Brak napięcia, nic się nie dzieje - amerykańskie kino anty-akcji

Bohaterowie gadają, jadą samochodem, wykonują codzienne czynności. Żadnego morderstwa, żadnej zagmatwanej intrygi, umiarkowanie śmiesznie. Ot, zwykłe życie w całej swej nudzie i prostocie. Dajcie mi więcej, takie filmy uwielbiam!

Zadeklarowałam już moją niesłabnąca sympatię do "przegadanych filmów o niczym". A ponieważ pod tekstem o "Wilku z Wall Street" jedna miła osoba o nicku Dextra 115 poprosiła ostatnio o kontynuację wątku amerykańskiego kina niezależnego, to z rozkoszą tę prośbę spełniam - uwielbiam spełniać prośby zbieżne z moimi marzeniami (oczywiście, że napiszę o Davidzie Bowie, nie ma sprawy).

Chwila ku temu, by pisać o niezależnych amerykańskich produkcjach, jest zresztą wielce sposobna, bo trwa właśnie największa impreza "indie-movie" w Stanach, czyli Sundance Film Festival. Oczywiście ten mój ulubiony typ "filmu o niczym" to tylko jeden z podgatunków kina Sundance'owego, ale bardzo charakterystyczny dla tej imprezy (polecam znakomite zestawienie 25 filmów, które zdefiniowały Sundance - od "Seksu, kłamstw i kaset wideo" po "Bestie z południowych krain", które daje niezły pogląd na to, jakie filmy tam chodzą). Wszyscy moi ulubieni twórcy mumblecore'owi, czyli Andrew Bujalski, bracia Duplassowie i (najmniej lubiany, ale właśnie dostał się na podium) Joe Swanberg są stałymi bywalcami tej imprezy. Regularnie pokazują na festiwalu swoje filmy, a bywa że otrzymują za nie nagrody, jak Bujalski, który w zeszłym roku dostał wyróżnienie za "Computer Chess". Notabene wciąż tego nie widziałam, ale nadrobiłam za to "Przed północą" (najsłabsza moim zdaniem część trylogii Linklatera, choć pięknie pokazuje dynamikę dojrzałego związku).

Jednak ten tekst chciałam poświęcić kilku obejrzanym w ostatnim czasie filmom, które zaspokoiły mój głód zwykłego, prawdziwego, nieudawanego. Które sprowokowały mnie do porównywania sytuacji i emocji na ekranie do mojego własnego życia (oczywiście "Igrzyska śmierci" będą w tym zestawieniu. I "Nimfomanka". Albo nie. Lepiej nie...). Filmy O NICZYM, o których nie przestaję myśleć, które odłożyły się w moim systemie i wciąż wracają, jako skojarzenie, pytanie, czy pewien model. Coś więc jednak musi w nich być!

Kumple od kufla (Drinking Buddies)Kumple od kufla (Drinking Buddies)

Kumple od kufla

Para głównych bohaterów Kate (Olivia Wilde) i Luke (Jake Johnson) to najlepsi kumple - pracują w małym lokalnym browarze, a po pracy lubią wspólnie poimprezować, popić, powydurniać się i porozrabiać. Mają podobny prosty gust, dziki temperament, szalone poczucie humoru, dogadują się bez słów - łączy ich niemal wszystko. Niemal, bo choć iskrzy między nimi także w sensie erotycznym, to każde z nich ma swojego partnera. Jill (Anna Kendrick) i Chris (Ron Livingstone), czyli ich "połówki" to ludzie z zupełnie innej bajki: zorganizowani, systematyczni, planujący. Widz natychmiast nabiera wrażenia, że pary są niedobrane i powinny się zamienić - żeby Kate była z Luke'iem, z którym tak świetnie spędza jej się czas, a Jill z Chrisem, z którym łączy ją ciche pokrewieństwo dusz... Ale nie ma tak prosto! Życie uczuciowe to nie matematyka i żadne kalkulacje i rachunki nie mają tu racji bytu. Zwłaszcza, gdy równowaga "równania" zostanie zachwiana.

Joe Swanberg w tej analizie życia trzydziestolatków, opóźniających jak tylko mogą swoje wejście w tzw. dorosłość, zaskoczył mnie swoją dojrzałością. Oglądam jego filmy od lat i zawsze robiły na mnie wrażenie niedoważonych, szczeniackich, niepotrzebnie pretensjonalnych. A tu: niespodzianka, Joe dorósł i wyszedł z niego filmowiec pełną gębą. Sposób opowiedzenia tej prostej historii, ekspozycja bohaterów, dialogi, że o fantastycznie dobranej i wyśmienitej obsadzie nie wspomnę, a także sens i przesłanie, sprawiły, że od teraz będę traktować Swanberga poważnie. I słuchać z uwagą, co ma do powiedzenia na temat życia, miłości i innych takich banałów.

Ani słowa więcej (Enough said)Ani słowa więcej (Enough said)

Ani słowa więcej

Porzucamy hamletyzujących i zagubionych we własnym życiu trzydziestolatków, by znaleźć się w towarzystwie ludzi dojrzałych - dobijających pięćdziesiątki rozwodników z dorastającymi dziećmi. Eva (Julia Louis-Dreyfus) i Albert (nieodżałowany James Gandolfini - to była jedna z jego ostatnich ról) poznają się na nudnym party u znajomych znajomych. Choć żadne nie szuka romansu, to szybko nawiązują nić porozumienia - ich córki wkrótce opuszczą rodzinne gniazda i wyjadą na studia, więc odczuwają potrzebę ucieczki przed samotnością. Poza tym nadspodziewanie dobrze rozwija się ich relacja: budowana bez wstępnych oczekiwań, uprzedzeń - ot, przydarzyło się. Oboje potrafią się cieszyć tym darem od losu... dopóki Eva (och, wszystkie Ewy robią to od zarania dziejów) nie posłucha podszeptów węża. Bardzo sympatycznego pięknego węża w postaci poznanej na tym samym przyjęciu imponującej i pięknej poetki Marianne (Catherine Keener).

Celowo nie zdradzam więcej - bo choć akcji tu na lekarstwo, to jednak brzydko byłoby odbierać ten cień zaskoczenia, jaki trzyma w zanadrzu Nicole Holofcener. Ta reżyserka, która przed laty uwiodła mnie swoją ultra-kobieca komedyjką "Rozmawiając, obmawiając..." znów znakomicie uchwyciła przede wszystkim to, jak kobiety między sobą rozmawiają, jak odsłaniają się przed sobą, jak wspierają i niszczą nawzajem. Relacja Evy z przyjaciółką Sarą (Toni Colette), z córką oraz najlepszą przyjaciółką córki to całe bogactwo kobiecego świata, emocji, wrażliwości. Pokazane z życzliwą kpiną i głębokim zrozumieniem. Jak na lekką komedyjkę jest tu zaskakująco wiele celnych obserwacji społecznych, psychologicznych i obyczajowych. I wiele kwestii nagle trzeba sobie przemyśleć.

Przechowalnia numer 12 (Short Term 12)Przechowalnia numer 12 (Short Term 12)

Przechowalnia numer 12

To niezupełnie "o niczym" - trudno, czasem trzeba też oglądać filmy "o czymś", choć mam alergię na dzieła z ewidentną publicystyczną tezą - czuję się bezpieczniej, gdy nie mogę jednym zdaniem odpowiedzieć na pytanie "o czym jest ten film". Mam wówczas poczucie, że twórcy nie próbowali mi czegoś łopatą wkładać do głowy. Grace (Brie Larson) i jej sympatyczny chłopak Mason (John Gallagher Jr, którego możecie kojarzyć jako Jima Harpera z "Newsroomu") pracują wspólnie w ośrodku opiekuńczym dla dzieci i młodzieży. Takim trochę domu dziecka - trochę poprawczaku, słowem przechowalni dla kłopotliwych małolatów, których trzeba jakoś dotransportować przez ich popaprane dzieciństwo do progu pełnoletności. I byłaby to przechowalnia jak wiele innych, gdyby nie zaangażowanie i autentyczna troska o dobro podopiecznych z jakimi młodzi ludzie prowadzą ośrodek. Oczywiście, każde z nich ma swoje osobiste powody, by wybrać taką - pełną poświęcenia i trudnych decyzji - ścieżkę życia i kariery, a demony przeszłości muszą zostać przepracowane nim będą mogli oprzeć swój związek na twardej skale samoświadomości.

Na szczęście film Destina Crettona nie roztacza dydaktycznego smrodku, wolny jest od moralizowania i łatwych odpowiedzi na trudne pytania. Cholernie mocno szarpie emocje, ale zostawia pole dla własnych przemyśleń i interpretacji. Grace jest wspaniałą postacią - silną i jednocześnie złamaną, odważną i kulącą się w pozycji embrionalnej z lęku przed życiem. Niesamowity jest zastrzyk energii i optymizmu jaki niesie ta wcale nie wesoła i nie lekka opowieść. Łzy będą na miejscu, ale po obejrzeniu raczej nikt nie złapie doła - strategicznie umieszczona dawka humoru zadziała jak bufor.

Jest jeszcze kilka niezależnych filmów, które ostatnio obejrzałam i które pączkują mi w głowie pomysłami na teksty. Dwie opowieści (soft i hardcore) o chłopięcym dojrzewaniu, czyli "Królowie lata" i "Uciekinier". Tu przy okazji kroi się wątek nowego króla mojej wyobraźni Matthew MacConaghey'ego, bo oprócz "Uciekiniera" jest jeszcze film "Witaj w klubie" z jego kolejną świetną rolą. Wiele wskazuje, że rodzi się zupełnie nowy, ale prężnie działający fanklub Matthew. A skoro o uczuciach mowa, to na dnie serca spoczął najpiękniejszy film o miłości od czasów "Zakochanego bez pamięci", czyli "Ona" Spike'a Jonze'a - film tak dobry, że chce się go oglądać w slow motion, żeby dłużej trwał. Jest więc o czym pisać. Zwłaszcza, ze jutro wybieram się na pokaz nowego dzieła kolejnych Sundance'owych pupilków - braci Coenów: "Co jest grane, Davis". Boję się i drżę. I nie brak mi niczego.

Więcej o: