej beztrosko je dokarmiacie?

Więcej o: