Teen Mom Poland: z kamerą wśród nastomatek. Bez sensacji

O, to się będzie działo! Naiwne młodociane kurki i ich pisklęta, temat przewodni: dramatyczne losy przedwcześnie skazanych na dzieci, muzyka: ckliwa, chwilami patetyczna, scenografia: koniecznie w klimatach małomiasteczkowych, bo nikt nie uwierzy. Narracja - odpowiednio podkręcona przez wprawnych realizatorów, wiecie - żeby polaryzować publikę.

Nie oszukujcie się, myślicie, że w tych wszystkich reality shows i talent shows wybierają bohaterów przypadkowo? Zawsze musi być ktoś, kto sprawia wrażenie intelektualnie doganiającego pierwotniaki, ktoś, kto nie umie nic i jest w manifestowaniu tego żenująco konsekwentny. Nie może zabraknąć kogoś szalonego (freaky) albo wyluzowanego (czilll, ziom!), jak i przeciętniaka. Ach! Jeszcze wisienka na torcie - w każdym dobrym programie z naturszczykami w roli głównej powinien być osobnik (płeć dowolna), którego życiowa historia z miejsca chwyci za gardło i wyciśnie łzy. Słysząc, że oto dzięki MTV będziemy mieć jako pierwsi na świecie własną, naszą, lokalną edycję "Teen Mom", czyli dokumentalnego serialu portretującego życie nieletnich rodziców, byłam pełna obaw. Z jednej strony ekranu krytyczna publiczność, która jeszcze przed emisją pierwszego odcinka dobrze wie, co to za jedne tam biegają z tymi gówniarzami (hasło na wykopie "Gorzej niż Warsaw Shore" - czy może być lepsza rekomendacja?), z drugiej strony dziewczęta nie do końca zdające sobie sprawę w jakie bagno mogą wdepnąć występując publicznie ze swoimi dziećmi, chłopakami i innymi bliskimi, a przede wszystkim - ze swoimi problemami.

Fot. Materiały promocyjne MTVFot. Materiały promocyjne MTV

Tym, co mogło mnie nieco uspokoić był patronat Fundacji MaMa i głos samej założycielki Sylwii Chutnik. Ufam, że nie wsparłaby głupawego programu balansującego na granicy dobrego smaku. Emocje studził bardzo obiecujący skład ekipy - Marcin Koszałka (operator m.in. "Rewersu") i czworo dobrych polskich dokumentalistów, z których każdy prowadzi historię jednej z dziewczyn. Wreszcie bohaterki - takie jakieś.... nieszokujące. I taki właśnie okazał się być ten serial. Pierwsze dwa wyemitowane wczoraj odcinki były chłodne,  z tendencją do względnej ciepłoty.

Zamiast durnych lachonów, plastikowych panienek, ewentualnie nakręcanych katarynek trajkoczących jak potrzaskane o pierdołach, czwórka dziewczyn o pokręconych życiowych losach. Jedne, jak siedemnastoletnia Marysia, matka trzyletniego Krzysia, mają problem z mężem, mają pracę przy garach w knajpie i same już nie wiedzą, jakie rozwiązania będą lepsze. Inne, jak Ada, poza córką Nikolą mają głównie marzenia. Nawet meldunku nie mają w spadku po rodzicach (ci też bezmeldunkowi), dzieciństwo spędziły pod nadzorem opiekunów z pogotowia, nie mają praw opiekuńczych do własnego dziecka, bo te przysługują dopiero pełnoletnim. Taka Ada poza nieco naiwnym "chcę stworzyć normalną rodzinę, on wraca z pracy, dostaje obiad", ma też te bardziej przyziemne fantazje - żeby tak dostać lokal socjalny, a nie mieszkać w Domu Samotnej Matki, żeby tak w tym lokalu toaleta była przynajmniej w budynku, a nie na dworze, żeby woda była bieżąca, a nie ze studni na podwórku... Ewa myśli o tym, że chciałaby już zamieszkać z ojcem swojego dziecka, Iza daje do zrozumienia, że oczekiwałaby od swojego chłopaka nieco więcej aktywności na polu obowiązków rodzicielskich.

Słuchając tych czterech dziewczyn, nie słyszę głosów puszczalskich idiotek, wszystkie cztery bohaterki z resztą zaszły w ciążę ze stałymi partnerami. Słyszę za to echa głosów wielu młodych matek, niekoniecznie nastoletnich. "Chcę mieć wreszcie trochę czasu dla siebie", "Wolałabym, żeby to nie moja mama, a on (ojciec dziecka) pomagał przy rehabilitacji", "Bądź odpowiedzialny, dziecko potrzebuje obydwojga rodziców", "Chcę, żeby nasze dziecko wyrosło na dobrego człowieka". Dzielić więc może wiek, status materialny, pochodzenie społeczne, dzieli też możliwość stanowienia o sobie i o własnym dziecku, ale sporo tych spraw jest wspólnych młodym matkom niezależnie od wszystkiego innego.

Kto myśli, że serial namawia nieletnich do seksu i pozwala się dziewczynom lansować, jest w błędzie. Zawsze bawiły mnie naiwne trollokomentarze o negatywnym wpływie takich programów na młodzież. Całe to: "Oho! teraz będą robić se dzieci, żeby tylko zyskać sławę!". Błagam, nie wierzę w masowe robienie dzieci po gimnazjalnych kiblach i licealnych imprezach dla ewentualnej sławy w TV. Na pewno zaś nie w takim serialu. Tu bohaterowie nie bywają przesłodzeni, "kamera łazi", czy też jak wolicie "ekipa filmowa towarzyszy" bohaterom w wielu dość intymnych sytuacjach - nie mówię tutaj o seksie, tego nie było wcale w pierwszych dwóch odcinkach - Trybson jest niepocieszony, gdzieś na świecie umiera panda - mówię o chwilach, kiedy ci ludzie się kłócą, kiedy muszą wyrzucić z siebie to, czy tamto, gdy okazują się małostkowi i nieidealni, kiedy próbują dogadać się z teściami albo porozumieć ze sobą.

Namawianie do seksu? Jeszcze bardziej chybiony argument. Mam wrażenie, że ten serial to dla wielu młodych ludzi odrabianie zaległości z zajęć edukacji seksualnej, a konkretnie lekcji o skutkach uprawiania seksu. Nie było tu jeszcze scen drastycznych - ono się wydziera w niebogłosy po nocach spać nie dając, ona nie ma czasu przez cały dzień choćby i kanapki zjeść, ze żłobka dzwonią, że odebrać trzeba bo chore, albo stwarza nadmierne problemy wychowawcze, a tu szef w robocie nie pozwala wyjść, czy tam w szkole akurat trwa egzamin ważny - a i tak nie ma tu nic z atmosfery bajkowego disneylandu. Nie oszukujcie też sami siebie - seks wśród nastolatków istnieć będzie niezależnie od tego, czy są takie seriale, czy nie, oraz w oderwaniu od propagandy anty-antykoncepcyjnej.

Czego jeszcze nie zobaczyliśmy w dwóch pierwszych odcinkach "Teen Mom Poland", a co jest obecne w realu? Ano tego, że nastoletnie matki mają dwa razy bardziej pod górkę niż o trzy, cztery lata starsze młode matki. Takie nastomatki oceniane są przez pryzmat swojego wieku, a nie umiejętności. Podejście tych, którzy teoretycznie mają matkom pomagać bywa wręcz karygodne. Wiecie jakie potrafią być położne dla takich rodzących nastolatek? Koszmarnie nieprzyjemne, boleśnie uszczypliwe, chamskie wręcz. "Zrobiłaś se, to cierp gówniaro" - tak jakby nastoletnia matka nie była jeszcze w pełni człowiekiem i nie zasługiwała na znieczulenie i godne traktowanie. To nieustanne ocenianie też nie jest fajne, całe to: "płacze? nie chodzi? wolniej się rozwija? Boś głupia, młoda, nie wiesz jak się z dzieckiem obchodzić, nie dasz rady, nie umiesz" - im młodsza matka, tym większą siłę rażenia mogą mieć takie docinki.

Jednak jest w wielu z nastoletnich matek coś z superbohaterki, coś co sprawiło, że mimo stygmatyzacji i mimo tego powszechnego potępienia decydują się układać sobie życie i wychowywać te dzieciaki najlepiej jak potrafią. Wymaga to od nich często znacznie więcej siły psychicznej i fizycznej niż od pełnoletnich młodych matek. Polska edycja "Teen Mom" pokazuje póki co tę do bólu prozaiczną stronę ich życia, zaskakująco niesensacyjną i nie tak operomydlaną, jak moglibyście podejrzewać. Jeśli serial ma szansę zmienić wizerunek młodocianych rodziców - to świetnie. Czy ja chcę obejrzeć następne odcinki? Sama nie wiem, teoretycznie dziewczyny wkupiły się w moje łaski, w praktyce dopiero w przyszłą niedzielę przekonam się, czy ich przyszłe losy frapują mnie na tyle, żeby włączyć telewizor.

Więcej o: