Nasza córka kontra krwiożerczy gender

Stało się. W samym środku bitwy o gender, w krzyżowym ogniu chybionych argumentów i trafnych spostrzeżeń moja córka powiedziała stanowczym głosem "mamo, ale ja jestem teraz chłopcem". Potem powiedziała to jeszcze raz i jeszcze raz. Tak, przy obcych ludziach też. I co teraz?

Mogłam zacząć zaprzeczać rozglądając się w panice dookoła. Mogłam syczeć: "Ależ nie kochanie, jesteś dziewczynką". No cóż, wszystko na to wskazuje, ale przecież wiemy dobrze, że różnie to bywa. A co jeśli z tego zaprzeczania ona - czy to z czystej przekory, czy z przekonania, ze jednak urodziła się chłopcem w głowie, a okrutny los (albo ten straszny i krwiożerczy Genderr, czymkolwiek jest) wepchnął jej męski umysł (czymkolwiek jest) w kobiece ciało - uprze się i chłopcem zostanie, choć dziewczynką była?

Mogłam potwierdzać, adorując jej nowy pomysł na teatralną dziecięca kreację. Przyklasnąć raz i drugi dodając:  "Ależ tak! jesteś wspaniałym chłopcem!". A co jeśli ona z tego przyklaskiwania wywnioskuje, że chłopcem jednak jest być fajnie, a dziewczynką mniej? A przecież nie o to chodzi, która płeć lepsza.

Mogłam zignorować, puścić mimo uszu. Nie potwierdzać, ani nie zaprzeczać. Między nami tylko cisza, ale przecież tego się nie robi dziecku. Ona mi tu opowiada o sobie a ja tak nic? Ściana nie matka? To jeszcze gorsze. Ona zacznie drążyć, nękać, pokrzykiwać, tupać, a skończy się na aferze, że no mamo, powiedz coś! Mamo! Tato, mama mnie ignoruje, mama mnie nie kocha i nie rozumie! Zobaczycie, kiedyś się wyprowadzę i wszystkim wam będzie przykro!

Mogłam wymyślić coś innego, szybko, szybko! No nie wiem, dajmy na to wypowiedzieć zaklęcie rozproszenia uwagi: "Córko, a może jednak jesteś dinozaurem? Godzillą? Świnką Peppą? Nie? A sprawdzałaś w lusterku?". Wdałam się za to w dyskusję, z trzyipółlatką. Jak dziecko się dałam w to wpuścić.

- Chłopcem, powiadasz? A dlaczego?

- Bo chłopcy są fajni.

- A dziewczynki nie?

- Dziewczynki też, ale chłopcem jestem.

- A po czym poznać chłopca?

- Po tym... że jest fajny i jest starszym bratem.

Z bratem, tym starszym, tym, który zdaniem trzyipółlatki fajnie jest być (bo czemu nie, sami powiedzcie, starszy brat to zawsze jest gościu) jest jeszcze ciekawej. Uparcie twierdzi, że wolałby być młodszą siostrą. Ona uważa, że jemu wolno więcej i ma fajniejsze zabawki, ciekawsze filmy i super kolegów (serio, serio, to nie jest bajka, koledzy starszego brata są najciekawsi na świecie, zaraz po zabawkach starszego brata). On uważa, że jej wolno więcej, że wszyscy (poza rodzicami, rodzice, wiadomo, nie są "wszyscy") podziwiają ją bardziej, bo te baby nic tylko "śliczna sukieneczka, śliczna pioseneczka, śliczny wierszyk, ślicznie się bawisz", a jemu powtarzają "No jak tam w szkole? Czemu czwórki, nie piątki? Nie krzycz, nie biegaj, nie marudź, jedz, czemu nie jesz, co ty taki mrukliwy?".

I tak patrzę, jak tutaj walczą. Dziewczyny kontra chłopcy. Przypomina mi się, jak syn uparcie twierdził, że jest prosiaczkiem i chce nosić różowe ubrania, najlepiej długaśne. O swoim, znaczy moim dziecięcym wożeniu czołgów i karabinów chyba już wspominałam. Nie? Otóż jako mała, złotowłosa dziewczynka uwielbiałam zabierać na spacery z babcią do parku wózeczek. Czasem podchodziły do nas starsze panie i szczebiotały słodko, a cała rozmowa zawsze miała podobny scenariusz.

- Jaka śliczna dziewczynka, spacerujesz sobie z babcią?

- Tak.

- A co tam masz?

- Wózeczek.

- A co masz w tym wózeczku, kochanie?

- Karabin, czołg i pistolet.

Po czym odkrywałam kołderkę, starsza pani bladła, a ja oddreptywałam w stronę zagajnika w poczuciu, że jestem doskonałym Hansem Klossem. Staje mi też przed oczyma komiks Rutu Modan o jej synu, ta krótka i urocza opowiastka z New York Timesa. A potem wdech i wydech i uspokajające słowa Łony: "to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy".

Rutu Modan Rutu Modan "Queen of the scottish fairies", New York Times

Tylko ta dyskusja z tym genderem w roli negatywnego bohatera, to ona sprawia, że całe to pokrzykiwanie mojej córki w przedszkolu, czy w autobusie, wcześniej zapewne stuprocentowo ignorowalne przez resztę współpasażerów (jak to z większością dziecięcej paplaniny), dziś wywołuje popłoch, zmieszanie, nerwowe bądź oskarżycielskie spojrzenia w naszą stronę. I co teraz? Ano nic. Przeżyliśmy tatuaże, karmienie piersią w miejscach publicznych, niebieskie włosy na zebraniu szkolnym, przeżyjemy i to.

Więcej o: