Gdzie, do nędzy, jest Matt i inne niezobowiązujące przyjemności

Bo czasem naprawdę trzeba bez zobowiązań. Chociaż odrobinę wstyd i to przecież takie bezproduktywne. Nic nie naprawia, niczego nie leczy, niczego nie zmienia na lepsze. Oprócz humoru. Mojego. Na chwilę. Ta chwila jest niekiedy sporo warta.

Taki też będzie ten tekst. Niczego nie poprawi, nikogo nie ubogaci. Nie żebym miała złudzenia, jakoby inne teksty taką funkcję spełniały. Niemniej, jeżeli, droga (jakże wyrafinowana!) Czytelniczko szukasz tu rozpraw socjologiczno-filozoficznych, to mówię Ci z góry - nie znajdziesz. Widzisz, uprzedzam zawczasu, aby oszczędzić Ci trudu wpisywania komentarzy o tym, że każdy głupi potrafi wkleić parę linków i że to się robi na kolanie. Możesz już zamknąć stronę.

Już, jesteśmy sami? To coś Wam wyznam. Bo wiecie, ja się czasem potrafię wzruszyć nawet na taniej reklamie. A co dopiero - kiedy coś reklamą nie jest, przynajmniej nie jest nią jawnie. Oglądam, cieszę się, że nikt niczego ode mnie nie chce, niczego nie muszę się nauczyć i może mi się zwyczajnie, bez zobowiązań podobać, czasem sobie nawet głupio chlipnę. I otóż teraz się tym z Wami podzielę. Bo mogę.

Zacznę od filmu, który prezentuje wszystko, czego nie znoszę. Nie cierpię, kiedy dotykają mnie obcy ludzie. Nie znoszę hippisowatych mężczyzn. Nie trawię filozofii sztucznego ciepełka i i ogólnej miłości. Wzmacnianej uściskiem nieznajomego, bla bla. W tym filmie jest to wszystko. Przepadam za nim i wzrusza mnie. Nie rozumiem.

Rzyg tęczą, co? Spokojnie, dopiero zaczynam.

Oto bohater tytułowy, Matt. Matt jeździ po świecie i tańczy w różnych miejscach. Sam, albo z tubylcami. Nie wiezie im leków, wody, żywności, ani ulgi od wojny. Matt generalnie nie robi nic pożytecznego. Można oczywiście podciągnąć to pod brednie o zjednoczeniu i o tym, że wszyscy jesteśmy tacy sami, ale to jest tanie, jak moje gusta. Uwielbiam Matta. Zawsze, zawsze się uśmiecham, kiedy oglądam jego produkcje. Te stare:

i te najnowsze, w których WTEM! przewija się jego dziewczyna i synek (awww!):

Matt niczego nikomu nie polepsza, ludzie którzy z nim tańczą dalej są głodni, biedni, żyją w kraju, w którym toczy się wojna, a dziewczyna nie może pokazać twarzy. Nic nie zmienia, że przez chwilę dobrze się bawią, a w tle leci chwytliwa, ckliwa melodia. Robi mi się lepiej, kiedy to oglądam. Naprawdę.

Robi mi się również irracjonalnie ciepło na sercu, kiedy (po raz setny!) oglądam, jak Michael Bublé na parę minut robi gwiazdę ze spoconego, przerażonego, pryszczatego nastolatka z fantastycznym głosem. Tak, wiem, to była ustawka i wszystko obliczone na efekt. Ale zawsze rozpływam się, jak masło w piecu (i też bałabym się mamusi fana, przysięgam).

Jestem też absolutnie pewna, że osoba wrzucająca na YT filmik z kotem przebranym za rekina, ujeżdżającym odkurzacz i ścigającym kaczuszkę - nie miała żadnych wyższych celów i nie żywiła żadnych szlachetnych uczuć. Ba, na pewno ktoś tej osobie (słusznie!) zarzucił dręczenie zwierząt. Wiem jedno - pokazano mi ten film, kiedy znajdowałam się mentalnie na dnie Rowu Mariańskiego. Chwilę potem płakałam ze śmiechu i to nie (tylko) dlatego, że jestem chwiejna emocjonalnie. Żadne głodne dziecko nie najadło się dzięki temu video. Ale jedna starsza pani przestała być bardzo smutna. Zawsze coś.

Jeżeli chodzi o koty to owszem, wielbię je, lecz znam też zapalonych antykociarzy, których zawsze rozpogadza dobre, tłuste POOM!. Sami zobaczcie. Ostrzegam, melodyjka wraz ze słowami przywiera czasem do mózgu jak skałoczep. Dansons la capucine... (czy ja dobrze widzę, że to jest kręcone bez cięć??)

Jak już wspomniałam - jestem tania i potrafię się wzruszyć i zachwycić nie tylko uroczym projektem młodego człowieka, lub absurdalnie zabawnym filmikiem z kotkami. Jest znacznie gorzej. Wpadam w zachwyt na widok czegoś, co może i ładne, może sprawnie nakręcone, jednak nie służy niczemu, prócz reklamy. Ale błagam Was, jak mam się oprzeć TEMU?

Naciskałabym. Wiele razy.

Zawsze po obejrzeniu podobnego filmu - marzę, żeby poznać twórców. Tych podstawowych. pierwszych pomysłodawców, tych, którzy siedząc siedemnastą godzinę przy odrapanym stole konferencyjnym, pod zabójczymi świetlówkami, w niedotlenionym pokoju bez okien - WYMYŚLILI. Z tego samego powodu kocham się w nieznanych mi reklamiarzach z T-Mobile. Niezależnie od tego, czy wygłupiają się na dworcu:

czy wzruszają na lotnisku:

czy robią sobie sympatycznie jaja z królewskiego ślubu:

Przyznaję się bez wstydu - oglądałam te produkcje dziesiątki razy, pasąc oko szczegółami i wyszukując smaczki. Powtarzam: wiem, oni nie ratują świata, gorzej - oni nabijają kieszeń korporacjom. I ja, wspominając o nich - tę kieszeń również nabijam. Mam to gdzieś. Oglądanie sprawia mi ogromną przyjemność. To jest tego warte.

Na koniec - reklama filmu, na który nie poszłam. Szczerze mówiąc - początkowo nie miałam pojęcia, że ta cała akcja służy właśnie promocji nowej wersji Carrie na podstawie książki Stephena Kinga. A kiedy się dowiedziałam, że to reklama, a nie czyjś doskonały, pracochłonny dowcip - mój podziw tylko wzrósł. Może i Wy się uśmiechniecie. Czego Wam serdecznie, bez zwykłego dla mnie sarkazmu - życzę. Pozostając z nieustającą sympatią dla ludzi, którzy robią oryginalne, zabawne, ciekawe, niezwykłe, rozweselające, miłe i wzruszające rzeczy. Robią je za pieniądze, lub za frajer, ku uciesze tłumu. Dają mi złudzenie świata, którego nigdy nie było i na pewno nie będzie. Na dodatek ci ludzie pozwalają mi na chwilę myśleć, że też mogłabym ruszyć tyłek sprzed komputera i - coś. Gdzieś. Kiedyś?

Więcej o: