Wszyscy narzekają na brak kasy - strasznie mnie to wkurza

Tematem miesiąca jest brak. A brak kasy jest jednym z poważniejszych. I najpowszechniejszych. I na ogół bardzo dramatycznie przeżywanych. Wszyscy nie mamy kasy. Tylko czy rzeczywiście tak jest?

Powiem od razu, na dzień dobry, żeby nie było nieporozumień - okropnie mnie wkurza, kiedy 20 razy dziennie słyszę od ludzi wokół, że nie mają kasy. Nie, nie chodzi mi o ludzi w autobusie, których rozmowę niechcący podsłuchałam, a o których nic nie wiem, więc nie mogę się czepiać. Chodzi mi o ludzi, których znam i o których wiem, że kasę mają. Może nie od razu jak Kulczyk, ale wiem, że na życie im nie braknie.

Bo czy może mówić, że nie ma kasy ktoś, kto ma na sobie dobrych kilka tysięcy w samych tylko szmatach? Albo ktoś, kto właśnie kupił sobie na wyprzedaży torbę za mizerne trzy tysiące? Albo ktoś, komu nie podobała się opadająca powieka, więc ją sobie za kilka ładnych tysięcy podniósł? A może ktoś, kto codziennie spędza wieczór w najmodniejszej knajpie w mieście i zostawia tam parę stów? A może ktoś, kto puszcza z dymem (albo wlewa w siebie w postaci alkoholu czy innej używki) dobrych parę stów co miesiąc? A ktoś, komu nie szkoda codziennie kasy na super zajebiście drogą kawę w sieciowej kawiarni? A ktoś, kto regularnie wyjeżdża na wczasy w egzotyczne kraje i nie mam tu na myśli super-taniej-podróży-last-minute-do-Egiptu (która, swoją drogą, też jest dla niektórych nieosiągalna)? A ktoś, kto ma 200 par butów w szafie? Albo 30 par dżinsów? Kogo zawartość kosmetyczki i półeczki z perfumami sumuje się przynajmniej w średnią krajową? Kto nie zalega z czynszem, opłatami za prąd, o czasie płaci kredyt i jeszcze zostaje mu na jedzenie? Ktoś, kogo stać na architekta wnętrz i kanapy sprowadzane z Włoch (a marzyły mu się z Nowego Jorku)? A może ktoś, kto kupuje w najdroższych delikatesach w mieście, bo lubi "jedzenie naprawdę dobrej jakości”? Ktoś, kto regularnie chodzi do kina, kupuje tam największy popcorn i colę, a na teatr też mu jeszcze wystarcza? A może ktoś, czyje dziecko ma 20 lalek Barbie, 40 kucyków Pony, 5 różnych Furby, 8 samochodów zdalnie sterowanych i jeszcze samolocik i łódeczkę? A może ktoś, kto właśnie wynajął sobie za kilka stów w tygodniu prywatnego trenera, bo sam "nie ma w sobie wystarczającego samozaparcia do ćwiczeń”? A może ten, któremu karty kredytowe nie mieszczą się już w portfelu, a każda ma limit jak stąd do księżyca?

Zadumani królowieZadumani królowie

Ja wiem, ci wszyscy ludzie mogli nagle stracić pracę, zbankrutować i w tej chwili już ich na to wszystko nie stać. Ale ja nie mówię o takich. Nie mówię również o tych, którzy zastanawiają się, jak za 100 złotych tygodniowo wyżywić czteroosobową rodzinę i kupić dziecku nowe buty na zimę, bo ze starych wyrosło. Piszę o swoim środowisku. O klasie średniej, gdzie ludzie zarabiają powyżej średniej krajowej i wszystkich na wszystko stać. Na jedzenie, ubranie, rozrywkę i jeszcze jakąś fajną podróż raz na jakiś czas. Ok, może nie na helikopter i nie na drewniany domek na zboczu jakiejś ładnej górki w Aspen, ale na większość tych rzeczy z powyższej listy już tak. I tak się składa, że od bardzo wielu z nich słyszę kilka razy dziennie, że nie mają kasy.

I ja bym im wszystkim chciała powiedzieć, że mają. I żeby już przestali, bo to jest Nie Na Miejscu. Sobie też bym to chciała przypomnieć. Bo też czasem zapominam i myślę, że nie mam kasy, bo przecież nie stać mnie, żeby całą rodziną polecieć pierwszą klasą na Malediwy i zamieszkać w jednym z tych malowniczych domków na palach, 4 tysiące dolarów za noc. Cholera jasna, jasny gwint. I niech to dunder świśnie.

Więcej o: